Otwórz menu główne

Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/Część czwarta/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.
ODJAZD DO PARYŻA.

Wielka cisza panowała w żamku Cardoville; burza zwolna milkła; słychać było tylko szum bałwanów, odbijających się od skał.
Dagobert i sieroty pomieszczeni zostali w ciepłych, wygodnych pokojach na pierwszem piętrze zamku.
Dżalmę, jako mocno rannego, pozostawiono w dolnej sali, ażeby mu nie sprawiać przykrości wnoszeniem go na górę.
W chwili rozbicia statku nieszczęsna matka, zalana łzami, oddała mu w ręce dziecię. Nadaremnie usiłował je ratować, a poświęcenie to utrudniało mu własne ocalenie, i młody Indjanin został wyrzucony na skały mocno potłuczony.
Faryngea, zdoławszy przekonać go o swem przywiązaniu, pozostał przy nim i czuwał.
Gabrjel, pocieszywszy Dżalmę, powrócił do przeznaczonego dla ciebie pokoju; wierny danej obietnicy Rodinowi, przygotowywał się do podróży za parę godzin i nie chciał położyć się spać; wysuszywszy suknie, zasnął w wielkiem krześle z wysokiemi poręczami przed kominkiem, na którym żywo palił się ogień.
Pokój ten przylegał do pokoju, który zajmowały sieroty.
Ponury, doznając również gościnności w zamku, z przede drzwi Róży i Blanki poszedł grzać się u kominka w pokoju misjonarza, gdzie swobodnie się położył na posadzce obok śpiącego Gabrjela. Biedne psisko po tak długiej podróży, tylu trudach i przypadkach na lądzie i morzu, także spokojnie drzemało.
Po kilku chwilach otworzyły się drzwi, do tegoż pokoju prowadzące, i weszły nieśmiało dwie sieroty: przebudziły się już i odpoczęły. Ubrawszy się tedy, wyszły, chcąc się dowiedzieć, co porabia Dagobert.
Wysoki fotel staroświeckiego kształtu, w którym spał Gabrjel, zupełnie go zakrywał, lecz sieroty zobaczywszy Ponurego, spokojnie śpiącego przy fotelu, sądziły, że to drzemie Dagobert i zbliżyły się na palcach.
Zdziwiły się, ujrzawszy Gabrjela.
Stanęły, nie śmiąc ani cofnąć się, ani postąpić naprzód, ażeby go nie obudzić.
Długie, jasne włosy misjonarza opadały aż na ramiona; blada cera odbijała od ciemno-purpurowego adamaszku fotela. Piękna twarz Gabrjela wyrażała smętną melancholję; może był pod wrażeniem jakiegoś przykrego marzenia, a może ukrywrał bolesne uczucia, które objawiały się dopiero w czasie snu, pomimo jego woli; jednakże w rysach jego twarzy pozostawała owa anielska słodycz, która mu nadawała wdzięk nie do opisania... nic bowiem nie może być(bardziej wzruszającego, niż dobroć cierpiąca.
Młode dziewice spuściły oczy, zarumieniły się mimowolnie i spojrzały na siebie z niepokojem, wzrokiem pokazując sobie śpiącego misjonarza.
— Moja siostro, on śpi — odezwała się cicho Róża.
— Tem lepiej — odpowiedziała równie cicho Blanka — będziemy mogły przypatrzeć się mu.
— Gdyśmy z nim szły od morza, nie śmiałyśmy...
— Patrz tylko... jak miła jest jego twarz...
— Zdaje mi się, że to jego widziałyśmy we śnie...
— Gdy nam mówił, że się będzie nami opiekował.
— I teraz jeszcze nie zapomniał o nas.
— Dobrze przynajmniej, że go widzimy...
— Jak w więzieniu w Lipsku... owej czarnej nocy.
— I tym razem znowu nas wyratował.
— Gdyby nie on... dziś zrana byłybyśmy zginęły...
— Ale, moja siostro, zdaje mi się, że, w naszych snach, twarz jego jakby jaśniała światłem?
— Tak... ledwo mogłyśmy na niego patrzeć...
— I nie był wtenczas tak smutny.
— Ale, bo widzisz, wtedy przychodził z nieba, a teraz jest na ziemi.
— A czy miał wtedy na czole tę ciemno-różową pręgę?
— Och! nie; byłybyśmy ją spostrzegły.
