Anielka (Prus)/Rozdział XIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Anielka
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom VII
Szkice i obrazki
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1935
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Rozdział XIII

FOLWARK.

Miejsce, do którego przywlókł się Karusek, aby w niem spocząć na zawsze, stanowiło resztę dziedzictwa pani Janowej.
Była to okolica zaklęśnięta. Ze wszech stron spływały do niej wody. Jej niewielkie i płaskie wzgórki można było obsiewać żytem, albo zasadzać kartoflami. Doły i niziny tworzyły bagno. Im rok był wilgotniejszy, tem mniej siano i zbierano, ale zato głośniej odzywały się żaby i ptaki wodne.
Widnokrąg szczupły, ciemne zwierciadła wody, oprawne w zielony tatarak, kilka płatów zboża i ziemniaków, gdzie niegdzie kępa karłowatej wierzbiny, w jednej stronie czarny las — oto widoki tutejsze. Od lasu ciągnęła się wąska droga, której doły zasypywano niekiedy faszyną i po której nikt prawie nie jeździł.
W środku tego krajobrazu widać było dużą chatę mieszkalną z bocianiem gniazdem. Obok niej, pod kątem prostym, ciągnęła się obora i stodoła, tworząc jeden budynek, także z bocianiem gniazdem. Nieruchomości te zamykały z dwu stron prostokątny dziedziniec, którego dwa inne boki tworzył płot z żerdzi.
Na środku dziedzińca stała studnia z żórawiem i korytem, otoczona kałużą.
Anielka nie mogła sobie wyraźnie przypomnieć, w jaki sposób dostała się tutaj. Wiózł ich Szmul, zdaje się, że dość długo. Ona przez drogę trzymała głowę na kolanach matki i czasem nie słyszała nic, a czasem narzekanie matki lub Józia:
— Ach! jak trzęsie...
Szmul wtedy odwracał się do nich i odpowiadał:
— Przepraszam jaśnie panią, ale ja nie mam innej bryczki.
Znowu nic nie słychać, oprócz trzęsienia i turkotu, i znowu po chwili mówi mama:
— O, jakiż ten Jaś niedobry! Czy on mógł nas tak porzucić?... Głowa mi chyba pęknie!...
A Szmul odpowiadał:
— Żeby był jaśnie pan wybudował młyn dla mnie, tobym ja teraz miał najtyczankę na resorach.
Anielka nie była pewna, o ile posiadanie przez Szmula najtyczanki ulżyłoby obecnemu zmartwieniu matki. Jej samej było zupełnie obojętne, czy Szmul jeździ najtyczanką czy wózkiem. Może to skutkiem osłabienia.
Kiedy ocknęła się, uczuła, że wózek stoi, a ją samą podnosi ktoś i okrywa pocałunkami, mówiąc:
— Dzieci są, dzieci!... Moje wszystkie poumierały, ale dobrze choć na jaśnie panią popatrzeć...
Potem jakaś kobieta (była to karbowa), z twarzą pożółkłą i zmarszczoną, w czerwonej chustce na głowie, wzięła ją na ręce i zaniosła do izby, w której panował wielki zaduch.
Położyła ją na szerokim tapczanie, gdzie było twardo i dużo pcheł i much.
Anielka otworzyła oczy.
Znajdowała się w izbie obszernej, do której dwa niewielkie, czteroszybne okienka puszczały trochę światła. Z sufitu i ścian już poodpadało wapno; szczęściem, gruba warstwa kurzu robiła to mniej widocznem. Podłogi nie było, tylko sklepisko z gliny, jak w stodole.
Ściany dokoła zawieszono obrazami świętych, których rysów trudno było poznać. Pod sufitem ciągnął się długi drąg, a na nim sukmany, kożuchy, buty i bielizna ze zgrzebnego płótna.
Resztę miejsca w izbie zajmował stół bardzo prostej roboty, ławy, skrzynia na kółkach, a wreszcie półka z garnkami i miskami.
Na kominie palił się ogień, drzwi do sieni były otwarte. Naprzeciw widać było inne drzwi i izbę większą i widniejszą od tej, w której leżała Anielka.
Stamtąd dolatywał ją głos matki.
— Więc niema u was dziewuchy?
— Nie.
— Ani parobka?...
— A za coby ich utrzymać, proszę jaśnie pani?... Zresztą, stąd każdy ucieka, bo tu śmierć. Tu noma troje dzieci umarło. Boże mój! jaki był gwar przy nich!... Mógł se był mój choćby i tydzień w domu nie siedzieć, i nawet nie zmiarkowałabym tego. A dziś, jak wyjedzie w pole na pół dnia, to aż mnie cosik rozbiera...
Mówiła to kobieta, która zniosła Anielkę z bryczki. Pani tymczasem lamentowała:
— Ja tu ani tygodnia nie wytrzymam. Ani sprzętów, ani podłogi, ani nawet okien tu niema. Na czem my będziemy spali?... O, gdybym przewidziała nieszczęście, jakie nas spotkało, byłabym kazała ten dom wyporządkować, przysłałabym tu parę łóżek, stół, umywalnią... O! niepoczciwie Jaś postąpił z nami, że nic mi nie wspomniał o projekcie sprzedaży... Nawet nie wiem, co my tu będziemy jedli?...
