Choroby wieku/XXVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Choroby wieku
Podtytuł Studjum pathologiczne
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wydania 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
XXVII.

W progu starego dworu rotmistrz ich powitał otwartemi rękami, uśmiechnioną twarzą.
— A! przecież wracacie! zawołał z wymówką — a mnie tu tak bez was nudno było, gdybym codzień nie wyglądał i nie spodziewał się, nie wiem jakbym wyżył. Toż to mi się wiekiem wydały tych kilka tygodni... a takeście mi pomizernieli w tem praktycznem powietrzu!
— Bo, wiesz stryjaszku, trafiliśmy tam właśnie na wielkie strapienie.
A! cóż się stało? zachorował kto? umarł broń Boże!
— Nie, ale ten proces.
— A! jakiż! ten stary?
— Ten stary.
— Odezwał się, co?
— I grozi...
— Ale go jeszcze nie przegrali w senacie?
— Nie, chociaż sama obawa już tak ich dotknęła...
— Biedne ludziska, serdecznie mi ich żal! ten proces miljonowy najobojętniejszemu z ludzi krwi by napsuł... człowiek przywyka do majętności, zrasta się z tem co posiada... cóż dopiero jemu, im! co taką do grosza przywiązują wagę!
— Kochany rotmistrzu! zawołał Michał, nie chcę być bogatym, ani przywykać do tego co Bóg rozpożyczył, jeśli ma tak kosztować wiele, gdy się z tem przyjdzie rozstawać.
— Ale ba! nie każdy bo znowu tak się przywiązuje do tego miedziaka — odparł staruszek ściskając Michała — ot widzisz mnie, miałem i ja coś, straciłem wszystko, a jak ciebie i Anusię kocham, kiedym nazajutrz po wydziedziczeniu obudził się rankiem wiosennym, goły jak turecki święty, a swobodny jak ptaszek na gałązce, nie czułem najmniejszej w sercu boleści, ani smutku, ale jakąś tylko błogą tęsknotę, z którą mi nie było gorzej na świecie jak wprzódy. A! dziś, dziś, nie głupim żeby się wbijać w mienie, to kłopot a frasunek! Byle serca ludzkie, byle kąsek chleba, to i dosyć dla człowieka!
— Nie każdy może mieć filozofję, kochany stryju, — odezwała się Anna — to znowu wyjątkowa rzecz takie diogenesowskie usposobienie.
— A zapewne moje dziecko, ale że nie każdy Diogenesem być może, nie każdemu też trzeba się starać być Midasem i czytać i pracować i myślić i pocić się tylko dla grosza. Ci ludzie z naszego kraju, pod pozorem postępu, chcą uczynić warstat i kantor, ale na to Bóg nie pozwoli, a i sensu przecie jeszcze mamy tyle, że się w porę opatrzym i na przyzwoitej granicy staniemy.
— Aha! stryjaszek przecie dopatrzył się granicy! rozśmiała się Anna.
— Oddawna, wy ją teraz powróciwszy z Demborowa, lepiej odemnie znać będziecie. Ale o tem potem, rozgośćcież się i spocznijcie.
Anna nie pytając więcej, biegła na powitanie Klembosi, swej starej piastunki, ludzi dworskich i stworzeń, które z gwarną radością naprzeciw niej leciały.
Co żyło we dworze ruszyło się z powitaniem ukochanych dzieci, starzy gracjaliści z oficyny, ze dworków, stare pieski ze swoich koszyków, hodowany żóraw, siwe gołębie i dzieciaki robiące w ogrodzie, i przyjaciółki stare, dla których Michał i Anna byli jakby własnemi dziećmi. Wszystko to pospieszyło z poszanowaniem i poufałością razem, z radością szczerą, pełne mając słów serca i usta, każdy wołał, wyprzedzał, a rotmistrz uśmiechał się patrząc z uszczęśliwieniem wewnętrznem.
— Wszystko można stracić z dopustu Bożego, zawołał, ale serc ludzkich nic wam nie odbierze, pókiście, ich warci, i to skarb lepszy nad kowane grosze. W najcięższem strapieniu znaleźlibyście zawsze z kim je podzielić, boście nie ekonomicznych ale ewangelicznych trzymając się zasad, zamiast reformować ludzi, kochać ich umieli. Miłość jedna taki owoc dać może, miłosierdzie wyrozumowane nigdy — co się rozumem robi, za to kpinami płacą...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.