— A widzisz te blizny na rękach?
— A! więc jeśli został raniony... to nie jest aniołem?
— Dlaczego przypuszczasz, moja siostro? A może poniósł te rany, chcąc ochronić od nieszczęścia, lub ratując osoby, które, podobnie jak my, były w niebezpieczeństwie?
— Słusznie mówisz... gdyby się nie narażał na niebezpieczeństwa, ratując osoby, któremi się opiekuje, nie byłby tak piękny....
— Jaka szkoda, że ma zamknięte oczy...
— Jego spojrzenie jest tak dobre, tak tkliwe!
— Dlaczego nic nam nie powiedział o naszej matce?
— Nie same byłyśmy z nim... nie chciał...
— A teraz same jesteśmy...
— A gdybyśmy też poprosiły go żeby nam powiedział...
I siostry spojrzały na siebie naiwnie, jakgdyby zapytując się nawzajem; ich zachwycające twarze pokrył lekki rumieniec, a dziewicze serce bić zaczęło mocniej pod czarną suknią.
— Dobrze mówisz... poprośmy go.
— O mój Boże! siostro, jak nasze serca biją — rzekła Blanka, — a jak nam miło! Zdawałoby się, że nas spotka coś pomyślnego.
I siostry zbliżyły się na palcach do krzesła, uklękły, złożyłyżyły ręce, jedna z prawej, druga z lewej strony młodego księdza.
Był to zachwycający widok.
Podniosły oczy ku Gabrjelowi i rzekły cicho, głosem łagodnym, świeżym, jak ich piętnastoletnie twarze.
— Gabrjelu! powiedz nam co o naszej matce...
Na to wezwanie misjonarz poruszył się lekko, otworzył oczy, i nie pojmując jeszcze dobrze co widzi, doznał przez chwilę zachwytu na widok tych wdzięcznych postaci, które, zwrócone do niego, wołały nań łagodnym głosem.
— Kto mnie woła?... — rzekł, obudziwszy się zupełnie i podnosząc głowę.
— To my!
— My, Blanka i Róża!
Teraz Gabrjel zarumienił się, gdyż poznał młode dziewice, które uratował.
— Moje siostry powstańcie — rzekł do nich, — klęczy się tylko przed Bogiem...
Usłuchały go i stanęły przy nim, trzymając się za ręce.
— Więc wiecie, jak mam na imię?... — spytał z uśmiechem.
— O! nie zapomniałyśmy.
— A któż wam powiedział?
— Ty...
— Ja?
— Kiedy przyszedłeś do nas od naszej mamy...
— I powiedziałeś nam, że cię do nas posyła i że zawsze będziesz się nami opiekować...
— Ja, moje siostry... — rzekł misjonarz, nie pojmując, co mówiły. — Mylicie się... Dziś po raz pierwszy widzę was...
— A kiedy się nam śniło?
— Tak, tak, przypomnij sobie tylko! widziałeś nas w naszych snach.
— W Niemczech, trzy miesiące temu, po raz pierwszy... Spojrzyj tylko ma nas!
Gabrjel nie mógł się wstrzymać od uśmiechu, wobec takiej prostoty Róży i Blanki, które prosiły, go, ażeby sobie przypomniał sen, które one miały; potem, coraz bardziej zdziwiony, rzekł:
— W waszych snach!
— Ależ tak, kiedyś nam udzielał tak dobrych rad...
— Potem, kiedyśmy miały zmartwienie... w więzieniu., twoje słowa, które zapamiętałyśmy, pocieszały nas i dodawały nam odwagi.
— Alboż nie ty wyprowadziłeś nas z więzienia w Lipsku, podczas owej czarnej nocy... kiedyśmy cię nie mogły widzieć.
— Ja...
— Któżby inny, jeśli nie ty, przybył na pomoc nam i naszemu staremu przyjacielowi?
— Mówiłyśmy mu, że ty go kochasz, bo i on nas kocha.
— Dlatego dziś, podczas burzy, prawie nic nie bałyśmy się.
— Spodziewałyśmy się ciebie.
— Dziś rano, tak, dziś, moje siostry. Bóg mi użyczył łaski, posyłając mnie wam na ratunek; płynąłem z Ameryki, alem nigdy nie był w Lipsku... Nie ja więc oswobodziłem was z więzienia... Powiedzcie mi, moje siostry, — dodał z miłym uśmiechem, — za kogo mnie macie?
