Buda na karczunku/VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Buda na karczunku
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1897
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Klemens Junosza - Buda na karczunku ornament 05.png


VI.

Nazajutrz, zaraz po śniadaniu, Janek zabierał się do wyjścia.
— Tak ci pilno — rzekła matka tonem łagodnej wymówki — posiedziałbyś jeszcze trochę. Prawie nie widziałam cię dziś, ledwie się rozwidniło, pobiegłeś oglądać swoje ubogie dziedzictwo.
— A jakże, matusiu, to pierwsze; fortuna nasza maleńka, inny możeby na nią nie spojrzał, ale ja myślę, że przy Boskiej pomocy będzie nam tu dobrze. Sam lepszego miejsca nie wybrałbym. Wzgórze doskonałe, pole niezgorsze.
— A te pniaki, te pniaki, mój Jasiu, jak ty je wydobędziesz?
— Nie frasujcie się, matko, wykarczuje się i będzie śliczna nowina. Od czasu, kiedy odebrałem list od was z opisaniem, jak nasza kolonia wygląda...
— To Hanusia, poczciwota, pisała, ja tylko podpis swój położyłam.
— Ja jej pismo od pierwszego spojrzenia poznałem i wypowiedzieć nie mogę, jak wdzięczny jej jestem za te listy. Otóż, matko, gdym wyczytał, jak tu jest i co jest, tom wciąż tylko myślał, jak przystąpić do pracy, jak co urządzić, jakie budynki stawiać. Mieszkalibyście już, matusiu, we własnym domu, w wygodzie, ale nieszczęście się stało, musiałem leżeć tak długo... Trudno, taka była wola Boża. Przez cały czas w szpitalu was tylko miałem na myśli; nieraz przymknąłem oczy i zdawało mi się, że jestem tu, że widzę moją kochaną matkę, dobrych ludzi... Hanusię...
Staruszka westchnęła.
— No, matko droga, nie gniewajcie się, ja już pójdę. Trzeba znajomych przywitać, każdemu dobre słowo powiedzieć; kilka lat nie widziałem swojaków i znajomych. Po drugie, trzeba siedzibę na zimę obmyśleć, w tej budzie ciężkoby było wytrzymać. Widzę domy nowe i wielkie, toż może który sąsiad jedne izdebkę nam odstąpi, a dobytek do swoich zabudowań przyjmie. Odkładać nie można, bo mrozy mogą zaskoczyć, śnieg spadnie i wtenczas będzie nierychło...
— Ha, prawda i to, dobrze mówisz, idźże tedy, a długo nie baw, prędko wracaj, bo chciałabym napatrzeć się na ciebie, mój synku.
Janek zabrał się do wyjścia; ubrany był skromnie, ale czyściutko, w szczelnie opiętym surducie wydawał się jeszcze wysmuklejszym, niż był w istocie. Twarz jego o rysach regularnych, spojrzenie śmiałe i bystre, skromność w ułożeniu, jednały mu odrazu sympatyę. Wyglądał trochę mizernie, a gęsto puszczający się zarost dodawał mu powagi.
Przedewszystkiem poszedł do Wincentego. Stary szlachcic siedział przy stole zamyślony, żona jego kręciła się po stancyi, Hanusia tylko co przybiegła z drugiej izby z jakiemś zapytaniem do babki. Przybiegła widać od roboty, od komina, z rumieńcami na twarzy, z rękam i obnażonemi po łokcie. Jeszcze nie skończyła pytania, gdy młody dźwięczny głos odedrzwi wstrząsnął całą jej istotą.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Pokój temu domowi!
— Na wieki! I pokój temu, kto to mówi — odrzekł Wincenty, a potem nagle zawołał: Janek!
— Janek! — powtórzyła Wincentowa.
A Hanusia, jakby skamieniała, nie mogła słowa przemówić. Zarumieniona, ze spuszczonem i oczami, starała się opanować ogarniające ją wzruszenie.