— Jest trochę mąki na chleb i na kluski, kartofle też. Jest groch, kasza i czasem może być mleko — mówiła kobieta.
— Szmulu! — odezwała się pani do arendarza — dam ci dwanaście rubli, a ty za to kup, co uważasz dla nas za potrzebne. Trzebaby herbaty, choć... samowaru niema... Ja już zupełnie straciłam głowę!
Skargi matki, jednostajnym wypowiadane głosem, odurzyły Anielkę. Gdy się znowu ocknęła, zobaczyła wielki ruch w izbie naprzeciw. Zamiatano ją, wynoszono jakieś koła, pękniętą stępę, złamany stołek od żarn. Potem znana jej kobiecina z nieznanym człowiekiem przynieśli tam dużo tataraku i siana.
— A widzisz, nie mówiłem ci?... Zawdy na mojem stanie! — mruczał chłop.
— O czem on mówi? — zapytała pani, siedząca przed domem.
— I... i... i... abo on wie, proszę jaśnie pani! — odparła kobieta. — On zawdy gada, że nie ma kiej wypocząć, bo i prawda. To w polu trza robić, to bydłu dać jeść i koniowi, to znowu poić, w piątek czy świątek — jednakowo. Więc on se wyrzeka, że inny chłop, to choć raz na tydzień może posiedzieć, pomyśleć...
— To wasz mąż tak lubi myśleć?
— A ino... on, jak rabin: gęby nie otwiera, ino myśli. Aż mu dziś powiadam: „Nie robisz, Kuba, w polu, to już ja dziś bydło obrządzę, a ty się rozwal, żebyś nie gadał, że nie masz wypoczynku.“ On się też rozwalił, o tu, gdzie panicz siedzi, i mówi: „Zobaczysz, że dziś tak coś wypadnie, że ja nie wypocznę do wieczora.“ A ja do niego: „At! głupiś...“ Ale, że zaraz jaśnie pani przyjechała, i musieliśwa oboje wziąć się do roboty, to on teraz wymawia mi, że: „zawdy na jego słowie stanie...“
Gdy zapadł wieczór, przeniesiono Anielkę do izby umiecionej i położono na sianie, przykrytem grubą płachtą; Józio pacierz mówił. Matka pochyliła się nad nią i spytała:
— Angélique, ma pauvre filie!... as-tu faim?...
— Nie, mamo,
— Jesteś jeszcze osłabiona?... Jakaś ty szczęśliwa, że możesz tak ciągle spać i nie czujesz tego, co się z nami dzieje. Ile ja już łez wylałam!... O, ten Jaś, jakże on niegodnie z nami postąpił!... Powiadam ci, żem ci zazdrościła zemdlenia. Ja tylko siłą woli powstrzymałam się... Wiesz, że tu niema nic: ani mięsa, ani masła, ani mebli, ani samowaru...
Anielka nie odpowiedziała nic. Ją nurtował ból, którego ani wyrazy, ani łzy nie były w stanie określić.
W taki sposób odbyła się instalacja wygnańców w nowem mieszkaniu.
Anielka przeleżała jeszcze dzień, przysłuchując się narzekaniom matki i Józia.
Na śniadanie kobieta przyniosła im mleko i czarny, ościsty chleb.
Józio rozpłakał się.
— Ja nie mogę tego chleba jeść, bo przecie ja jestem osłabiony... — rzekł.
— Cóż będziesz jadł, biedne dziecko, kiedy niema nic innego?... O, ten Jaś!... ten Jaś!... sam pewno łakotki zajada, a my umieramy z głodu!... — odpowiedziała mama.
Trzeba było jednak zjeść czarny chleb, co też Józio zrobił nie bez wstrętu.
— Mamo!... — rzekł niebawem — ja nie mam na czem siedzieć...
— To pochodź sobie, moje dziecko... wyjdź przed dom...
— Ja nie mogę chodzić, bo ja przecie jestem chory...
— Józiu! — odezwała się Anielka — naprawdę, pochodź sobie, będziesz zdrowszy...
— Nie będę zdrowszy — przerwał Józio gniewnie. — Prawda, proszę mamy, że ja nie będę zdrowszy?...
Pani westchnęła.
— Moje dziecko, czy ja wiem?... A może tobie istotnie spacer posłuży?...
— A dlaczego mama mówiła w domu, żebym nigdy nie chodził?...
— Widzisz, w domu co innego, a tu co innego... Pobiegaj sobie trochę — odparła matka.
Józio nie odrazu usłuchał, lecz widząc, że od stania nogi bolą, przeszedł ostrożnie próg. Wydostawszy się do sieni, zobaczył tam króliki, które przed nim uciekły. Zaciekawiły go, więc poszedł za niemi aż na dziedziniec, a nawet okrążył dom.
