Buda na karczunku/VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Buda na karczunku
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1897
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Klemens Junosza - Buda na karczunku ornament 05.png


VIII.

Tak się z owemi uroczystem i osiedlinami zwłóczyło, że się dopiero w połowie listopada odbyły.
W brano na to dzień św. Stanisława Kostki, dlatego, że w Sakowie był kościół pod Jego wezwaniem, że to święto zawsze w niedzielę przypada i nareszcie, że między kolonistami było kilku tego imienia.
Po południu przyjechał ksiądz z sąsiedniej wioski, obszedł wszystkie domy i budynki, pokropił wodą święconą i do zgromadzonych pięknie przemówił, życząc im, aby na nowem miejscu pobytu żyli w zgodzie, pracowali uczciwie, aby jeden drugiemu, jako brat bratu, we wszystkiem pomagał, a wszelkiej zwady, kłótni i procesu, jak ognia się strzegł. Zrozumieli koloniści, że jest w tych słowach trochę przymówki i w duszy przyznał każdy, że nie bezzasadnej, bo wiadomo, że zagonowy szlachcic do procesu, jak ryba do wody, że każdemu sąd aż pachnie.
Ten i ów westchnął ciężko, pomyślał sobie, że jest człowiek grzeszny i ułomny, ale swoją drogą od spraw zamierzonych odstąpić nie myślał i w głowie mu to nawet nie postało.
Rodem czubate kurki; dziad procesam i się wsławił, ojciec znany z nich był, dlaczegóżby synowie i wnuki gorszymi być mieli?
Pomimo wyraźnej do procesu przygrywki, przemówienie było piękne, życzliwości pełne, a takie serdeczne, że kobiety popłakały się, a nawet i mężczyźni mieli łzy w oczach. W imieniu kolonistów Wincenty księdzu pięknie podziękował i zaprosił pod swój dach, aby spoczął trochę i chlebem, solą, a dobrą wolą nie wzgardził.
W obszernej stancyi Wincentego zebrała się sama starszyzna, co najpoważniejsi gospodarze: Wątorek Franciszek, Tebinka Michał, Domarad Ignacy, Kołowrót Andrzej, Rybak Józef, Odsiebie Jakób, Buława Walenty, Paliwoda Dominik i wielu innych.
Paliwoda, widząc, że Wincenty miód stawia na stół, z pięknem przemówieniem wystąpił o pszczółkach, które są rolnikom podobne, bo przez całe lato uganiają się niebogie po polach, a zimową porą mogą dopiero odpocząć i używać wywczasu i miodu. Tu znów dowiódł wyższości człowieka nad pszczołą, boć ona jednak, chociaż taka pracowita, taka nad maleńkość swoją mądra, miodu do picia zrobić nie potrafi, a ten jest przecie lepszy od owego w plastrach, bo krew rozgrzewa, język rozwiązuje, ręce do uścisku, a serce do kochania wzywa.
Śmieli się wszyscy z tego przemówienia, gdyż było składne, dowcipne, przysłowiami suto okraszone; śmieli się i proboszcz się śmiał i powiedział wyraźnie, że nie spodziewał się znaleźć na koloniach takiego oratora.
Dominik uśmiechnął się na to, mrugnął okiem i rzekł:
— Wielmożny proboszczu, osobo duchowna, ojcze i dobrodzieju, za pochwałę dziękuję, nie zasłużyłem na nią, proszę o cierpliwość i wysłuchanie do końca.
— Owszem, owszem...
— Pszczółki mądre, z łaski Opatrzności nietylko mają zdatność zbierania najlepszych smaków i wonności z drzewiny, kwiatów i pachnącego ziela; dał im jeszcze Pan miłosierny, który o każdym, najmarniejszym robaczku pamięta — i żądełko maleńkie, ale ostre, aby go w obronie od napastników używały. I któż weźmie za złe owej pszczółce pracowitej a zabiegliwej, że gdy ją złość cudza do żywego dobodzie, albo gdy ją ja kie stworzenie na majątku chce ukrzywdzić, onego ostrego żądełka użyje? Broni się ona nieboga, jak może i czem może, boć sądu nie zna, pozwać nie potrafi, nie rozumie biedactwo, że jest na świecie taka i owaka instancya, różne apelacye i kasacye. Kto jej za złe to weźmie? Każdy broni się od krzywdy, jak może... Właśnie to tylko chciałem powiedzieć o pszczółce.
Ksiądz się uśmiechnął, zrozumiał, że była. to delikatna odpowiedź na przymówkę i rzekł:
— Wiem ja, do czego to zmierza, trafiłeś acan zgrabnie. Pomówimy o tem jeszcze kiedy, a teraz bywajcie zdrowi. Bawcie się miodem, jak pszczółki, skoroście miodu nazbierali — a żądełek w ruch nie puszczajcie, bo to nie dobrze...
— Niechże dobrodziej jeszcze z nami zostanie.
— Choć chwilkę!
— Momencik!
