Dzieci pana radcy/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Dzieci pana radcy
Podtytuł Fragment z dziejów małego miasteczka
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
Tom II
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1891
Druk Drukarnia „Wiek”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


III.

Była smutna, szara jesień.
Deszcz mżył od tygodnia, ulice i trotuary warszawskie oślizgły, domy wyglądały ponuro i brudno. Nad żywą, ruchomą falą ludzką, która od wczesnego ranku aż do nocy późnej płynie a płynie po ulicach miasta, unosiły się parasole, przemokli doróżkarze kurczyli się na kozłach, posłańcy kryli się pod ścianami domów i w bramach.
Wieczór już zapadł, na ulicach płonęły latarnie, a z okien i wystaw sklepowych biło światło.
W lekkim dość paltocie, w czapce studenckiej, przez Krakowskie Przedmieście śpieszył Czesław. Szedł bardzo szybko wymijając zręcznie przechodniów. Doszedłszy do Kopernika zwrócił na lewo, przeszedł przez Aleksandryę, a potem dołem na Tamkę i zatrzymał się przed jednym z domów, niedaleko Dobrej ulicy.
Spojrzał na zegarek, była akurat siódma. Jednocześnie prawie z bramy wybiegła młoda osoba w okryciu, z pod którego żałobną czarną suknię było widać. Od kapelusza długi welon czarny spływał po jej ramionach.
— Właśnie w tej chwili przyszedłem — rzekł Czesław, podając rękę siostrze i osłaniając ją parasolem od deszczu...
— Wiedziałam że przyjdziesz i sama nie wiem jak ci mam dziękować... Tego jeszcze tylko brakowało, abyś przy twoich zajęciach, musiał tracić czas na odprowadzanie mnie do domu... ale cóż zrobię? cóż zrobię? powiedz sam mój drogi. Na doróżkę mnie nie stać. Nie zarabiam jeszcze nic, a porzucać pracy rozpoczętej nie sposób.
— Nie dziękuj moja Stasiu. Do mnie należy opiekować się tobą, bądź spokojna, codzień przyjdę po ciebie.
— Dotychczas wracałam i zawsze jakoś szczęśliwie... szłam szybko do samego domu, czasem dla pośpiechu w omnibus siadłam, ale od wczorajszego spotkania...
— Biedna! drżysz na samo wspomnienie...
— Wierz mi, że z oburzenia tylko...
— Bezczelny!... już ja z nim zrobię obrachunek, żebym go tylko spotkał...
— Ah, daj pokój, proszę cię na wszystko...
— Bronisz go?
— Nie, ale mojem zdaniem, najlepiej unikać. Mściłby się, szkodziłby ci, a wiesz, że ma stosunki i jak zechce może dużo złego zrobić.
— On mnie?! Cóż on mi zrobić może?! Ja się jego stosunków ani wpływów nie lękam; nie popełniłem też nic takiego czegobym się wstydzić potrzebował, że zaś ręka mnie świerzbi, i że pragnąłbym dać mu porządną nauczkę, to nic dziwnego; każda podłość oburza mnie, a uczuć moich ukrywać nie umiem.
— Ty go nigdy nie lubiłeś — szepnęła Stasia, — nie lubiłeś go i wtedy jeszcze, za życia ojca, gdy bywał u nas, a kiedy się o moją rękę oświadczył i przyjęty został, nie umiałeś ukryć swego niezadowolenia. Pamiętam to bardzo dobrze, jak dziś. Wszyscy winszowali mi, ty jeden tylko milczałeś, a kiedym się zapytała dla czego, odrzekłeś, że nie masz najmniejszego powodu do radości. Chyba nie potrzebuję opowiadać, jak mi to było przykro.
— Nie lubiłem go nigdy, masz słuszność. Od pierwszego spotkania uczułem dla niego szczególną niechęć.
— Czy miałeś do tego powody?
