Czasy saskie, Stanisław August Poniatowski/Za króla sasa jedz, pij, popuszczaj pasa

<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Czasy saskie, Stanisław August Poniatowski
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1912
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Za króla Sasa jedz, pij, popuszczaj pasa.

Takie wspomnienie zostawił po sobie syn Augusta II, August III. Co to znaczy?
Chyba dość łatwo zrozumieć: baw się, pakuj w żołądek, co się zmieści, o niczem więcej nie myśl. — To wesoło, prawda?
Wesoło też było, bo nikt nie myślał o tem, co nastąpi jutro, i prócz niewielu mądrych ale smutnych ludzi, nikt nie rozumiał tego, co się w kraju dzieje.
Król niepodobny był wcale do ojca: nie obchodziły go wojny, sąsiedzi, byle mu dali pokój i pozwolili bawić się spokojnie.
Polską nie zajmował się wcale, wszystkie sprawy powierzył zaufanemu Niemcowi, Brühlowi, jemu oddał władzę nad krajem, a sam zamieszkał w Dreźnie, swojej saskiej stolicy, i rzadko pokazywał się w Warszawie.
A choć przyjechał, to co komu po nim, kiedy bardzo słabo rozumie po polsku i słucha we wszystkiem Brühla?
A Brühl myśli tylko o swojej kieszeni: bogaci się polskiem złotem z naszą krzywdą, na urzędach osadza swoich krewnych i przyjaciół — jest panem kraju i wszystkiem sam rządzi, bo sejmy jak zwykle zrywają.
Raz zabrał jakąś wioskę szlachcicowi, bo mu była potrzebna może do zaokrąglenia własnego majątku; może mu nawet za to dał jaką ziemię gdzieindziej, żeby nie było krzyku, a może wygrał proces, przekupiwszy sędziów, dość że zabrał i kwita. Szlachcic zrozpaczony podaje skargę do samego króla, bo król właśnie przyjechał do Warszawy. Zobaczysz, panie Brühlu, że jest sprawiedliwość i na ciebie: król nikogo przecież krzywdzić nie pozwoli, gdy się dowie o twoich sprawkach.
Król przyjął łaskawie skargę, skinął głową, wysłuchał, nie rozumiejąc, o co chodzi, i obiecał, że się tem zajmie.
Zajął się, bo go wzruszyła strapiona twarz człowieka. Wezwał Brühla i kazał sobie wytłumaczyć, czego ten biedak żąda.
Przeczytał Brühl, pomyślał, uśmiechnął się z dobrocią i powiedział, że pożar zniszczył szlachcicowi wioskę, więc prosi o pomoc w drzewie, aby się mógł odbudować.
I dobry król natychmiast kazał mu z królewskich lasów wydać sto pięknych dębów, ażeby się pocieszył i wiedział, że król słowa dotrzymuje.