— No, panie Janie — rzekł Wincenty — witajże nam z podróży i siadaj.
Chłopiec odrzekł z wymówką:
— Nie czyńcież mi takiej krzywdy, panie Wincenty, bom na to nie zasłużył, zwaliście m nie dawniej po imieniu, zwijcie i teraz tak samo. Pana zostawmy za drzwiami, bo on tu niepotrzebny.
— Poczciwie mówisz, chłopcze, urazić cię nie chciałem, ale widzisz młodzież teraz bywa rozmaita, znam takich coby się obrazili, gdybym ich po imieniu chciał nazywać.
— We mnie odmiany żadnej nie masz, jaki wyszedłem, taki wróciłem i przychodzę was powitać z uszanowaniem dla siwego włosa i poczciwości waszej.
To rzekłszy, ucałował rękę Wincentego, Wincentowej i zanim się Anusia spostrzegła, i jej także. Dziewczyna tak się zmieszała, że nie wiedząc, jak odpowiedzieć, uciekła do drugiej stancyi.
— Dziękuję wam, panie Wincenty — mówił Janek — za przychylność, za opiekę nad matką, za wszystko, coście dla nas zrobili, niech wam Bóg nagrodzi stokrotnie. Ubogim gościńcem nie wzgardzicie; nie dar to żaden, ale tylko znak, że miałem was w pamięci.
To rzekłszy, położył przed Wincentym dużą, malowaną ślicznie tabakierkę, a Wincentowej dał niewielki, ale bardzo ładny obrazek w ramach.
— Mam tu jeszcze — rzekł — książeczkę do nabożeństwa dla Hanusi, ale skoro wyszła, to niechże jej pani babka doręczy.
— I na coś ty, chłopcze, tyle kosztu ponosił — rzekł Wincenty. — Takie śliczności! Tabakiera, obraz, książka. Toć ona chyba w aksamit oprawna i srebrem okowana, czy co?
— Nie patrzcie na dar, tylko na serce...
— Zanieś-ze, Kasiu, dziewczynie książeczkę, niech się ucieszy, no, i niech podziękuje Jankowi za pamięć. I my ci dziękujemy, a teraz siadaj, mów, gdzieś bywał, z czem przychodzisz?
— Dużo do opowiadania nie mam: byłem w Warszawie, byłem też między Niemcami pod Gdańskiem, uczyłem się, zarabiałem trochę i wróciłem do matki i do swoich. Oto całe opowiadanie.
— Krótko i węzłowato, ale to dobrze. Kto mało mówi, dużo robi. Widziałeś swój grunt?
— Widziałem i dziękuję.
— Wzgórek dobry?
— W sam raz.
— Wiedziałem na co ci potrzebny, wiatru kupować nie będziesz. O pniaki na polu nie gniewaj się, musiałem ci wydzielić przy wzgórzu, a w jednym kawałku; zyskałeś na cenie, bo za wykarczowany płacili drożej.
— Wszystko dobrze, za wszystko Bóg zapłać! Z piaskami ja sobie poradzę, nie będzie ich tu za rok.
— Pieniędzy matczynych jest u mnie z górą dwieście rubli, nie chciała ich brać do ręki. Jak umyśliliśmy gospodarstwa dawne sprzedać i nowe tu pokupować, przyszła do mnie i powiada: «Pójdę i ja za swoimi, że zaś kobieta jestem i na takich interesach nie znam się, proszę was, zastąpcie mnie we wszystkiem. Co mam, do waszych rąk oddaję, stare sprzedajcie, nowe kupcie, a jak Jaś wróci, to z nim obrachunek zrobicie.» Tak się stało, jak żądała, a teraz, skoro przyszedłeś, obrachunek mogę zrobić. Co swoje zabierz, pieniądze leżą odłożone osobno.
— Nic pilnego, panie Wincenty.