— Nie i to mnie najbardziej gniewało. Nieraz wyrzucałem sobie nawet, dlaczego żywię nienawiść dla człowieka, którego właściwie mówiąc, nie znam prawie. Rozsądek walczył we mnie z jakiemś nieokreślonem, nieujętem przeczuciem i zwycięztwo pozostało po stronie przeczucia. Niedługi też czas przekonał, że po stronie przeczucia była także słuszność.
Stasia westchnęła.
— W chwili — mówił dalej Czesław, — w chwili w której odebrałem ów list pamiętny, chciałem go szukać, wyzwać, bić się z nim! Szumiało mi w głowie, myśli zebrać nie mogłem. Gdyby wówczas był stanął na mojej drodze, nie wiem coby się stało... Wyszedłem na ulicę, chodziłem, usiłowałem umysł do równowagi przywrócić. Nie przyszło mi to z łatwością, jednak używszy całej siły woli, zacząłem zastanawiać się nad owym faktem zimno, krytycznie. Pomyślałem o naszej biednej matce i o tobie. Gdybym się z nim bił, całe miasto dowiedziałoby się o tem, a nie chciałem żeby cię wymieniano jako bohaterkę awantury. Tak zwana opinia nie wchodzi w przyczyny, nie bada po czyjej stronie słuszność, lecz dowiaduje się o faktach i tłomaczy je po swojemu, a najczęściej fałszywie. Zastanowiwszy się, uznałem, że najwymowniejszą odpowiedzią na jego list będzie milczenie i ty zgodziłaś się na to samo... Biedne dziecko! ileż mnie kosztowało opowiedzenie ci tego co zaszło! Wyrazy więzły mi w gardle... dusiłem się niemi.
— Jednak wysłuchałam relacyi twojej spokojnie i potrafiłam przenieść to...
— Istotnie podziwiałem cię, podziwiałem tembardziej, że byłem przygotowany na wybuch płaczu, na sceny rozpaczy i żalu. Przekonałem się wszakże, że wy kobiety umiecie znosić cierpienia.
— Może w tem właśnie siła nasza jest... Nie kryję przed tobą mój drogi, żem przeżyła chwile okropne, ale na szczęście w samem cierpieniu znajdowało się i lekarstwo zarazem.
— Jakto?
— Ciężki zawód łączył się z rozczarowaniem, żal z pogardą dla tego, który stał się jego przyczyną, że więc przeniosłam ten cios, to ściśle biorąc zasługa niewielka. Po kilku miesiącach uspokoiłam się zupełnie, zapomniałam i gdyby nie spotkanie wczorajsze...
— Czy on co mówił do ciebie? Opowiedz mi szczegółowo, bo dziś rano, kiedyś mnie prosiła, żebym cię odprowadzić przyszedł, nie było czasu na rozmowę. Czego on właściwie chciał od ciebie? Co go ośmieliło do wszczynania rozmowy?
— O! nie przypuszczaj tylko, że ja! Kiedy wyszłam z pracowni, była już godzina siódma, jak dziś. Zastawiając się parasolem od deszczu, usłyszałam wymówione moje imię: panno Stanisławo! panno Stanisławo! Obejrzałam się, to był on. Doznałam dziwnego wrażenia, zupełnie jak gdybym nastąpiła na węża... Spojrzałam na niego, nie odpowiadając na ukłon i szłam dalej. On dążył za mną wciąż. Mówił, że chce się usprawiedliwić, wytłómaczyć, uzyskać przebaczenie, deklamował, że bez tego przebaczenia żyć nie może, że nie jest w stanie walczyć z sobą dłużej.
— Nędzny blagier!
— Naturalnie, milczałam i przyśpieszyłam kroku. On wciąż swoje powtarzał, mówił o uczuciu, które nie wygasło w nim dotąd.
— Musiał mu ktoś powiedzieć o owej sukcesyi spodziewanej, którą się nasza mama tak słodko łudzi.
— Może być. Nareszcie, nie otrzymawszy odemnie odpowiedzi, oświadczył, że codzień będzie mnie spotykał, że będzie się znajdował zawsze na mojej drodze, aż dotąd, dopóki nie otrzyma...