Ale wkrótce samego króla wypędzono z jego dziedzictwa, z ukochanej Saksonji, a właściwie uciekł przed Fryderykiem II, królem pruskim, i chcąc nie chcąc, musiał zamieszkać w Warszawie.
Stało się to takim sposobem.
Przypomnijmy sobie, jak to niegdyś Kazimierz Wielki odstąpił Śląsk Czechom za zrzeczenie się królów czeskich prawa do korony polskiej. Po wielu latach Czechy zagarnęła Austrja, więc i Śląsk także do Austrji należał. Zapomniano prawie zupełnie, że to dawna część Polski, że lud tam polski mieszka. A kraj bogaty, piękny, bardzo nęcił oczy sąsiadów, zwłaszcza króla pruskiego Fryderyka, który pragnął powiększyć swoje państwo, a wojny bardzo lubił.
Więc kiedy w Austrji na cesarskim tronie zasiadła Marja Teresa, a niewszyscy chcieli uznać kobietę cesarzem, chociaż była córką cesarską, skorzystał z jej kłopotów Fryderyk król pruski, zajechał Śląsk i zabrał, bo nie miał go kto bronić.
Upłynęło lat kilka, Marja Teresa została nakoniec uznana przez sąsiadów, ukoronowana, zjednała sobie pomoc Francji, Rosji, i rozpoczęła wojnę z Fryderykiem, ażeby mu odebrać swoją własność. I August III musiał jej pomagać, jako sprzymierzeniec Austrji, której polską koronę po części zawdzięczał.
Wolałby on nie wtrącać się zupełnie do tej wojny, ale nie mógł: Fryderyk wpadł na niego, niby jastrząb na wróbla, podziobał go, pokonał i wypędził. Król uciekł do Warszawy i płacząc nad losem nieszczęsnej Saksonji, przesiedział tutaj całe siedmiolecie, bo ta wojna siedem lat trwała i dlatego siedmioletnią się nazywa.
Możnaby myśleć, że mieszkając w Polsce, sam teraz rządzić zacznie — ale gdzie tam! Poco mu taka praca? Brühl przecie go wyręczy doskonale: zna lepiej ten kraj i mieszkańców, a król taki znękany, nieszczęśliwy, potrzebuje rozrywki, przyjemnej zabawy, aby zapomniał o troskach.
Kochany Brühl, przyjaciel, rozumie potrzeby królewskiego serca i zadość im czyni: bawi króla.
August III lubi bardzo polowanie — więc urządza mu łowy. Ażeby się nie zmęczył daleką podróżą, sprowadza do Warszawy dziki i niedźwiedzie, które król może ubić tutaj własną ręką i bez niebezpieczeństwa.
Gdzieś tam koło Łazienek nad Wisłą ogrodzono kosztownie dużą przestrzeń, jeśli drzew nie było, to je ścinano gdzieindziej, a tutaj wkopywano, tworząc niby aleje, zagajniki. Dla króla zbudowano obszerną altanę, otoczoną żelazną kratą, i wszystko już gotowe.
Zjeżdża królewski dwór z wielką paradą, goście, dworzanie, wystrojone damy, każdy zajmuje przeznaczone miejsce, a król staje w altanie, otoczony najdzielniejszymi myśliwcami.
Wtedy srogą zwierzynę wypuszczano z klatek, a naganka pędziła ją w stronę altany, gdzie padała, ubita celnym strzałem, a nawet brana na oszczepy. Z poza żelaznej kraty można się odważyć na wszystko.
Kiedy trupy zaległy pole nierównej walki, dworzanie ogłaszali wielką chwałę króla, podziwiali jego zręczność i odwagę, a potem ucztowali wszyscy, rozmawiając bez końca o wspaniałych łowach.

Gdy nie było dzikiej zwierzyny, król z okien pałacu zabijał psy, znęcane umyślnie w tym celu na dziedziniec porzuconą tam padliną. — Codzień też prawie w towarzystwie dworzan i gości bawił się w Saskim ogrodzie strzelaniem do celu.
A wieczorem był teatr, koncert, gdyż niezmiernie lubił muzykę, bale, maskarady, tańce, grano w karty. No, i uczty bywały wspaniałe. Szły na to ogromne sumy; nigdy polowy potraw nie zjedzono, a służba sprzedawała potem drób pieczony, pasztety, zwierzynę, cukry, ciasta i przysmaki.
Na to nie szczędzono grosza i nigdy go nie brakowało.

Za przykładem króla i wielcy panowie bawili się, ucztowali, poili i karmili tłumy szlachty, a ta przez wdzięczność słuchała ich ślepo, stanowiła ich siłę.
Dwór wielkiego pana — to jak dwór królewski, a jego władza może większa niźli króla. Król musi słuchać sejmu, a pan kogo słucha? Ma zamki i pałace, miasteczka i wioski, poddanych, urzędników, dworzan, liczną służbę, własne wojsko. Do stołu jego siada po kilkaset osób, — w skarbcu nie zliczyć złota i klejnotów, kosztownych naczyń, strojów, drogich kamieni, pereł, bogactw najrozmaitszych. Stada koni swobodnie pasą się na jego łąkach, tysiące pługów kraje czarną ziemię, tysiące korcy zboża wysyła do Gdańska, tysiące ludzi zależy od niego, rozporządza ich losem, życiem.
Mógłby wiele, ale nie myśli o kraju, a jeśli myśli, to o tem jedynie, żeby się nic nie zmieniło. Jemu dobrze tak, jak jest, więc nie chce żadnej zmiany. Bo czegóżby mógł pragnąć?
Silniejszej władzy króla? A broń Boże! Nie mógłby wtedy robić, co mu się podoba, musiałby słuchać prawa. Tego nie chce.
Zniesienia liberum veto? Ależ to jego potęga! Tym sposobem nie dopuści do niczego, co mu się nie podoba. Póki sejm zerwać może, póty go nikt nie przymusi ani do podatku, ani do służby krajowi.
Zmiany wolnej elekcji? Także nie chce. Bo mu się zdaje, że on tronem rozporządza, że sam na nim zasiąść może, jak zasiedli Korybut, Sobieski, Leszczyński.
Więc jak jest — tak jest dobrze, »Polska nierządem stoi« i rządu nie potrzebuje; każdy w niej sobie panem, i dobrze mu, wesoło: jedz, pij, popuszczaj pasa!