Była to pierwsza jego samowolna wycieczka, po której, bardzo zasępiony, położył się spać obok Anielki. Po obiedzie jednak, złożonym z zacierek i ziemniaków, wyszedł z matką już na dłuższy spacer.
Chodzili ze trzy kwadranse. Gdy wrócili, Józio był ciągle zachmurzony i nieco rzeźwiejszy, ale matka zmęczona. Jemu zmiana życia posłużyła, matce widać koniecznie były potrzebne łóżko i lekarstwa.
Na drugi dzień dopiero wstała Anielka, może trochę spokojniejsza, lecz nie zdrowsza. Nie bolało ją nic, czuła tylko znużenie i brak sił. Po gwałtownych przejściach powinna była odpocząć jakiś czas, w miejscu zdrowem, wśród wesołego towarzystwa. Tu brakowało jednego i drugiego.
Cała okolica przesiąknięta była wilgocią. Noce odznaczały się surowym chłodem, dni parnością. Przytem widok był ponury. Dokoła domu drzewa ani śladu, ani krzaków. Woda brzydka, z czarnem dnem, popstrzona kępami, zasypana tatarakiem. Czarny las o wiorstę stąd szumiał dziko i wyglądał nie weselej. Głosy ptaków były dziwne. Bąk nawet przestraszył Anielkę. Wzgórza, otaczające ze wszech stron folwark, zasłaniały wsie sąsiednie, wogóle dość odległe.
Bliżej otaczało ją wielkie ubóstwo. Na domu strzecha już pozieleniała, mocniejszy wiatr przedmuchiwał ściany, stodoła obdarta chyliła się do upadku. Dwa woły, para krów i koń były chude i posępne.
Z ludźmi było jeszcze gorzej. Matka narzekała, Józio bał się swojej choroby, żona karbowego wspominała zmarłe dzieci, karbowy zwykle siedział za domem, a gdy wrócił — milczał.
Był to człowiek niski i krępy. Nosił zgrzebną koszulę, wyłożoną na takież majtki, słomiany kapelusz z obdartem rondem i łapcie z łyka. Twarz pomimo to miał uczciwą i spojrzenie rozumne choć smutne. Rozgadywał się tylko wówczas, gdy mu się w nocy, nad bagnem, ukazywały ogniste duchy.
Nazywał się Zając.
Trzeciego dnia przyjechał Szmul i przywiózł chleba, bułek, masła, szmalcu, mąki, cukru, herbaty i parę krzeseł. Witano go, jak Mesjasza.
— Co tam słychać! — zawołała pani — mówże nam...
— Aj! dużo słychać... Niemcy już są we wsi i będą spalony dwór przerabiać na gorzelnią. Wszyscy ogromnie żałują jaśnie pani, a ksiądz dziekan ma tu przysłać kur i kaczek...
— Czy mąż nie pisał do mnie?...
— Byłem na poczcie, ale listu niema. Zato pani Weiss kazała się jaśnie pani kłaniać...
Anielka zbladła.
— Co za pani Weiss?
— To jest jedna wdowa po naczelniku od liwerunku, bardzo porządna osoba. A jaka bogata!... Więc ona powiedziała do mnie, żebym się delikatnie zapytał, czy jaśnie pani nie zechce mieszkać u niej z dziećmi. Ona za to nic nie weźmie... A jak jaśnie pani zgodzi się, to ona tu przyjedzie karetą na znajomość i sama jaśnie panią zaprosi...
— Ja nie znam tej kobiety — przerwała pani.
— To nic!... Ale ona zna jaśnie pana... i bardzo go lubi...
Pani coś przypomniała sobie.
— Nie myślę robić znajomości z takiemi kobietami — odparła. — Wolałabym umrzeć z głodu...
Anielkę ostry ból przeszył. Ona wciąż pamiętała rozmowę, w której Szmul zachęcał ojca do żenienia się z tą panią, po śmierci matki. Nie widząc, znienawidziła ją.
— Ach, ta pani Weiss!...
Dzień zeszedł im nieco weselej. Wprawdzie Szmul wkrótce wyjechał, obiecując, że wróci z listem od ojca, ale zato karbowa ugotowała im herbaty w garnuszku. Józio, skosztowawszy herbaty, aż w ręce klaskał i obiecywał, że pójdzie kiedy do lasu na jagody. Matka parę razy uśmiechnęła się. Anielce trochę sił przybyło, choć na krótko.
Następnego dnia Anielka czuła się jeszcze rzeźwiejszą, a dowiedziawszy się, że z niedalekiego wzgórka widać jakąś wioskę, poszła tam, aby choć dachy mieszkań ludzkich zobaczyć.
Tu znalazła wiernego Karuska, który zdechł w jej rękach.
Z początku próbowała go cucić, podnosiła, trzęsła nim. Ale pies był ciężki, łamał się, i głowa mu opadała. Był tak schudzony i pokaleczony, iż dziewczynka odgadła, że niema już dla niego ratunku, że go nic nie wskrzesi.