— Za anioła, któregośmy już we śnie widziały i którego matka nasza zesłała nam z nieba, aby nas strzegł.
— Moje kochane siostry, ja jestem tylko zwykłym księdzem... Los zdarzył, że może podobny jestem do anioła, któregoście widziały we śnie i którego inaczej widzieć nie mogłyście... gdyż niema aniołów, których moglibyśmy widzieć....
— Niema widzialnych aniołów, — rzekły dziewice, smętnie na siebie spoglądając.
— Nie, moje kochane siostry, — rzekł Gabrjel, biorąc życzliwe ręce dwóch sióstr, — sny... jak wszystko pochodzą od Boga... a ponieważ wspomnienie matki łączyło się z tym snem... tem droższy..powinien on być wam.
W tej chwili drzwi się otworzyły i pokazał się Dagobert.
Aż dotąd sieroty, zajęte jedynie naiwną myślą, że się opiekuje niemi anioł, nie przy pomniały sobie, iż żona Dagoberta przybrała opuszczone dziecię, któremu na imię było Gabrjel i które zostało księdzem misjonarzem.
Jakkolwiek żołnierz upierał się przy swojem, że rana jego była tylko białą raną (jak mówił generał Simon), jednakże starannie opatrzył go miejscowy chirurg; czarna przepaska do połowy zakrywała mu czoło.. Wchodząc do pokoju, mocno się obruszył, widząc, jak nieznajomy poufale trzyma ręce Róży i Blanki. Łatwo wystawić sobie można jego zdziwienie; Dagobert nie wiedział, że misjonarz uratował dziewczęta i jego samego obciął ratować.
Zrana, w czasie burzy, miotany tu i owdzie falami, nadaremno usiłując chwycić się brzegu i wyjść na skałę, żołnierz zaledwie dojrzał Gabrjela w chwili, gdy ten, uratowawszy od śmierci dwie sieroty, obciął także, ale zapóźno, i jemu udzielić pomocy.
Gdy po rozbiciu Dagobert znalazł sieroty w dolnej sali zamku, upadł, jak powiedzieliśmy, zemdlony, z utrudzenia i ze wzruszenia, tudzież z rany; wtedy też nie mógł spostrzec misjonarza.
Weteran marszczyć zaczynał siwe brwi pod czarną przepaską, widząc, jak nieznajomy poufale rozmawia z Różą i Blanką; ale te wnet pobiegły ku niemu, rzuciły mu się w objęcia i okrywać go zaczęły dziecięcemi pieszczotami; gniew jego wkrótce ustał wobec tych dowodów życzliwości, lecz wojak jeszcze ponuro rzucał oczyma na misjonarza, który powstał, tak, że mógł dobrze mu się przyjrzeć.
— A twoja rama? — spytała Róża z uczuciem — powiedz nam, przecież nie jest niebezpieczna?
— Czy boli cię jeszcze? — dodała Blanka.
— Nie, moje dzieci... to chirurg zawiązał mi ten bandaż; ja choć miewałem głowę pokiereszowaną szablą, przecie nigdy się tak nie pieściłem, uważać mnie jeszcze będą za starego pieszczocha; a to tylko biała rana, i mam ochotę...
Żołnierz sięgnął ręką do bandaża.
— Ależ daj pokój, nie ruszaj tego! — rzekła Róża, przytrzymując rękę Dagoberta.
— Czy tobie nie wstyd... w tym wieku być tak niecierpliwym, — dodała Blanka.
— Dóbrze, dobrze! nie łajcie mnie już, zrobię, co chcecie... pozostawię ten bandaż.
Potem, odprowadziwszy siostry do kąta salonu, rzekł im pocichu, spoglądając z ukosa na księdza:
— Cóż to za jeden... co was trzymał za ręce... gdym ja nadszedł... wygląda jakoś na księdza..... Ale widzicie, moje dzieci, trzeba się strzec... gdyż....
— On!! — zawołały Róża i Blanka, zwracając się ku Gabrjelowi, — ależ gdyby nie on... jużbyśmy cię nie mogły teraz ani widzieć, ani ściskać...
— Jakto? — zawołał żołnierz, nagle się prostując i patrząc ma misjonarza.
— To nasz anioł stróż, — rzekła Blanka.
— Gdyby nie on, — rzekła Róża, — zginęłybyśmy dziś zrana podczas rozbicia okrętu.