— A może potrzebujesz?
— Nie.
— Masz?
— Nie pracowałem za darmo, płacili mi, a że i jeść dawali, więc mogłem odłożyć.
— No, dużo też przyniosłeś?
— Trochę.
— Ale ile?
— Blisko trzysta.
— To dobrze, bardzo dobrze, matka zapewne się cieszy?
— Właśnie prośbę ja do pana Wincentego mam, bardzo wielką.
— Mów, co ci trzeba?
— Trzeba mi będzie dużo, a pierwsza rzecz, rady.
— Owszem, w każdej potrzebie.
— Bo to drzewo będę musiał kupować, majstrów godzić, robotników; jako młody, łatwo będę mógł być oszukanym.
— Dobrze.
— Po drugie, chociaż pieniądze teraz mam, ale może mi na wszystko nie wystarczy.
— I to bajki. Przychodź do mnie, rada się znajdzie.
— Bardzo dziękuję, Bóg zapłać! Ale na to wszystko jeszcze czas; najpierwej muszę siedzibę na zimę znaleźć, bo na budowanie już nie czas...
— Chciałem zająć się i dom wam postawić, ale matka nie przystała na to.
— Wiem, wiem; to też teraz radbym, żeby nas kto na komorne przyjął.
— A no, to udaj się do Paliwody Dominika; dwoje ich tylko, bezdzietni, a domisko mają duże; jedne połowę chętnie wam oddadzą, a i w budynkach dobytek wasz pomieszczą. Toć i tegoroczny zbiór z pola, ile na waszą część przypadło, Dominik do swojej stodoły na przechowanie zabrał.
— Aby do lata, wszystko do porządku doprowadzę.
— Daj ci Boże! Hanusia weszła do izby, uspokojona już trochę.
— Dziękuję — rzekła — za książeczkę. Jeszcze, jak żyję, tak pięknej nie widziałam. Zawsze, modląc się, wspomnę o...
— O kim? — zapytał żartobliwie Wincenty.
— O panu Janie — szepnęła zarumieniona.
— Słyszałaś, że pana za drzwiami zostawił i nie chce do nas go wpuszczać, niechże ma, jak chce, po dawnemu.
— Owszem, dziadziu, i ja tak myślałam, tylko że mi śmiałości brakło... Trzy lata Jasia nie było. A babcia — dodała dziewczyna, chcąc zmienić przedmiot rozmowy — bardzo z obrazu kontenta. Święta Katarzyna na nim, prawda?
— Tak.
— Patronka jej — wtrącił Wincenty.
— Ja też umyślnie taki kupiłem.
— Babcia teraz gwoździa szuka, bo nie chce, ażeby taki śliczny obraz leżał na stole.
— To prawda — rzekł Wincenty — nie godzi się, gwóźdź znajdziesz w szufladzie, w stoliku, weź młotek i przybij.
— Ja pomogę — odezwał się Janek — proszę tylko pokazać, gdzie ma obraz wisieć.
— Oto na tej ścianie, żeby kto wejdzie, zaraz ze drzwi mógł widzieć.
Janek wziął młotek, gwóźdź wbił i obraz zawiesił. Wszyscy uznali, że przyozdabia stancyę doskonale.
Janek pożegnał Wincentego i jego żonę, chociaż zapraszano go, żeby został. Hanusia na samem odchodnem szepnęła:
— Będę dziś u was.
Wprost ztamtąd udał się do Dominika. Ten szlachcic, mający przydomek Paliwoda, po dziadku podobno, gdyż sam bynajmniej na taki tytuł nie zasługiwał, był to człowieczek niedużego wzrostu, trochę przygarbiony, szczupły, twarz miał wygoloną starannie, mówiąc, składał ręce na piersiach i głowę na bok pochylał.
Ujrzawszy Janka w swych progach, za głowę się chwycił.