— Nie mogę, moi kochani, czasu nie mam. Zostańcie z Bogiem!
— Skoro tak — rzekł Wincenty — to trudno; zatrzymywać nie śmiemy. Koniki przed domem.
Wyprowadzony przez wszystkich, pożegnany, ksiądz odjechał, szlachta zaś hurmem wróciła do stancyi.
— Dobrze Dominik powiedział — rzekł Wątorek.
— Ano, skoro kto do mnie pije, to i ja do niego muszę. Z uszanowaniem i okolicznie, ale prawdę trzeba było rzec.
— Ma się rozumieć — dorzucił Tebinka — żeby sprawy nie były potrzebne, toby i sądów na świecie nie było, a skoro są, to znaczy, że już takie założenie, żeby się ludzie procesowali. Wincenty głos zabrał.
— Kochani przyjaciele i sąsiedzi — rzekł — prawda to jest, że lepsza słomiana zgoda, aniżeli złoty proces, ale nie zawsze można. Świat się nie przerobi, będzie taki, jako i był. A teraz was proszę, rozgośćcie się. Już tam w drugiej izbie stół zastawiony. Proszę wszystkich, całą naszą wioszczynę. Stary i młody, mężczyzna, kobieta, dzieciak, wszyscy dziś moi goście. Co Bóg dał, czem chata bogata, na to zapraszam sercem ochotnem i szczerem.
Dominik tylko na to hasło oczekiwał, z przyjemnością słyszał on szczęk talerzy, łoskot przysuwanych stołków i gwar ożywionej rozmowy.
Do stancyi wbiegła Hanusia. Wyglądała prześlicznie, z długiemi warkoczami, w których końce wstęgi wplotła.
Była zarumieniona, wesoła, szczęśliwa, cała jej postać tchnęła młodością i życiem.
— Dziaduniu — rzekła — niech dziadzio prosi panów sąsiadów, sąsiadki zaś babcia w tej stancyi ugości.
Przed domem dały się słyszeć dźwięki muzyki.
— A to co? — spytał Wincenty.
— To, dziadziu, chłopcy sprowadzili żydów muzykantów.
— A tyś rada?
— Mój Boże! Dlaczegóż nie mam rada być? Czy dziadzio nie tańczyli za swoich młodych lat?
— Ja ci powiem, Hanusiu — rzekł Dominik — dziadzio — ongi okrutnie na weselach i zabawach dokazywał, aż drzazgi z podłogi leciały. Chociaż ja młodszy, ale pamiętam.
— Wszystko ma swój czas, kochany Dominiku.
— A widzi dziadzio — rzekła tryumfująco Hanusia i wybiegła ze stancyi.
— Śliczności dziewuszka! — rzekł Paliwoda — i gdybym nie miał swojej baby i kopy lat na karku, to bym się wam, panie Wincenty do samej ziemi pokłonił.
— Ho, ho! — odezwał się z przekąsem Wątorek — także się przyśniło.
— Dla kom plementu się mówi i dla przykładu.
— No, chodźcie, — sąsiedzi kochani, boć tam już pewnie moja kobiecina co gorącego postawiła, tedy wystygnie. Gawędzić można i przy jedzeniu.
Stół uginał się pod ciężarem mis pełnych mięsiwa; wszystkiego przyrządzono tyle, że całą wieś przez trzy dni żywićby tem można. Wincenty wystąpił, co się zowie; spasłego wieprza na ten cel poświęcił, prosiąt kilka, barana, a i z miasta dwie ćwierci mięsa przywiózł.
Przez kilka dni piekło się to, wędziło, gotowało, smarzyło; Wincentowa padała ze znużenia, pomimo pomocy Hanusi i kilku sąsiadek.
W kącie, na koziołkach, stała beczka piwa, na stole oddzielnym pod oknem las flaszek najrozmaitszych, a przez otwarte drzwi do stancyi, która zarazem i za kuchnię służyła, dolatywał aromatyczny zapach krupniku, który się w sporym kociołku gotował.
Specyalnie drobno-szlachecki to trunek; robi się z miodu, masła, korzeni i okowity, a nie ma podobno takiego siłacza, któregoby z nóg nie zwalił.
Dominik w siódmem niebie był; zbliżał się powoli do stołu, upatrując miejsce dogodne, żeby wszystko, co najlepsze, miał pod ręką. Że był niewielkiego wzrostu, więc zniknął prawie za górą kiełbas, nastroszonych na misie.
Wątorek, który z przeciwnej strony stołu usiadł, dogadywał:
— A gdzież to kochany Dominik, gdzie wielki orator nasz?
— Jestem, jestem! — odezwał się Paliwoda — jestem za górą, z której, poczekawszy trochę, dolina się zrobi.
— Sąsiedzi kochani i przyjaciele, proszę — mówił Wincenty. — Gorzałki, kto chce, w ręce Dominika.
— W ręce Franciszka.
— Kolejką!
— Tak, kolejką, po porządku, za słońcem, od wschodu do zachodu, jak to jasne słoneczko chodzi, tak i kieliszek pomiędzy nas niech idzie.