Gorzko zapłakała nad biednym psem i — co chwilę oglądając się — powoli wracała do domu. O spotkaniu z Karuskiem nie wspomniała przed matką, lękając się jej żalu.
Odtąd poczęła ją dręczyć tęsknota, nieznana jej dotychczas.
Nieraz marzyła na jawie. Zdawało jej się, że jest w dawnem mieszkaniu, że wyszła z niego na spacer. Karusek biegł za nią, ale gdzieś się schował. W domu czeka na nią panna Walentyna z lekcjami, matka siedzi na fotelu, a Józio na swoim wysokim stołku.
Wszystko jest tak, jak było dawniej: dom, ogród, sadzawka. Potrzebuje się tylko odwrócić, aby zobaczyć; potrzebuje tylko zawołać, aby przybiegł Karusek.
Spoglądała i — widziała na czarnej wodzie wyblakłe zielone kępy, albo tatarak smutnie szumiący.
Wówczas z nieprzepartą siłą stawał jej na oczach spalony dom, bez dachu. Okna były u góry okopcone, okiennice zwieszały się, dzikie wino około ganku wyglądało jak sploty czarnych wężów. Szklana altanka była zdruzgotana, pokoje przepalone i zarzucone stosem głowni osobliwych form. Drzewa, przytykające do domu, w połowie były okryte liśćmi, a w połowie — obnażone z nich — straszyły spieczonemi gałęźmi.
Oprzytomniała znowu, zbudzona krzykiem ptaka nocnego. W przerwach — jaka tu cisza... Przez lekką sukienkę wpijała w nią kły wilgoć bagnisk. Czuła chłód i dreszcze. Jak tu pusto, niema drzew, jaka wierzbina drobna... Nie jestże to ziemia umarła i już gnijąca?... Czy nie głodzi ona roślin i zwierząt, czy nie zabiła trojga dzieci karbowych, czy nie zabije ich wszystkich?... Karusek, ledwie tu stąpił, zdechł!...
Słońce, które niegdyś tak ożywiało Anielkę, rzuca światło blade; niebo też nie jest równie błękitne, jak było tam nad ogrodem, jakie przeglądało się w sadzawce. Pierwszy raz uczuła Anielka nieokreślone pragnienie oderwania się od ziemi ponad surowe mgły, do słońca jasnego i nieba tak czystego, jak nad ich domem.
Chwilami przychodziło jej na myśl, że gdyby tu drzewa posadzić, byłoby może choć trochę weselej. Ale drzewo nie wyrasta odrazu wysokie. Trzeba czekać całe lata, dziesiątki lat...
Tu czekać dziesiątki lat?...
Wieczorem pomogła karbowej obierać ziemniaki. To ją rozerwało nieco, choć miała lekką gorączkę.
I matka była słabsza.
— Ja muszę napisać list do ciotki — mówiła. — Jeżeli Jaś stracił mój posag, a jego ciotka ma pieniądze, toż powinna się ulitować nad nami. My tu zginiemy.
Karbowy, Zając, wrócił już od roboty i siedział na progu, jak na koniu, podparłszy rękoma brodę. Patrzył on uważnie na Anielkę i rzekł:
— A jużci! dla państwa tu jest bardzo złe powietrze...
— I dla was złe, dla wszystkich złe! — odpowiedziała pani.
— My, tośwa już przywykli — odparł. — Żeby tak ino miał człowiek kiedy czas odpocząć, jak się patrzy...
I westchnął.
— Ale! — wtrąciła Zającowa — jemu tylko o odpocznienie idzie. Jużci i nam tu niezdrowo... Troje dzieci noma umarło, a takie były rzeźkie, takie wesołe...
— Dlaczegóż nie wyprowadziliście się stąd? — zapytała pani.
Chłop posępnie rzucił głową.
— Nasze dzieci umiłowały sobie te strony i latają nad niemi, to i nam nieładnie stąd odejść...
— Co wy mówicie, człowieku? Gdzie wasze dzieci latają?... — odezwała się niespokojnie pani.
Chłop, milcząc, wyciągnął rękę w kierunku bagien.
Wszyscy stanęli na progu i patrzyli.
Niebo było zamglone, ledwie świeciła gdzie jaka gwiazda. Powietrze ciepłe, ale tem ciepłem zgniłem, wilgotnem. Na dziedziniec padała czerwonawa smuga ognia, palącego się na kominie. Żóraw studni czarno rysował się na niebie.
Za żerdziami, okalającemi dziedziniec, może o paręset kroków od domu, tliło się kilka bladych płomyków. Niekiedy drżały, przygasały, czasem zbliżały się do siebie, podnosząc się i zniżając.
Józio zaczął krzyczeć. Wylękniona matka wzięła go za rękę i pociągnęła do izby. Karbowa płakała i modliła się, a chłop siedział z głową podpartą na rękach, i patrzył.
— Kiej lubią tu być, kiej im tu dobrze, to niech se skaczą! — rzekł chłop. Wprawdzie dawniej, widząc błędne ogniki, twierdził, że to są dusze poprzednich mieszkańców folwarku.