— On... to on... który..., Dagobert nie mógł mówić więcej.
Z przepełnionem wdzięcznością sercem, ze łzami w oczach, pobiegł do misjonarza i, wyciągając do niego ręce, z niewymowną radością zawołał:
— Panie, tobie winienem życie tych dwojga dzieci.... Wiem, jaki mam dla ciebie obowiązek... nie mówię ci nic więcej... bo w tem się już wszystko zawiera.
Lecz, nagle przypomniawszy sobie, zawołał:
— Ale pozwól no... Czy, kiedym ja usiłował wygramolić się na skałę... aby mnie fale nie uniosły... czy to nie ty... wyciągnąłeś do mnie ręce..., tak... twoje jasne włosy... twoja młodociana twarz... tak, to pewno... to ty... teraz,,,, poznaję cię.
— Na nieszczęście siły mi nie starczyło... i z boleścią widziałem, jak znowu spadłeś w wodę.
— Nie mam nic więcej do powiedzenia ci na podziękowanie... prócz tego, co już powiedziałem, — rzekł Dagobert ze wzruszającą prostotą. — Zachowując mi od śmierci te dzieci, więcej mi wyświadczyłeś, aniżelibyś mnie samemu ocalił życie... Ale jaka odwaga!... jakie serce, — rzekł żołnierz, z zachwytem. — A tak jeszcze młody!... delikatny, jak panienka.
— Jakto! — zawołała z radością Blanka, — nasz Gabrjel i tobie także przybył na ratunek?
— Gabrjel! — rzekł Dagobert, przerywając Blance i zwracając się do księdza: — nazywasz się Gabrjel?
— Tak, panie..
— Gabrjel! — powtarzał raz po raz zdziwiony żołnierz.
— I jesteś księdzem? — dodał.
— Księdzem misji zagranicznej.
— A kto cię wychował? — spytał coraz bardziej zdziwiony żołnierz.
— Zacna, dobra kobieta, którą szanuję, jako najlepszą z matek... gdyż ulitowała się nade mną... opuszczonem dzieckiem, i obchodziła się ze mną, jak z własnym synem...
— Franciszka Baudouin... nieprawdaż?... — rzekł żołnierz, głęboko wzruszony.
— Tak, panie, — odpowiedział Gabrjel, również mocno wzruszony. — Lecz skąd-że wiesz?
— Żona żołnierza? — rzekł Dagobert.
— Tak, uczciwego żołnierza... który, z poświęceniem...
dla swego generała, pędzi teraz życie... daleko od żony... daleko od syna, od mego dobrego brata... bo chlubię się tem, że go tak mogę nazywać!
— Mego Agrytkolę... moją żonę... kiedyż ich opuściłeś?..
— Jakto... więc to pan... byłbyś ojcem Agrykoli... A! nie wiedziałem jeszcze, jakie winienem Bogu dzięki! — rzekł Gabrjel, składając ręce.
— A moja żona... a mój syn! — rzekł znowu Dagobert drżącym głosem, — jakże się oni mają? czy masz o nich wiadomości?
— Te, jakie przed trzema miesiącami odebrałem, były jak najpomyślniejsze...
— Nie, to za wiele radości, — zawołał Dagobert, — za wiele...
I weteran więcej już mówić nie mógł; rozczulenie uniemożliwiło mu mowę, upadł na krzesło.
Róża i Blanka wtedy dopiero przypomniały sobie list, dotyczący znalezionego dziecięcia, imieniem Gabrjel, które przybrała żona Dagoberta, i wtedy krzyknęły w uniesieniu:
— Nasz Gabrjel jest twoim Gabrjelem... to ten sam... jakie szczęście, — zawołała Róża.
— Tak, moje kochane dzieci, on jest zarówno wasz, jak mój!
Potem, zwracając się do Gabrjela, żołnierz dodał z wylaniem:
— Daj rękę... daj jeszcze rękę, moje nieustraszone dziecko,... na poczciwość, mówię ci ty... bo mój Agrykola jest bratem twoim...
— Ach! panie... tyle dobroci!...
— Tak, tak... i ty będziesz mi jeszcze dziękował... po tylu dobrodziejstwach, jakie my ci winni jesteśmy?
— A moja przybrana matka, czy wie o waszem przybyciu? — rzekł Gabrjel, aby uniknąć pochwał żołnierza.