— Albo mnie oczy mylą, albo nieboszczyka Józefa syn! — zawołał.
— Tak, panie Dominiku, sąsiedzie nasz kochany, ten sam.
— A witajże, a siadajże! Gość w dom, Bóg w dom, a jeszcze taki gość! Ma się rozumieć, czem chata bogata, tem rada. Zaraz, kochaneczku, zaraz, niechno tylko moja babina przyjdzie, wnet coś postawi, bo i ja, widzisz, jestem tak dobrze, jak na czczo, a taką mam naturę, że gdy dobrego a kochanego przyjaciela zobaczę, to zaraz takie pragnienie mam, jak gdybym sześć śledzi zjadł i siódmego napoczął. Zaraz, zaraz, babiny mojej tylko patrzeć. Jakże, Janku kochany, z drogi? Wracasz nam zdrowy, mocny? Wypadek miałeś, jak słyszę, ale Bogu dziękować nie znać tego, wyglądasz nieźle, chodzisz dobrze...
— Tak, panie Dominiku, miałem złą przygodę, ale to przeszło, zapomniałem już o bólu.
— Ha, młodość to najlepszy doktór; młody wszystko przetrwa, zniesie, wytrzyma bez lekarstwa, dopiero jak stare lata przyjdą, o bieda! Doktór nawet nie pomoże, jak zawołają: «Pójdź Kuba do wójta!»
— Panie Dominiku — rzekł Janek — ja tu z powitaniem przyszedłem, z uszanowaniem do dawnego sąsiada i przyjaciela moich rodziców, jak też potrosze i z potrzebą...
— Aha, nie ma karesu bez interesu, a nawet i żydowie powiadają: «nyśtu geld, nyśtu kompliment» — ale powiedz-że, co ci potrzeba, z duszy serca wygodzę, bo co dziś tobie, mnie jutro, a w przygodzie każdego ratować potrzeba. Chcesz pieniędzy, owszem, dałbym i wygodził, ale pieniężnik nie jestem; sprawę masz, poradziłbym z największą chęcią, ale wiesz, żem nie adwokat...
— Nie, panie Dominiku, pieniądze mam, spraw żadnych nie prowadzę, tylko chciałbym u was stancyę do świętego Jana wynająć i z matką pod waszym dachem przemieszkać, dobytek też do swoich zabudowań możeby pan Dominik przyjął. Co będziecie żądali, zapłacę, jak wola wasza, zaraz, to zaraz; później, to później...
— Także mi gadaj Janeczku! Kąta ci będę żałował, kiedy oto, jak widzisz, domisko nowe i duże, jak stodoła! Sprowadzaj się z matusią, mieszkajcie, jak długo chcecie. W obórce dla waszych krówek kąt odgrodzę, w stajni dla konika także, bo insze bydlę to takie pożerne i chciwe, jak człowiek, drugiemu obrok wyjada. Co się tyczy zapłaty, to, mój Jasiu, zgodzimy się. Zapłacisz zaraz, nie dlatego, żebym cię przynaglał, ale widzisz, tak mnie już od maleńkości uczyli: co masz wziąć jutro, weź dziś, a co masz płacić dziś, płać jutro. Ja sobie rozmiarkuję, ile mam żądać, ty jutro rano z pieniążkami przychodź, graty koło południa zniesiecie i niech będzie wam dobrze na tem miejscu. Weronika! — zawołał — Weronika! Gdzie ona się podziała?
Na to wołanie weszła kobieta niemłoda, wysoka, tęga, o wesołem spojrzeniu.
— Nie wiesz to, że gość w dom, Bóg w dom, że o suchej gębie dobrych przyjaciół nie przyjmują?
— Zkądże wiedzieć mogłam, że kto przyszedł, kiedy akuratnie w oborze byłam te raz... Ani się nie spodziewałam takich odwiedzin... Ależ odmienił się Janek, taki panicz teraz, światowy, elegancki, niech się Talarowszczak schowa, choć na siwym koniu jeździ i po miasteczkach cuduje... Janek pewnie wie, że Talar folwark kupił, niby razem z nami, ale folwark dla siebie.