— Czy każda dusza chodzi po tych miejscach, które lubiła?... — spytała go cicho Anielka.
— Jużci tak! — odparł. — Ony się tu kąpały za życia, łapały se pijawki, więc i teraz zaglądają czasem...
Anielce jakoś lżej się zrobiło, gdy pomyślała, że i jej dusza będzie mogła zaglądać czasem do ogrodu, tam...
Od tego dnia polubiła bardzo Zająca i z tęsknem uczuciem patrzyła na bagna, które tak pokochały jego dzieci, że aż do nich z nieba wracają.
Natomiast pani nabrała jeszcze większego wstrętu do tej okolicy, która sama straszna, była jeszcze siedliskiem jakichś widziadeł.
Wprawdzie mówiła dzieciom:
— Co wy słuchacie Zająca?... on wam brednie plecie. Duchy nie chodzą po ziemi. To były błędne ognie, albo świętojańskie robaczki...
Ale sama bała się i za żadne skarby nie wyszłaby w nocy z izby.
W taki sposób dnie im upływały. Józio coraz śmielej jadał czarny chleb, groch i ziemniaki, często bez okrasy, i coraz dalej wybiegał na folwark. Pewnego dnia przejechał się nawet na zbiedzonym koniku. Ale matka była słabsza niż w domu, a Anielka miewała gorączkę, dreszcze i czuła upadek sił.
Zając pilnie przypatrywał się im obu i kiwał głową.
— Musi to dziedzic nieporządnie robi, że tak opuścił?... — spytała go raz karbowa.
— Aa! — odparł karbowy, machając ręką. — Albo on kiedy zrobił co porządnie? Znam go przecie dwanaście lat!...
A potem dodał:
I ten folwark byłby inakszy, żeby tu choć ze dwa rowy wykopać. Ludzieby na nim nie chorowali.
Po upływie dwu tygodni przyjechał znowu Szmul. Przywiózł od proboszcza drób w kojcu, sery i masło, chleba i bułek z miasta i dwa listy:
Jeden był od pana Jana. Żona otworzyła go najpierwej i czytała:
Kochana Meciu!
Ciężki krzyż zesłał na nas Pan Bóg i pozostaje tylko dźwigać go mężnie. Szalony upór chłopów...
— Ależ oni już chcieli się godzić! — przerwała sobie pani.
Szalony upór chłopów zmusił mnie do sprzedania majątku, ciotki w domu nie zastałem, a na listy moje odpowiedzi nie odbieram. Ma ona wrócić wkrótce, a w takim razie ty udaj się do niej; pewno więcej zrobisz, aniżeli ja.
O pogorzeli reszty mienia naszego nie wspominam nawet. Widzisz, jakie to szczęście, że klejnotów twoich w domu nie było! Pomyśleć nawet nie mogę, że już nie zobaczę mego gabinetu, a kiedy wyobrażam sobie wasze przykrości i obawy, formalnie tracę rozum.
Ja bawię u poczciwego Klemensa, ciałem tylko, bo duch mój jest z wami. Piękne salony jego zobojętniały mi, obiadów, które pamiętasz — nie jadam. Powiem ci otwarcie, że wprost lękam się o moje zdrowie.
Zającowi polecam, ażeby wszystkie zapasy, jakie są...
— O jakich on zapasach mówi? — przerwała sobie pani powtórnie.
„sprzedał natychmiast, a pieniądze tobie, droga Meciu, doręczył. Ja już nie chcę stamtąd ani grosza, byleście wy mieli dość. Proszę bardzo nie żałować sobie niczego i nie wdawać się w żadne oszczędności. Zdrowie przedewszystkiem.
Żyjemy w czasach nadzwyczajnie krytycznych. Nie znam człowieka, któryby nie miał zgryzoty. Czy uwierzysz, że pani Gabrjela zerwała z poczciwym Władkiem!... Gdy pomyślisz, że ja się i tem martwię, będziesz miała słaby obraz moich cierpień. Ale trudno, mam już taką naturę.
Klemens kazał ci ucałować rączki. Szlachetny ten chłopak od dwu godzin nie ma humoru z tego powodu, że nie może posłać ci do skosztowania poziomek, które sam wychodował...
Pani, nie kończąc listu, zmięła go i włożyła w kieszeń. Był to z jej strony pierwszy podobnie energiczny objaw.
— Ten człowiek nie ma serca! — szepnęła.
Drugi list pochodził od ciotki Anny, którą tak źle w domu przyjęli. Pani otworzyła go z niechęcią.
— Biedna kobieta — rzekła — pewnie prosi mnie o pomoc, której udzielić nie mogę...
Zaczęła jednak czytać:

Z duszy i serca kochana siostro!

Zasłyszałam od Szmula o waszych nieszczęściach. Boże mój! co się stało?... Mówi Szmul, że wy teraz mieszkacie w jakiejś chałupie i nie macie ani co jeść, ani w co się odziać?...

Ach! gdybym ja była otrzymała miejsce u czcigodnego ks. dziekana, pomogłabym wam więcej. Ale teraz sama jestem w kłopotach i ledwie mogę wam posłać trochę gratów do przykrycia...