— Pisałem do niej pięć miesięcy temu... ale donosiłem, że przybędę sam... dlaczego... później ci to powiem.. Zawsze ona mieszka przy ulicy Brise-Miche? Tam — to urodził się mój Agrykola.
— Tak, zawsze tam mieszka.
— W takim razie odebrała mój list; chciałem pisać do niej z więzienia z Lipska, ale nie mogłem...
— Z więzienia... byłeś pan w więzieniu?
— Tak, przybywam z Niemiec, Elbą i przez Hamburg, i pozostałbym jeszcze dotąd w Lipsku, gdyby mi na pomoc nie przyszedł do więzienia djabeł... ale to dobry djabeł...
— Co chcesz przez to powiedzieć?....
— Ja sam sobie nie mogę wytłumaczyć... Te panienki — i z uśmiechem wskazał Różę i Biankę — mówiły, że to lepiej ode mnie rozumieją, bo zawsze mi powtarzają; anioł przybył nam na ratunek...
— Tak, Dagobercie, to anioł... Mówiłyśmy ci, że on nas ratuje, a ty nie wierzyłeś.
— Gabrjelu... czekam na ciebie... — odezwał się głos, na który misjonarz zadrżał.
Dagobert i sieroty prędko się obejrzały....
Ponury zawył.
Był to Rodin; stał we drzwiach, wiodących na korytarz. Twarz jego była spokojna, obojętna; rzucił szybko przenikliwem okiem na żołnierza i na dwie sieroty.
— Czego ten chce od ciebie? — szeptem zapytał żołnierz.
— Jadę z nim, — odpowiedział z żalem Gabrjel.
Potem, zwracając się do Rodina, dodał:
— Przepraszam, natychmiast będę gotów.
— Jakto! jedziesz? — zawołał Dagobert z nadzwyczajnem zdziwieniem — teraz, kiedyśmy się z sobą tylko co spotkali... o! nie... ja ciebie nie puszczę... tyle ci mam do opowiedzenia.., i tobie mam tyle pytań zadać. Pojedziemy razem... będzie nam wesoło!
— Niepodobna... on jest moim zwierzchnikiem... muszę my być posłusznym.
— Zwierzchnikiem?... A czemu on nie po waszemu ubrany?
— Nie jest obowiązany nosić ubioru duchownego.
— Nb, kiedy nie jest w mundurze... a przecież do aresztu was nie wsadzają... to powiedz mu...
— Proszę wierzyć, że gdybym mógł zostać, anibym myślał o odjeździe.
— Niedarmo twarz jego odrazu mi się nie podobała, — wyrzekł przez zęby Dagobert.
— Kiedy chcesz, to ja mu powiem, że bardzo nas zobowiązałby, gdyby raczył sobie odejść...
— Daj pokój, proszę cię, nie mów nic, bo wszystko byłoby nadaremne, — rzekł Gabrjel, — znam ja moje obowiązki... wola mego przełożonego jest wolą moją. Gdy przybędę do Paryża, odwiedzę cię, jak również moją przybraną matkę, i mego dobrego brata Agrykolę.
— Ha! i ja byłem żołnierzem, i wiem, co to subordynacja, — rzekł Dagobert, — w nieszczęściu trzeba być cierpliwym. A więc pojutrze zobaczymy się... przy ulicy Brise-Miche; ja stanę w Paryżu jutro wieczorem, jak mnie zapewniają, a wyjeżdżamy natychmiast. Ale powiedz mi, więc to i u was, jak widzę, jest karność?
— Tak... wielka i bardzo surowa, — odpowiedział Gabrjel, tłumiąc westchnienie.
— Ha! to... bądź zdrów... wkrótce zobaczymy się. Dzień minie prędko.
— Bądź zdrów... bądź zdrów... — odpowiedział stłumionym głosem misjonarz.
— Bądź zdrów Gabrjelu... — dodały sieroty, wzdychając, ze łzami w oczach.
— Bądźcie zdrowe, moje siostry... — rzekł.
I wyszedł z Rodinem, który wysłuchał każdego słowa z tej całe sceny.
W parę godzin Dagobert i sieroty opuścili zamek, udając się w podróż do Paryża.
Dżalma pozostał w zamku, gdyż, będąc mocno ranny, nie mógł dalej jechać...
Metys Faryngea pozostał przy młodym księciu nie chcąc, jak mówił, opuścić swego współziomka.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.