A ciemna szlachta powtarzała za panami »Polska nierządem stoi«, cóż ona wymyśleć mogła mądrzejszego?

Poco rząd? poco te wszystkie odmiany?
Alboż źle było dotąd? A nasi przodkowie
Nie mieliż to rozumu i oleju w głowie?
............
Jak to Polak szczęśliwie żył pod Augustami!
Co to za dwory! Jakie trybunały huczne!
Co za paradne sejmy! Jakie wojsko juczne!
Człek jadł, pił, nic nie robił, i suto w kieszeni —

mówi w jednej z komedji Niemcewicza taki właśnie szlachcic, który czasy Augustów uwielbia.
Paradne były sejmy — rzeczywiście!

...bez żadnych intryg, bez najmniejszej zdrady
Jeden poseł mógł zerwać sejmowe obrady,

Jeden ojczyzny całej trzymał w ręku wagę:
Powiedział: — Nie pozwalam! — i uciekł na Pragę.
Co mu kto zrobił? Jeszcze za tak przedni wniosek
Miał promocje i dostał czasem kilka wiosek!

Naturalnie, dostał od pana, na żądanie którego sejm zerwał.
Jakże nie bronić tak korzystnego prawa? Nazwała go też szlachta »źrenicą wolności«, a broniła tak dobrze, że za Augusta III ani jeden sejm nie doszedł, zrywano wszystkie po kolei.
Dlaczego? — Zawsze miał w tem interes który z panów, — więc poseł przekupiony oświadczał, że sejm nieważny, bo: radzono przy świecy, nie przy świetle dziennem, za długo lub za krótko nad jakąś tam sprawą, w dniu niewłaściwym obrano marszałka, czy tam coś podobnego, i on się na takie uchwały nie zgadza.
Więc rozjeżdżali się wszyscy do domów i znów każdy robił, co mu się podoba. Słabszy szukał opieki u mocnego i pełnił za to jego wolę, a wszyscy częstowali, jedli, pili, i było huczno i wesoło.
Dlaczego szlachta niema bawić się wesoło, jeżeli król się bawi i panowie? Przecież to najlepszy dowód, że w kraju wszystko dobrze.
Do ulubionych zabaw należały t. zw. kuligi. Garstka wesołych gości wpadała do dworu, jedli, pili, tańczyli, a gdy spustoszyli zupełnie śpiżarnię, zabierali gospodarza i dwór cały i jechali dalej w sąsiedztwo, często poprzebierani w najdziwaczniejsze stroje, wożąc z sobą muzykę, aż w ten sposób objechali wszystkie dwory w okolicy, śpiewając i hulając, póki sił starczyło.

I tylko w chłopskich chatach nie było wesela — praca, nędza, ciemnota, to czarna ich dola. Im więcej pan się bawi, tem chłop więcej pracować musi, bo z jego pracy te pańskie dostatki.
Ale kto o tem myśli? Gdzieś tam z daleka odzywa się smutny i proroczy głos króla-wygnańca, — ale kto go usłyszy wśród wesołej wrzawy uczt hucznych i kuligów?
August III to nie król-chłopów, nie zwiedza chat wieśniaczych ani się troszczy o nie.
Nikt się o nie nie troszczy, nikt nie widzi burzy, która zalega niebo czarnemi chmurami i grozi straszliwem zniszczeniem. Coraz czarniej dokoła, ale palą się jasne pochodnie, a w ich blasku naród szaleje w zabawie, jak gdyby jutro nie istniało.
To nie budzi szacunku. Nie budziła też Polska szacunku w sąsiadach. Lekceważyli naród, niegdyś tak potężny, a dziś bezbronny, bez praw i bez rządu. Rosyjskie wojska szły przez ziemie polskie na pomoc Marji Teresie podczas wojny siedmioletniej i nie pytały nawet, czy przejść wolno. A któżby im zabronił? Niszczyły kraj po drodze, bo inaczej być nie może, ale na to nikt nie krzyknął — »Nie pozwalam!« Król pruski Fryderyk II powiększał swoje wojsko, chwytając polskich chłopów i drobniejszą szlachtę — i nikt się o to nie upomniał.
Noc czarna rozpostarła się nad biednym krajem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.