— Właśnie podług obyczaju.
— A z powrotem od zachodu znów — wtrącił Wątorek.
— Gadanie nieporządne i sprzeczność niepotrzebna — rzekł Paliwoda — na porządku świat stoi, a choćby się nawet kto upił, byle tylko z porządkiem, to zawsze porządniej wygląda. Każda rzecz ma swoją drogę.
— Bądźcież sobie radzi, bracia kochani — prosił Wincenty.
— Owszem, ale gospodarz niech siada!
— Niech siada!
— Sługa ja wasz dziś, kochani bracia — odrzekł Wincenty — i marny byłbym sługa, żebym siadł.
— Ale siadajcież, swoiśmy.
— Tem bardziej, tembardziej, — powtarzał staty i wziąwszy ogromny, żelazny widelec do ręki, dokoła długiego stołu chodził i potężne kawały z misy gościom na talerze nakładał, to znów piwo z dzbana do szklanek nalewał, bacząc, żeby nikomu nie brakło, żeby nikt pominięty nie został.
Dominik zerwał się z ławy i do Wincentego przypadł.
— Już ty nam, Wicusiu kochany — mówił — dość honoru świadczyłeś, siadajże nareszcie, bój się Boga i jedz, bo ci się od samego patrzenia ckliwo zrobi. Jabym nie wytrzymał godne słowo daję, same zapachy zawróciłyby mi w głowie. Siadaj, siadaj, Wicusiu! Ot, tu, koło mnie, na brzegu. Zechcesz wstać, to wstaniesz bez żadnej przeszkody.
— Tak, siadajcie, panie Wincenty, siadajcie!
— Ty nasz ojciec — perorował Dominik — tyś jak baran w stadzie, a my za tobą szli taki kawał drogi, jak owce. T yś tu na tych osiedlinach osoba pierwsza, jako że pierwszy upatrzyłeś miejsce, na którem teraz siedzimy. Jak Mojżesz starozakonnych izraelitów z Egiptu, tak ty nas wyprowadziłeś z Sakowa i jeszcze dokumentniej zrobiłeś to, niż Mojżesz, bo on na puszczy został, a ty doprowadziłeś nas do tej ziemi, na której osiedleni jesteśmy i nie byle jak, ale hypotecznie, z uregulowanym tytułem własności, z regentami, ze stemplami, czem się dawni żydowscy naczelnicy nie pochwalą. Panowie bracia! każdy, który tu jest i wszyscy, ilu nas tu jest, jakby z jednej piersi i z jednej gardzieli, tchu nie szczędząc, głosu nie żałując, krzyknijmy: Niech żyje nasz kochany, stateczny i sprawiedliwy Wincenty, wiwat!
— Wiwat! — krzyknęli wszyscy tak potężnie, aż się szyby w oknach zatrzęsły. — Wiwat! — podchwyciła młodzież, wiwat! — wrzasnęły piskliwemi głosami kobiety, a jednocześnie żydzi muzykanci, w sieni, zaczęli grać jakiś nadzwyczajny huczny utwór muzyczny, który mógł być marszem, polką, galopadą, czem kto chciał.
Gdy się ten hałas nieco uspokoił, Wincenty zawołał donośnym głosem:
— Krupniku!
Wbiegła Wincentowa z jednym radiem, Hanusia z drugim, napełniono szklanki. Wtenczas gospodarz podniósł się ze swego miejsca i rzekł:
— Nie każdy umie tak pięknie przemawiać, jako nasz sąsiad Dominik — ja nie potrafię. To też krótko, ale szczerem sercem, dziękuję wam za dobre słowo i życzę, aby na tem miejscu, na które za waszą wolą, a przy Bożej pomocy przyprowadziłem was, wiodło wam się szczęśliwie! Daj wam Boże!
— Daj Boże! Wiwat!
— Wiwat!
Gwar robił się coraz większy, rozmowa głośniejsza, a że w tym rozgardyaszu wszyscy razem mówili, więc jeden drugiego usiłował przekrzyczeć, to też był taki brzęk, jak w ulu, a gorąco, jak w łaźni.
Żona Wincentego w drugiej stancy i ugaszczała kobiety; była tam także moc wszelkiego jedzenia, góry ciasta, czerwona wódka słodka, właśnie w kobiecym guście, i krupnik, który zarówno mężczyźnie, jak kobiecie, a nawet małemu dziecku idzie na zdrowie i na pożytek.
Janek dostał się do tego babińca i na uboczu rozmawiał z Hanusią.
— Śliczna dziś jesteś! — szeptał.
— Naprawdę?
— Jak zorza?
— Eh, gdzietam, tylko jak dziewczyna, która...
— Co, która?
— Nie powiem. Zgadnij.
— Albo ja mogę wiedzieć, co ty myślisz?
— Czemu kłamiesz? Możesz.
— Ale dokończ, coś miała powiedzieć.
— Ano, że jestem, jak dziewczyna, która chciałaby się podobać komuś.