— Co ona pisze? — spytała pani, głęboko wzruszona.
— Ma racją — odezwał się Szmul — ona mi dała jakieś zawiniątko. Oto tu jest...

Bóg widzi, jakbym rada was ściągnąć do siebie, ale mam pokoik ciasny i jedno łóżko, co ledwie dla ciebie wystarczy.

Ale ty, kochana siostro, przyjedź natychmiast, ty musisz przyjechać, bo tu jest interes. Ciotka twego męża, jw. prezesowa ma być w tym tygodniu w domu i, po paru dniach pobytu, wyjedzie zagranicę na pół roku. Trzeba więc, ażebyś się z nią zobaczyła.

Ona powinna was wesprzeć, boby ją Bóg skarał. Przecie to jej siostrzeniec strwonił twój majątek i dziś hula po świecie, jakby nigdy nic.
Przyjeżdżaj więc ze Szmulem, ani dnia nie zwłócząc, a może ciotka weźmie cię nawet do wód zagranicznych. Gdy was przyjmie do domu, ja przyjadę po twoje dzieci.

Ty staniesz u mnie, zawczasu wybaczając mi biedę, jaką tu znajdziesz. Ach! gdybym ja kiedy dostała miejsce u jakiego zacnego proboszcza, zarazby ze mną było inaczej...
Dziatki twoje, a szczególniej serdeczną Anielcię, tego prawdziwego aniołka, całuję choć listownie. Niech ją Bóg błogosławi.

Panna Walentyna jest tu u nas. Spotkał ją niebogę duży zawód, bo jej konkurent (niejaki pan Saturnin) żeni się z inną.

Resztę listu zapełniały całusy, błogosławieństwa i najusilniejsze nalegania, aby siostra przyjechała natychmiast.
Biedna pani Janowa, czytając to, wylewała obficie zdroje łez. Płakała i Anielka i całowała list zacnej, choć tak ubogiej ciotki. Karbowa też, widząc, że inni płaczą, połączyła się z nimi i zaraz wspomniała o swoich zmarłych dzieciach. Nawet Szmul mówił:
— Bardzo dobra kobieta!... Ona warta być Żydówką... Choć u niej wielka bieda!...
Uspokoiwszy się i odczytawszy po raz drugi list ciotki Anny, pani zamyśliła się. Czasami spoglądała po nędznej izbie, to patrzyła na dzieci, to znowu gdzieś daleko, jakby chcąc sięgnąć aż do mieszkania jw. prezesowej, a może i do głębi jej serca.
— Co tu robić?... co tu robić?... — szeptała.
Szmul, który obserwował ją, milcząc, odezwał się:
— Jaśnie pani musi jechać do miasta, choćby na kilka dni. Ja jaśnie pani radzę!... A kiedy ja radzę, to nie napróżno. Ja znam jaśnie prezesowę. U niej listem nie zrobi się nic, a do tego ona gniewa się jeszcze na dziedzica za to, że ją parę razy zwiódł. Ale jak ona zobaczy, że jaśnie pani taka biedna, taka chora... No, ona nie będzie miała serca nie dać państwu jakiego utrzymania.
Pani złożyła ręce na kolana i kiwała smutnie głową.
— Nie o mnie tu już chodzi, ale o dzieci, które w tej strasznej nędzy zdziczeją i zginą!... Mnie mało się należy... Zdrowie moje podkopane zupełnie...
— Niech jaśnie pani nie desperuje — mówił Szmul. — Prawda, że jaśnie pani mizerna, ale i panienka jest mizerna, choć dotąd była zdrowa. Tu takie złe powietrze. Gdyby jaśnie pani została tu rok... dwa... Bóg wie, coby z tego wypadło, ale w mieście, gdzie tylu doktorów, aptek... Aj! tam będzie pani zdrowa.
Zresztą — to są rzeczy dalekie, a teraz trzeba jechać do miasta, doczekać się jaśnie prezesowej, złapać ją i wszystko powiedzieć, jak jest. Ona jaśnie pani da choć z parę tysięcy na rok i dzieci weźmie na edukacją... Ja dziś wrócę do domu, ale jutro będę tu rano i pojedziemy. Tu się nic dobrego nie wysiedzi, ani dla siebie, ani dla dzieci.
Pani była przekonana o potrzebie wyjazdu, choć niezdecydowana. Była chora i lękała się całodziennej podróży. Suknie jej były tak zniszczone, że wstydziła się pokazać w nich znajomym. Nadewszystko jednak trapiła ją myśl rozłączenia się z dziećmi, jeszcze w takich warunkach!...
Lecz znowu dobro dzieci wymagało tej podróży. Gdyby je wziąć ze sobą mogła... Ale gdzież je umieści? Tu — mają choć dach nad głową i nie pomrą z głodu.
Zresztą, wróci do nich za kilka dni, a może, co będzie jeszcze lepiej, zobaczy się z niemi w mieście, już spokojna o ich byt teraźniejszy i los przyszły. Ach! byle wyjść z tej nędzy.