— Wiem, matka mówiła.
— Okrutnie dmie.
— A niechże sobie dmie, moja Weronisiu, niech dmie, jak cztery miechy kowalskie, bylebym ja głodny nie był, a przy twoim pośpiechu, to się nam z pewnością cygany przyśnią.
— Zaraz, zaraz wszystko będzie.
— I o tem, kobieto, wiedz, że trzeba na drugiej stronie stancyę wyporządzić, bo pani Józefowa z synem do nas na pokomorne tymczasowo przechodzi.
— A doskonale! To się cieszę, będę miała dobrą sąsiadkę. Porozmawiajcie tu sobie, a ja się zakrzątnę.
— Panie Dominiku — rzekł Janek — ja odejść muszę, za poczęstunek dziękuję, zostałbym, ale czasu nie mam...
Szlachcic kocim ruchem do drzwi przyskoczył i klucz w zamku przekręcił.
— Z Dominikiem, braciszku — rzekł — sztuka się nie uda. Drzwi zamknę, okienice zamknę, kołkami popodpieram, ciebie, kochaneczku, do stołu przywiążę, a nie puszczę! Próżne wymawianie, siadaj bracie i siedź, a szczerem sercem nie gardź... Nie codzień się okazya taka trafia. Jeżeliś mocniejszy i nie dasz się na siłę, to cię zatrzymam prośbą. Jasieczku kochany! szczerością serca poczciwego nie wzgardzaj.
Chłopiec roześmiał się i pozostał. Znał on Dominika i wiedział, jaka jest właściwa przyczyna jego serdecznej gościnności. Paliwoda lubił dobrze zjeść i wypić, a jego Weronika, chociaż rada popisać się zamożnością przed gościem, w domowem, codziennem życiu była niesłychanie skąpa.
Z okazyi przybycia Janka, szlachcic mógł się spodziewać smakowitego śniadania, gdyby gość odszedł, trzebaby było poprzestać na barszczu i skąpo okraszonych kartoflach.
Dominik aż poczerwieniał z radości, usłyszawszy brzęk talerzy i szkła w sąsiedniej stancyi, a na jego szczupłej, gładko wygolonej twarzy malowało się uczucie wielkiego zadowolenia, prawie szczęścia.
— Chwat jesteś, Jasiu — mówił — kocham cię, nie wzgardziłeś sercem, znać, żeś nasz, krew z krwi i kość z kości... Tak, chłopcze, zawszeć to, co gniazdo, to gniazdo, nie spodziewać się po sowie sokoła, ani po sokolicy sowy... Et, co to długo gadać, z naszego gniazda wielkie ptaki wyszły, na wysokich grzędach siadały, a żebym ci to kiedyś dokumentnie opowiedział, to złapałbyś się za głowę, a słuchał, choćby do samego rana. Myślisz, że jeden z pastorałem nie chodził? I tak jeszcze... a w stalach kanonicy nie siedzieli? Mogę wyliczyć, ilu chcesz, trzech, sześciu, do dziewięciu... A do prawa głów nie było? I jakie! Mecenasy dwunastej próby, z takiego gatunku, co to tylko spojrzy na akta i już na wylot sprawę rozumie... A i w innych praktykach, w innych procederach, jak się który do czego wziął, to już doskonale. Miło czasem o takich wspominać, a młodszym za przykład stawiać, jak to pięli się nasi familianci do góry, niby po drabinie, ze szczebla na szczebel, niby po drobnych schodach, ze stopnia na stopień. Może niejeden zleciał i kark skręcił, ale byli i tacy, co doszli. Ot, Jasiu, teraz pod jednym dachem mieszkać będziemy, a wieczory długie nadchodzą — siła ci rzeczy opowiem, bo szkoda, żeby to zginęło. Ty zaś, jak ci głowa pobieleje, wnukom swoim to wszystko powtórzysz, niech gniazdo szanują... Właśnie... aha! jest Weronisia!