— I podoba się, oj, jak się podoba!
— Troszeczkę?
— Bardzo, Hanusiu, ładniejszej chyba na świecie nie ma.
— Tak mówisz na żarty.
— Tyle miast przeszedłem, tyle przecież widziałem, a takiej nie. Hanusiu!
— Co?
— Jak ty myślisz, czy dziadkowie oddadzą mi ciebie?
— Chyba oddadzą, ale trzeba czekać.
— To tak ciężko.
— Prawda, ale tyś mocny, udźwigniesz — odrzekła z uśmiechem. — Eh! co tam! w Bogu nadzieja, co będzie to będzie; dziś zabawa, cieszmy się i weselmy. Muzyka jest... Niechno tylko trochę podjedzą, wyniesiemy stoły i taniec, taniec do samego rana, do białego dnia! Ale ty się pilnuj, Janku, bo ja tylko z tobą tańczyć będę.
— Nie odstąpię cię ani na krok.
— Pamiętaj... Matusia twoja zechce wcześnie do domu pójść, ale ja nie puszczę, bo tybyś ją odprowadził i może nie wrócił...
— Jabym nie wrócił? — rzekł z wymówką.
— Wolę, żebyś wcale nie odchodził. Jest tu stancyjka na osobności, tam matusię zaprowadzę, jeżeli się będzie zmęczeniem wymawiała, niech sobie spocznie i prześpi się, a my będziemy tańczyli.
— Ślicznie mówisz, kochana!
— Ja na ciebie i na tę zabawę całe lato czekałam. O! słuchaj, wstają już! Chodź, pomóż stoły wynieść i innych chłopców zawołaj, w jednym momencie będzie stancya pusta.
Stało się, jak mówiła. W jednej chwili wyniesiono stoły i zaczęła się zabawa; chłopcy i dziewczęta puścili się w zawrotne tany; Janek z Hanusią przodował.
Starsi rozproszyli się po całym domu, pozasiadali na ławach i gwarzyli... Wincenty z Paliwodą zatrzymali się we drzwiach.
— Śliczna para! — rzekł Dominik.
— Niczego.
— Tylko? Ej, ej! gdzie to nasze młode lata, sąsiedzie? Szukaj wiatru, co nad polami przeleciał, szukaj wody, co popłynęła do morza, kwiecia, co niegdyś kwitnęło. Gdzie to, gdzie? Wincenty spojrzał na Dominika i uśmiechnął się pod wąsem.
— Coś was, mój Dominiku, rozmarzyło dzisiaj, że tak często młode lata wspominacie.
— A tak, wspominam; krupnik człowieka rozgrzewa, a natura we mnie taka oto niegodziwa, że gdy widzę taniec, tobym i sam się puścił od pieca, a że jestem stary i nie uchodzi mi z młodzieżą skakać — to mnie zazdrość bierze. Rozumiecie teraz, panie Wincenty?
— A któż wam broni puścić się w tany?
— Nie pasuje, nie pasuje...
— Dlaczego? Zabawić się nie grzech, a jeśli zdrowie służy i nogi jeszcze mocne, to czemu nie poskakać?
— Wincenty wszystko pięknie umie wytłómaczyć, ale i ja także coś wiem. Tańczyć, choćbym chciał, nie mogę, bo raz, młodzieżby się ze mnie wyśmiewała, a po drugie, jak wam wiadomo, żona moja Weronika, godna kobieta na wszystkie cztery boki, ale w takich rzeczach wyrozumienia nie ma. Wzięłaby mnie na zęby, a wtenczas miałbym dopiero gorzkie życie, przez kilka niedziel...
Szeroko zaczął Dominik tłómaczyć Wincentemu, co to jest kobieta, kiedy się, broń Boże, rozchodzi i zacznie dogadywać; jak trudno się w takim razie przed nią opędzić, gdyż ściga swoją ofiarę, niby komar i choć nie śmie żądłem ukłuć, ale brzęczy i brzęczy bez ustanku.
Wincenty pociągnął za sobą gadułę, usadził na ławie i zamknął mu usta szklanką gorącego krupniku.
Gwar rozmów nie ustawał, muzyka brzmiała, coraz to ktoś z podochoconych z piosnką się wyrywał, a młodzież tańczyła do upadłego.
Nagle na dziedzińcu zaczęły psy ujadać i turkot kół dał się słyszeć.
Wincenty ruszył się z miejsca.
— Ciekawość — rzekł — kogo to Pan Bóg do nas prowadzi?
— Albo gość, albo podróżny — rzekł stojący obok Wątorek.
— Chyba, że nie gość. Godzina już zapozna na gościa.
— A któraż?
— Dziesiątą tylko co zegar wybił.
Kilku kolonistów wyszło przed dom, inni zbliżyli się do okien, zobaczyć, kto przyjechał.
Tańce przerwano, muzyka ucichła.
Nadjechał ktoś parą koni, bryczką na resorach i z latarniami, co wzbudziło ogólny podziw.