Trzeba jechać!...
Obie z Anielką prawie całą noc nie spały. Matka mówiła jej o bogactwie babki, o szkole dla panienek, na którą pewnie zostanie oddana, o tem, że kilka dni rozłąki upłyną jak mgnienie oka. Polecała opiece jej Józia i zobowiązywała do czuwania nad własnem zdrowiem.
— Nie wychodź wieczorami na spacer, każ palić na kominie, wodę pij ostrożnie. Tu jest dziwny kąt. Ja tu czuję aż w kościach zgniłą wilgoć. Trzeba się strzec.
Anielka ze swej strony prosiła matkę o jak najdłuższe i najczęstsze listy. Zasyłała pocałunki ciotce i pannie Walentynie (ale ciotce więcej) i prosiła, aby matka wracała, jak tylko zobaczy się z babką.
Z rana pani powierzyła dzieci swoje Zającowi i jego żonie, zaklinając ich, aby dbali o nie jak o własne.
— Tak będziemy usługiwali panience i paniczowi, jak teraz — rzekł karbowy. — Złego im się przez ten czas nic nie stanie, byle tylko Pan Bóg dał, żebyście państwo wyjechali stąd prędzej, bo tu dla was złe powietrze...
Około siódmej przyjechał Szmul i popasał.
Matkę opanowała wielka trwoga. Sprzedaż majątku, choroba, pożar, wyjazd męża, nędza — wszystko to były nieszczęścia, ale mniejsze od tego, jakie ją dziś ma spotkać.
Opuści dzieci swoje!...
Łatwo to mówić: wyjadę na kilka dni, zostawię je... Ale ciężko wyjechać i zostawić! Pani zrosła się z dziećmi. One były nieomal organami jej ciała. Zawsze je słyszała, patrzyła na nie, czuła ich obecność. Zapomniała już o tem, że świat istniał niegdyś dla niej bez dzieci. Strata dzieci choćby na kilka dni robiła na niej takie wrażenie, jak na zwykłym człowieku zrobiłoby nagłe zniknięcie ziemi, po której stąpa. Dzieci były czemś tak połączonem z nią w jej myślach, jak ciężar i wymiar z przedmiotami materjalnemi. Gdyby ogromny kamień stał się lekkim jak pióro i przenikliwym jak dym, zdziwiłaby się niesłychanie. Ale to, że się ma z dziećmi rozstać — dziwiło ją i bolało.
To też ta kobieta, zwykle wyrzekająca, płaksiwa, rozdrażniona, uspokoiła się przynajmniej napozór. W duszy starała się odpychać myśl o wyjeździe. Mówiła sobie: wrócę za parę dni, jutro...
Nie — to za długo. Wrócę za parę godzin. Tylko parę godzin nie będę wiedziała, co się z niemi dzieje. O Boże! jak jest ciężko...
Anielce do żalu za matką przybywało poczucie odpowiedzialności za Józia. Co ona zrobi, gdyby tam, w mieście matka potrzebowała jej pomocy?...
Kwestje te rozwijały się na tle przywiązania i przyzwyczajenia. I ona nigdy nie była bez matki i jej rozstanie z matką wydawało się faktem nietylko bolesnym, ale nadnaturalnym.
Nie myślała o tem, że ludzie wyjeżdżają i wracają, z czem mógł ją przecie oswoić ojciec. Ale dlatego właśnie, że ją tak przyzwyczaił do nieobecności swojej, uważała go za istotę różną od matki. Można się ze wszystkiem rozdzielić, byle nie z matką.
Zresztą w innym czasie, w pomyślności, przy zdrowiu, mniej obszedłby ją wyjazd matki. Wesoły duch wesoło patrzy w przyszłość. Ale po tylu klęskach, tylu boleściach, jakie ją dotknęły, czy mogła odegnać przeczucie, że wyjazd ten jest nową klęską i boleścią? Dokoła niej wszystko padało, albo uciekało bezpowrotnie. Domu już nigdy nie zobaczy, Karuska także, ojca — któż zgadnie? Może i z matką już rozdzieli się na zawsze...
Szmul nie naglił do wyjazdu, ale popasłszy, zebrał resztę siana, pochował torby i zaprzągł konie. Potem widząc, że i to nie skutkuje, usiadł na przedzie wozu i zajechał pode drzwi chaty.
Karbowa ofiarowała pani swoją dużą, kraciastą chustkę i nowe trzewiki. Pani przyjęła chustkę z podziękowaniem, ale trzewików nie chciała.
Wreszcie Zając wyniósł stołek przed dom, aby pani łatwiej było wsiąść.
Józio zaczął płakać.
— Joseph! ne pleure pas... Któż znowu widział?... Mama niedługo wróci! — upominała go pani, blada jak wosk gromnicy.
— Moja Zającowa! — dodała — zostawiam wam trzy ruble... Czuwajcie nad dziećmi... Wynagrodzę was, bardzo wynagrodzę, gdy Bóg odmieni nasz los...