— Odsuń-no się, Dominiku, toć stół nakryję — rzekła szlachcianka.
— Nakryj, nakryj, kochanie. Wiesz Jasiu, że takiej kobiety, jak moja Weronisia, w świecie szukać. Ona, jak się rozchodzi, to tak idzie, że z pod serca odda. Tylko że nie codzień u nas święto...
— Ot, daj pokój, zamiast co niepotrzebnego mówić, na gościa uważaj, weź flaszkę do garści i przepij, jak się należy.
— Weronisiu, słowa twoje święte, a gorzałka z piołunem. Umocz-no i ty dziobek, moja makolągwo, nie zaszkodzi. Janek, wędrując po świecie, pewnie lepsze trunki pijał i lepsze smakołyki jadał.
— Nie bardzo...
— Insze narody przemyślne, a najbardziej Niemcy.
— Tak, jak wszyscy ludzie, pracowitsi tylko.
— O to, to! — wtrąciła Weronika — skoro pracowity a grosz szanuje, to ma. Niechże Janek pozwoli, bardzo proszę.
Dominik gorliwie do jedzenia się zabrał i jakiś czas nic nie mówił, dopiero gdy się już pożywił i napił, zapalił fajkę i zaczął gawędzić.
— Jakże ci się nowe nasze kolonie podobały?
— Owszem, miejsce dobre, grunt niezły, łąki...
— Nie ma co mówić, braciszku, kupione dobrze i niedrogo. Kilka głów nad tem pracowało, a nie chwalący się i moja.
— Podobnoć Wincenty najgłówniej.
— Wincenty... Tak, ale nie on jeden.
— A Talar? — zapytał Janek.
— Ten, braciszku, do gotowego przyszedł. Pieniądze dał, odmierzyli mu grunt i siedzi sobie na folwarku, jak pan. Do jarmarku, do koni, dobra głowa, ale w hypotece, w sądach całkiem głupi. Niby to udaje, gada, ale żadnego w tem sensu nie masz. Wincenty kupno przeprowadzał przy naszej poradzie. Domarad Ignacy, Tabiuka Michał, Buława Walenty, Jakób Odsiebie, Wątorek i jako się rzekło, ja, byliśmy do pomocy. Nie ma z czego próżnej chwały szukać, ale ktoby tę naszą kompanię chciał w pole wyprowadzić, musiałby bardzo rano wstać.
— Co prawda, to nie grzech — wtrąciła Weronika — znawcy są...
— Gniazdo takie, Janku, uważaj zawsze na gniazdo. Czasem trafiają się odmieńce, ale...
— Panie Dominiku — przerwał Janek — ja myślę, że tu będzie lepiej, aniżeli w Sakowie.
— W Bogu miłosiernym nadzieja — i mnie się zdaje, że lepiej.
— Grunta dużo — wtrąciła Weronika — i niezgorszy. Tegoroczny zbiór, choć z niedbałego siewu, bo dzierżawca ostatni rok dosiadywał, jednak zły nie był. Podzieliliśmy się plonem i stodoły, chwalić Boga, nie puste.
— Siano na podziw — dodał Dominik — dawno już takiego nie widziałem. Żydzi na centnary chcą zabierać, choćby dziś, byle im tylko sprzedać, ale nikomu nie pilno.
— Ja powiadam — rzekła Weronika — trzymać do wiosny, do przednówka, to jak za szafran zapłacą.
— O! ty powiadasz! Wielka nowość, że siano z wiosną drogie, tembardziej, jeżeli zima długa. I my o tem wiemy.