Z bryczki wyskoczył młody Talarowski. Przybycie jego nie zrobiło dobrego wrażenia, zabawa ustała, wszyscy prawie jej uczestnicy usiedli, gdzie który mógł i milczeli. Sam Wincenty był zakłopotany i nie wiedział, jak ma tego niespodziewanego gościa powitać.
Hanusia usiadła przy Janku i szepnęła do niego, żeby jej nie odstępował.
Talarowski zdjął palto i wprowadzony przez Wincentego, wszedł do stancyi.
Ubiór jego dość rażąco wyglądał w tem zebraniu ludzi czysto, ale skrom nie odzianych. Adam miał na sobie jasne spodnie, pąsowy krawat z ogromnym fontaziem, nadzwyczaj wysokie kołnierzyki, marynarkę aksamitną bronzowrą i rękawiczki jelonkowe żółte.
Wszedł do stancyi śmiało, pewny, że wywoła wrażenie, nie dostrzegając jednak, że na wszystkich ustach ukazały się ironiczne uśmiechy, że młodzież rzucała spojrzenia, nic dobrego nie wróżące.
— Proszę, proszę! — mówi! Wincenty — niechże pan Adam spocznie i... czem chata bogata...
— Ja — rzekł młody człowiek — dopiero może przed godziną dowiedziałem się, że dziś takie u pana Wincentego zebranie i przybyłem. Może trochę zapóźno, ale...
Dominik nie mógł się wstrzymać od przycinku.
— Nic nie szkodzi — rzekł — bo stoi w Piśmie, że większa radość w niebie jest z jednego nawróconego łajdaka, aniżeli z dziewięćdziesięciu dziewięciu porządnych ludzi.
Talarowski udał, że nie słyszy ani tych słów, ani wtórującego im powstrzymywanego śmiechu.
— Jakże się miewa ojciec, panie Adamie? — zapytał Wincenty, aby coś powiedzieć. — Myślałem, że przybędzie do nas na poświęcenie. Razem wyszliśmy z Sakowa, godziłoby się też razem przy poświęceniu być.
— Ojciec o niczem nie wiedział.
— Ma się rozumieć — wtrącił Dominik — proboszcz z ambony zapowiadał, ale snać te słowa aż do wielkiego folwarku i dworu nie doszły.
— Ojciec wyjechał kilka dni temu, a ja mam zajęcie przy gospodarstwie, które, jak panu wiadomo, jest duże. Od wiosny ekonoma przyjmiemy...
— A sami przeniesiemy się do Jojny — wtrącił Dominik.
Wincenty Paliwodę za rękaw pociągnął i szepnął:
— Dajcie pokój, sąsiedzie.
Poczem, zwróciwszy się do Adama, dodał:
— Myślałem, że matka będzie na naszą ubogą chatę łaskawsza.
— Niedomaga.
— A cóż jej?
— Nie wiem, ale jakoś na bezsilność się skarży, stęka...
Dominik szepnął Wątorkowi do ucha, tak jednak, żeby siedzący bliżej słyszeli:
— Stęka, nieboga; nie dziwo, jabym ryczał, żeby mnie Pan Bóg takim synalem skarał.
Znowuż śmiech przytłumiony rozległ się w zgromadzeniu.
— No, panie Adamie — rzekł Wincenty — rozgość-że się, proszę. O tu, przy stole... co Bóg dał.
— Nie głodnym, dziękuję, już po kolacyi jestem.
— To chociaż krupniku szklaneczkę.
Talarowski wziął szklankę, wychylił ją duszkiem i rzekł:
— Za pomyślność gospodarstwu i ich ślicznej córeczki. Zdaje mi się — dodał — że przerwałem zabawę; państwo tańczyli. Możnaby znów zacząć, ja przecież nie przeszkadzam, owszem... radbym i ja z wami. Hej, muzyka!
Jeden z młodzieży, syn Wątorka, chłopak bardzo popędliwy i prędki, usłyszawszy to, wybiegł do sieni i krzyknął na muzykantów:
— Hej, żydzi! Myśmy was sprowadzili, my, młodzież z kolonij, my wam płacimy i nas tylko macie słuchać. Niech mi się żaden nie waży smyczka tknąć, bo was chyba...
— Za co was? — odparł najstarszy grajek. — Pan ma racyę, bo pan płaci; każe pan grać, gramy — nie każe grać, nie gramy. Wolimy nawet trochę nie grać, ręce odpoczną.
— Pamiętajcież!
Talarowski zbliżył się do Hanusi i siedzącego obok niej Janka.
— Jak się pan ma? — rzeki, podając mu rękę.
— Dziękuję.
— A panny Hanusi o to nawet nie pytam, bo wygląda, jak najpiękniejsza róża. Będę bardzo szczęśliwy, jeżeli pani zechce ze mną przetańczyć.
— Nie, nie! — odrzekła zapłoniona dziewczyna — dziękuję za honor, ale nie mogę.
— A to dlaczego?
— Bo nie mogę. Siły już nie mam, tyle godzin.