— Mamo! my mamę odprowadzimy do lasu... — szepnęła Anielka.
— Très-bien, mes enfants! odprowadźcie mnie. Mogę przejść się z wami... Tak długo będę siedziała... Jedź, Szmulu, naprzód...
Szmul zaciął konie i ruszył zwolna. O kilkanaście kroków dalej szła matka, trzymając Józia za rękę, a przy niej Anielka. Za nimi wlekli się oboje karbowi.
I matka i Anielka odsuwały ostatnią chwilę. Ciężko im było żegnać się.
— Prezesowa pewnie już jest w domu — mówiła matka. — Jutro zobaczę się z nią, a pojutrze przyjedzie po was ciocia Andzia. Józio niech będzie grzeczny, to mu kupię kozaka, takiego, jak miał.
Zagadywała tak siebie i dzieci, nie chcąc myśleć o rozstaniu. Patrzyła na drogę. Do lasu było jeszcze daleko. Może ta droga nigdy się nie skończy?... Szli wolno, drobnemi krokami, ociągając się.
— Tu nawet jest ładnie — mówiła matka. — W lesie będziecie mogli zbierać sobie jagody, w domu bawcie się z kurkami i królikami. Poprosicie kiedy Zająca, ażeby was podwiózł za las, tam zobaczycie wieś, będziecie w kościele...
— Ale mama do nas zaraz napisze? — spytała Anielka.
— Naturalnie! Szmul jutro wróci, wszystko wam opowie... Kupię ci papieru, atramentu i piór i przyszlę, ażebyś i ty do mnie pisała. Szkoda, że tu tak poczta daleko... Przyszlę wam jeszcze książeczek, elementarz dla Józia... Ty, Anielciu, ażebyś miała rozrywkę, ucz go abecadła...
Była bardzo zmęczona. Karbowy więc podsadził ją na furmankę i dzieci obok niej, ażeby odprowadziły ją do lasu.
Na brzegu Szmul stanął i oglądając się, rzekł:
— Ho! bo! jak stąd daleko do folwarku... Panienka i panicz muszą się już wrócić.
Anielka nie mogła łez powstrzymać. Klękła w ciasnej bryce i całowała kolana matki.
— Mama wróci do nas?... — szeptała. — Mama nie opuści nas tak, jak...
Nie mogła dokończyć.
Matka tuliła głowy obojga dzieci i nagle zawołała:
— Szmulu nawróć... Ja nie pojadę bez nich...
Szmul zaczął perswadować.
— Aj! jakie jaśnie państwo grymaśne!... Czy to ja nie odjeżdżam od moich dzieci?... Mnie interesa całemi tygodniami trzymają za domem... Nikt takich zbytków nie wyrabia jak jaśnie państwo. To nawet grzech!... Przecie tu chodzi o jaśnie panią i o dzieci, o ich los. Ja dziś odwiozę jaśnie panią, a za tydzień, może pojutrze, odwiozę panienkę i panicza. Teraz niech państwo nie myślą o tem, że źle jest żegnać się, ale o tem, że dobrze witać się. Ja wiem, że od tej pory Pan Bóg wszystko odmieni na dobre, bo na świecie nigdy tak nie jest, ażeby jednemu było wciąż źle.
— Nie płacz, Józiu! — rzekła Anielka. — Przecie Szmul często z domu wyjeżdża i zawsze wraca wesoły.
Karbowy zsadził Józia i Anielkę z wozu.
— Za kilka dni będziemy znowu z mamą — mówiła Anielka. — My tu zostajemy z karbowymi, ze swoimi... Mama także nie jest przecie sama, tylko Szmul z nią. Nikomu nie stanie się nic złego. Szmul nam wszystko opowie o mamie, a mamie o nas...
Pani przeżegnała dzieci i karbowych, Szmul zaciął konie. Chwilę jeszcze biegła za wozem Anielka, później stanęli oboje z Józiem, wyciągając ręce do matki.
Droga przez las z początku szła prosto.
Patrzyli oboje na wóz, a matka na nich. Potem Szmul skręcił.
Karbowa już poszła ku domowi, karbowy został.
— Chodźta, panicze! — rzekł. — Pobiegajcie se po lesie i nazbierajcie jagód. Będzie wam weselej...
Dzieci usłuchały go. Karbowy porobił im pudełka z kory i oprowadzał po miejscach, gdzie rosły jagody czarne i poziomki w wielkiej obfitości. Pokazał im też dużego dzięcioła, który kuł w spróchniałą gałąź, aby wystraszyć robaki, a później wiewiórkę, która siedząc na szczycie sosny, obierała młode szyszki.
Oglądali także wielkie mrowiska, paproć, której kwiat daje ludziom wiedzę o ukrytych skarbach, i leżeli na mchu. Anielka mniej tęskniła, a Józio był zupełnie wesoły na tym spacerze. Umówili się z karbowym, że gdy mama będzie wracać, wyjdą naprzeciw niej z jagodami.
O, jakaż to uciecha będzie!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.