Po posiłku Dominik już nie zatrzymywał Janka tak gwałtownie, a przy pożegnaniu rzekł:
— Sprowadzajcież się jutro na nową posiedzialność, ja wam pomogę.
— Dziękuję!
— Józefowa spocznie sobie pod dachem, bo chociaż mrozów nie ma, ale zawsze w szałasie przewiewnie.
Odprowadził Janka o kilkadziesiąt kroków i dał do zrozumienia, że najodpowiedniej będzie przenieść się od rana, gdyż o południu już wszystko może być ustawione i na upartego można zasiąść do stołu i pokrzepić się jakim takim posiłkiem.
Janek zrozumiał aluzyę i gorąco zapraszał pana Dominika, żeby również szczerem sercem nie wzgardził i na nowem miejscu lokatorom swoim honor wyświadczył.
Pan Dominik zapewnił, że nie da na siebie czekać.
— Bo widzisz, braciszku — mówił — człowiek powinien być akuratny, jak zegar, a nawet jeszcze akuratniejszy. Jeżeli go proszą na południe, niech się stawi o wpół do dwunastej, jeżeli na wieczór, niech przyjdzie przed zachodem słońca. Takim sposobem będzie przyjem ny gospodarzowi i gospodyni.
Tak wszyscy witali Janka, tak się z nim chcieli nagadać, że chłopak ledwie przed wieczorem mógł się dostać do domu.
Wbiegł do szałasu, gdzie już było zupełnie szaro i pochwyciwszy rękę stojącej tam kobiety, ucałował ją mówiąc:
— Wybaczcie, matusiu, chciałem zaraz wracać, ale dobrzy ludzie zatrzymali mnie.
Dźwięczny, srebrzysty wybuch śmiechu był odpowiednią na te słowa.
— Ja nie twoja matusia!...
— Hanka!
— A tak... Nie poznałeś mnie.
— Moja droga, kochana! Czyż się mogłem spodziewać, że cię tu zastanę. Gdzież matka?
— Do krów poszła, tylko patrzeć jak wróci.
— A ty tu dawno jesteś?
— Z godzinę. Nie było cię, musiałem czekać.
— Toś do mnie przyszła?
— Albo nie?
— Jakaś ty dobra!...
— A ty to zły — i tyś dobry... Przyszłam cię przywitać i za gościniec podziękować, bo w domu nie mogłam.
— Przecież dziękowałaś.
— Ja sama nie wiem, co wówczas mówiłam, bo skoro wszedłeś, to tak mi się dziwnie zrobiło, ani ja ruchu, ani głosu, drżałam tylko, jak liść, a gdy wziąłeś mnie za rękę, uciekłam i...
— I co?
— Rozpłakałam się.
— A teraz cię nie przestraszyłem?
— Nie. Widziałam ja dobrze, że idziesz i z umysłu stanęłam tak, żebyś mnie nie poznał. Teraz witam cię, Jasiu i dziękuję, żeś o mnie pamiętał...
Objął ją wpół i przycisnął do piersi.
— Hanusiu?
— Co?
— Lubisz ty mnie?
— Może nie?
— Na zawsze?
— Niby ty nie wiesz?
— Będę.
— A jeżeli dziadek nie zezwoli?
— Dlaczego?
— Ja niebogaty.
— Aleś kochany. Ja dziadkowi do nóg upadnę i póty będę prosiła, póty płakała, aż zezwoli. Dziadzio ciebie też lubi.
— Naprawdę?
— Jakeś tylko wyszedł, mówił do babki, żeś dobry chłopiec, że twoja matusia będzie miała z ciebie pociechę... A ja sobie pomyślałam, że nietylko matusia... O, i ona idzie.
— Hanusiu, pamiętaj.
— Będę.
— Poczekasz, aż się zagospodaruję?
— Poczekam.
Staruszka weszła do szałasu i przerwała rozmowę dwojga szczęśliwych.

Klemens Junosza - Buda na karczunku ornament 07.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.