— Widzę, że pan Jan szczęśliwszy, aniżeli ja.
— Bo pan Jan — odrzekła — jest pan Jan.
Znamy się od bardzo dawna.
— Ja mógłbym to samo powiedzieć...
— A nie!... My się bardzo mało znamy, ale, przepraszam, babka mnie woła.
Uciekła, jak spłoszona ptaszyna. Talarowski usiadł na jej miejscu, obok Janka.
— Widzę — rzekł — że mi tu nie bardzo radzi. Czy pan tego nie uważa?
— Nie mogę wiedzieć, czy tu kto panu rad, czy nie rad, przez długi czas byłem daleko od swoich i nie wiem, co się tu działo.
— A pan był w Warszawie i za granicą podobno?
— Byłem.
— To pan zapewne dużo widział ładnych rzeczy, zapawne bawił się pan dobrze.
— Oczywiście — rzekł Janek — widziałem niejedno; na zabawę czasu nie było, ale niekiedy zajrzało się do teatru, albo w takie miejsce, gdzie piękne obrazy. Kościołów też napatrzyłem się, gmachów, fabryk różnych.
— A jakże pan mógł się rozmówić za granicą?
— Po niemiecku.
— To pan umie?
— Nauczyłem się.
— Pewnie pana ta podróż musiała ogrom nie dużo kosztować.
— Nic nie kosztowała, jeszcze trochę grosza zarobiłem.
— Nie rozumiem — ano, każdy ma swoje sposoby. Powiedz mi pan, czy to już zabawa skończona, że tak się uciszyło?
— Bo ja wiem, panie, ja tu nie gospodarz..
— Ale zdaje mi się, że bliski gospodarzy.
— Prawda. Wincentego szanuję, jak ojca, lecz to do zabawy nie ma nic.
— A pannę Hanusię?
Janek spojrzał na niego zdziwiony i rzekł:
— Mój panie, co panu do tego?
— Tak? Może i do tego; ja ją także mogę... szanować.
— Gdyby było inaczej — odrzekł Janek nader flegmatycznie i spokojnie — to miałbyś pan ze mną do czynienia.
— Proszę!... I cóżbyś mi pan zrobił, mój panie?
— Połamałbym panu wszystkie kości — odpowiedział Janek tym samym, spokojnym tonem, ale w oczach jego malowało się tyle prawdziwie męskiej, pewnej siebie siły i takie postanowienie niewzruszone i niezłomne, że A dam mimowoli zerwał się z ławki i odskoczył, mruknąwszy przez zęby:
— Spotkam y się jeszcze kiedy, panie młynarzu...
— Owszem, z wielką chęcią, panie dziedzicu...
Świadkami tej rozmowy było kilku młodych ludzi; otoczyli oni Janka i wcale niedwuznacznie zaczęli wyrażać oburzenie swoje na nieproszonego gościa. Trochę rozgrzani trunkiem, źli, że im wesołą zabawę przerwano, mający urazę do Talarowskiego za to, że się pysznił, że nie przestawrał z nimi i przy każdej sposobności pragnął im okazać swoją wyższość, gotowi byli odrazu załatwić z nim wszelkie rachunki. W oczach tych chłopaków błyszczał ogień, pięści zaciskały się kurczowo.
— Słuchajno, Janku — mówili — tak być nie może; trzeba tego smyka raz rozumu nauczyć, przesadzić go przez kij. Czego tu chce, czego przyłazi? Prosił go kto?
Janek, który przez krotki czas pobytu na koloniach umiał sobie zjednać wszystkich, a do którego młodzież lgnęła i uważała go, jakby za swego starszego brata, starał się powstrzymywać bliski wybuch.
— Dajcie pokój, chłopcy — mówił — dajcie pokój, nie można na żaden sposób.
— Bronisz go?
— Nie, ale dziś go nie zaczepiajcie; Wincentem u byłoby przykro, żeby w jego domu burda się stała. Uważajcie na jego siwe włosy, na poczciwość. Ja was proszę, zróbcie to dla mnie.
— Zabawę nam zepsuł.
— To się naprawi. On, widząc, że mu nie radzi i że niepotrzebnie tu wszedł, wyniesie się niezadługo, a my zaczniemy znów tańce i weselić się będziemy do białego dnia. Posłuchajcie mnie, chłopcy, ja wam dobrze radzę...
Adam usiłował miną nadrabiać, wszczynał rozmowę ze starszymi, z młodszymi, uśmiechał się do dziewcząt, wreszcie wybiegł przed dom, do swej bryczki i wydobywszy ztamtąd kosz wina, przywieziony naumyślnie, wniósł go do stancyi.
— Panowie! — zawołał — teraz będzie zabawa! Niechno kto da grajcarek.
Wincenty, poważny, z namarszczonem czołem, z brwiami ściągniętemi groźnie, wyszedł na środek izby. Znać było po nim, że jest wzburzony ogromnie, ale panował nad sobą.
— Co to? — zapytał, wskazując na kosz.
— Wino — odrzekł Adam — odemnie poczęstunek dla gości.
— Dla jakich gości?
— No... dla całej kompanii — bąkał zmieszany młody człowiek — dla tych, którzy tu są...
— To moi goście — rzekł — i ja ich przyjmuję...
— Ale...
— Wiedz-że o tem, młodziku — rzekł surowo — że tak robić nie godzi się. Przybyłeś, jesteś przyjęty uczciwie i po ludzku, przyjmij, co w domu jest, ale szynku z mego domu nie rób; jeżeli zaś nie smakuje krupnik, który niedawno jeszcze twój ojciec za wielki specyał uważał i chce ci się wina, to idź-że tam, gdzie wino dają, a uczciwych ludzi nie obrażaj.
Zrobił się wielki szmer w izbie, odezwały się głosy:
— Wyrzucić go, wyrzucić razem z tym koszem!
— Pamiątkę mu dać!
— Niech nie obraża!
— Wielki pan!
— A juści, aksamitna lalka!
— Cicho, cicho! — uspakajał Wincenty.
Adam zaś, widząc, że niedobrze się dzieje, cofnął się ku drzwiom.
Janek zbliżył się do niego i rzekł:
— Parę słów mam do powiedzenia.
— Owszem, owszem, spróbujmy się! — odrzekł zaczerwieniony Adam.
— Kto mówi o próbowaniu się? Powoli, bez hałasu. Sekret mam do pana.
Odprowadził go na bok i rzekł pocichu:
— Młodzież się zbiera na pana, może być źle. Życzliwie radzę, odjedź pan spokojnie, bo nic nie poradzisz.
— Hołota! — mruknął Adam przez zęby — popamiętacie mnie długo!
W skoczył na bryczkę; kosz z winem wrzucił ktoś za nim. Gdy odjechał, szmer oburzenia wybuchnął z całą siłą; chłopcy powzięli myśl, aby dosiąść koni i dogonić go w polu, ale powstrzymał ich Janek; przemówił do nich, uspokoił.
Wincenty za rękę go ścisnął..
— Bóg ci zapłać — rzekł — mój chłopcze; żeby nie ty, wielką przykrośćbym miał. — A zwracając się do młodzieży, zawołał: — Hej! chłopcy i dziewczęta, zapomnijcie o tem, co było, bawcie się!
Żydzi zaczęli grać, przerwane tańce rozpoczęto nanowo, młodzi hasali na zabój, starzy wrócili do gawędy i krupniku.
Dominik nie odstępował Wincentego, a bardziej jeszcze szklanicy, która rozwiązywała mu język, zaostrzała dowcip, a w pamięci budziła dawne wspomnienia.
Otoczono go kołem, a on pererował o wielkich procesach, jakie jeszcze jego ojciec w Sakowie prowadził w imieniu wioski ze wsią sąsiednią, o znacznych ludziach, którzy z tego rodu wyszli i odznaczyli się w świecie, o wydarzeniach dawno minionych i ubiegłych, żyjących jednak jeszcze w tradycyi i przybierających charakter pięknych legend.
Rozmarzał się szlachcic i rozrzewnił, w miarę jak mu Wincenty krupniku do szklanki dolewał, śmiał się i wzdychał i sentencye różne wygłaszał, a słuchano go chciwie.
— Kochani bracia i sąsiedzi — mówił — nie wszystko prawda, co za prawdę sprzedają; w inszem zdarzeniu biorą ludzie fałszywe trojaki, niby za dobre pieniądze i zdaje im się, że się nie mylą. Nie zawsze, braciszkowie kochani, o nie! Stary i mały powtarza, jak za panią matką pacierz, że co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, i myśli, powtarzając to głupstwo, że coś wielce mądrego powiedział. Ono zaś całkiem inaczej jest. Byłeś dzieckiem, zestarzawszy się, jesteś dziadem, a przecie dzieciństwa swego z regestru nie wymażesz, choć ono już nie jest. Zapisane ono, zapisane w twojej głowie, w sercu i nieraz ci się przypomni, jako cię matka pacierza uczyła, jakoś w koszulinie łażąc, gęsi na wygonie pasał, podrósłszy jakoś orał, żął, na zabawy chodził, na zaloty. Et! co to gadać! Wszystko zapisane jest w pamięci takiem piórem, które w duszy siedzi, takim atramentem, co z krwi serdecznej zrobiony. A ojcowie, a dziadowie, też już nie są, dawno ich pochowano na cmentarzu, a przecież z regestru nie wyszli. Wspominamy ich, widzimy przed sobą, jak żywych, powtarzamy i rozważamy sobie nieraz ich słowa i to, co oni nam o swoich ojcach, o swoich dziadach opowiadali. Jest taki rejestr, jest, w którym nic nie przepada, ale wszystko stoi zapisane na wieki... a i takie książki też są, co o najdawniejszych czasach wspominają, o owych czasach, kiedy jeszcze Pan Jezus po świecie chodził i do wielkich grom ad ludzkich przemawiał. A jak człowiek lubi do owego regestru zaglądać! Ja sam pamiętam, jak jeszcze chłopcem małym będąc, lubiłem dziadka opowiadań słuchać. Miał o czem starowina mówić, bo bez mała sto lat mu było, dużo po świecie chodził, dużo różności widział. Bywało, nieraz wieczorem, przy piecu siędzie, fajeczkę zapali, krupnik albo piwo grzane popija i gwarzy, a my koło niego przycupnąwszy na ziemi, słuchamy, a słuchamy. O kolacyi nieraz zapominałem i sen odbiegał, choć się przedtem oczy same kleiły i słuchałbym przez noc, do ranka, do dnia białego. Jego piwo rozgrzewało, czy miód i ciepło od pieca, a nas jego słowa, okrutnie jakoś serdeczne a ciekawe. Ot, Wincenty kochany, sąsiedzie i bracie, możeć to i nas kiedy wnuki wspominać będą po latach, kiedy nasze groby zaklęsną się w ziemię, a drzewina rozrośnie się nad niem. Już prawo takie od Boga, sukcesya, bierze ją syn po ojcu, a taka ona pewna, taka ubezpieczona, że jej żaden ci proces nie odbierze, żaden złodziej nie ukradnie, bo ona w tobie jest. Chyba, że kto spodleje całkiem i zgnije w duchu, ten ją utraci, ale i sam przytem stracony jest bez ratunku.
Zamyślił się, rozrzewnił, głowę na dłoniach oparł i słuchacze jego także zamilkli i zadumali się.
Wincenty po chwili rzekł:
— Dominiku, trącam was. Przebudźcie się.
— Nie śpię ja, bracie — odpowiedział Dominik, podnosząc głowę — nie śpię ja, ale medytuję. Tym czasem dzień nas już trąca, poranek w okna zagląda. Dziękujemy gospodarzowi i gospodyni za przyjęcie, przepraszamy, żeście z naszej przyczyny ponieśli tyle zachodu i kosztu. Daj Boże wam, daj Boże nam, zostańcie w spokoju i zdrowiu!
— Ale posiedźcie — prosił Wincenty — na głodno was nie puszczę. Zaraz tu kobiety co przyrządzą.
Taniec przerwano, żydzi muzykanci, znużeni całonocnem graniem, już dalej rzępolić nie mogli i pomimo nalegań rozbawionej młodzieży, stanowczo odmówili posłuszeństwa. Trzeba się było poddać losowi.
W niesiono znowu wielki stół do stancyi i misy z mięsiwem, z dnia wczorajszego pozostałem; zmęczona tańcem młodzież uprzątnęła je szybko.
Dzień się zrobił na dobre, jasność napełniła dom cały.
Podziękowawszy Wincentemu i jego żonie za gościnne przyjęcie, biesiadnicy porozchodzili się do domów.
Długo w pamięci kolonistów pozostała ta zabawa, a Dominik Paliwoda uczynił z daty tej erę, punkt wyjścia i termin chronologiczny, od którego liczył następne, ważniejsze w cichem życiu wioskowem wydarzenia.
— Było to — mawiał — w kwartał, w pół roku, w roku po osiedlinach i zaraz przypomniał sobie z przyjemnością góry mięsa, piętrzące się na stołach, smaczne ciasto z szafranem i krupnik, wyrób pracowitych pszczółek, udoskonalony przez człowieka.
Młody Talarowski, od czasu owego zajścia podczas zabawy, nie pokazywał się na koloniach; wstydził się.
Siwy koń zapomniał drogi w tam tą stronę, a natomiast nosił coraz częściej swego pana do miasteczka, do zajazdu Jojny, gdzie coraz częściej odbywały się posiedzenia, pod przewodnictwem imćpana Ździebełki, który wciąż zbierał dowody, niezbędne do prowadzenia procesu z rodziną.
Gdy zima już nastała i śnieg pokrył pola i drogi białym całunem, siwek uwolniony został od siodła, natomiast paradował w nowej, błyszczącej uprzęży i woził swego pana w małych zgrabnych saneczkach, pobrzękując dzwonkami.
Przyjaciele owego pana Ździebełko, a nawet sam Jojna Migdał, zauważyli, że Adam coraz posępniejszym i bardziej rozdrażnionym się staje, że lada o co, o najmniejszą bagatelkę, gniewem wybucha, a nieraz, wśród najweselszej zabawy w gronie towarzyszów, ucieka nagle bez żadnej widocznej przyczyny i znika...
Ździebełko utrzymywał stanowczo, że to są symptomata nerwowe i że on sam, będąc ongi młodym i pięknym kawalerem, podobnych cierpień doświadczał.
— To przejdzie — mówił ze znaczącym uśmiechem — ja go wyleczę...
— A to jakim sposobem? — pytano.
— Niechno tylko proces wygram, zabiorę tego chłopca ze sobą i pokażę mu kawał świata.

Klemens Junosza - Buda na karczunku ornament 08.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.