— Czego?
— Przebaczenia.
— Jakimże sposobem pozbyłaś się nareszcie tego nieproszonego towarzysza?
— Widząc, że nie myśli odejść, weszłam do sklepu. Zażądałam igieł i różnych drobiazgów. Wybierałam dość długo, a on oczekiwał przed sklepem. Widziałam to doskonale. Zabawiwszy w sklepie z kwadrans, wyszłam, na szczęście przejeżdżała próżna dorożka, wskoczyłam w nią i kazałam się zawieść do domu. Pan Kazimierz został na ulicy i, jak się zdaje, zaniechał dalszej pogoni.
— Bardzoby mądrze zrobił — rzekł Czesław — i więcej od niego nie żądam. Pomiędzy nim a nami wszystko skończone.
Stasi zdawało się, że po drugiej stronie ulicy dostrzegła swego byłego narzeczonego.
Istotnie był to on. W naciśniętym na same oczy kapeluszu, z brodą wsuniętą w podniesiony kołnierz od paltota, przechadzał się po trotuarze, widocznie oczekując na kogoś.
Dostrzegłszy Stasię idącą w towarzystwie brata, skinął na dorożkę, wsiadł w nią i pojechał, zrozumiawszy, że oczekiwanie jego dzisiejsze będzie bezowocne.
Rozmawiając o swoich smutkach i kłopotach, brat i siostra doszli do domu na Ogrodowej.
W bramie spotkał ich jegomość już nie młody, dosyć otyły, szpakowaty, ubrany dosyć pretensyonalnie, z wąsami i bródką uczernioną, w niebieskich okularach na nosie.
Był to właściciel domu.
— Ah! dobry wieczór — zawołał — co za szczególne zdarzenie! Właśnie chciałem wstąpić do państwa, ale nie wiedziałem czy państwo jesteście w domu i czy moje wejście nie zrobi subiekcyi pani radczyni, która jak słyszę jest cierpiąca.
— Zdaje się — rzekła Stasia — że do pierwszego mamy jeszcze dwa dni.
— Mówi pani jak kalendarz, akurat dwa dni. Sądzicie państwo naturalnie, że przychodzę upominać się o komorne.
— Takby się zdawało — rzekł Czesław.
— Istotnie, czegóż by mógł chcieć od lokatora właściciel domu, kamienicznik! Po co by przychodził? a jednak niekiedy kamienicznicy miewają i inne interesa do lokatorów. Zdarza się naprzykład, że radziby wiedzieć czy piece nie dymią, czy okna dobrze pasują i czy wogóle nie potrzeba jakiej reparacyi w lokalu.
— O, dziękujemy stokrotnie, mieszkanko nasze jest prześliczne i zupełnie dobre.
— Nie o to idzie, proszę pani, ja wiem, że kto nie jest bardzo wymagający, temu wszystko się dobrem wydaje.
— Więc o reparacyę chciał pan zapytać?
— Nie, pani, o co innego. Wszak mama pani jest chora?
— Tak, niestety.
— Chodzić po schodach jej trudno?
— Rzeczywiście.
— Świeższe powietrze jest dla niej pożądane, jak zwykle dla osoby chorej, nieprawdaż?
— Tak, tak, panie.
— Otóż chciałem zaproponować państwu zmianę lokalu.
— To znaczy — rzekł Czesław — że nam pan mieszkanie wymawia; szkoda, przyzwyczailiśmy się, ale trudno, jak trzeba to wyprowadzimy się ztąd, od kiedyż to?
— Co też pan mówi!? Przeciwnie, ja chcę państwa jak najdłużej zatrzymać, proponuję tylko zmianę lokalu. Mam tu w oficynie na dole śliczne trzy pokoiki, suche, ciepłe, widne, okna wychodzą na ogród... dla pani radczyni będzie to idealne mieszkanko.
— Zdaje mi się, że pan sam je teraz zajmuje.
— Tak jest, ale chciałbym przenieść się na drugie piętro.
— Dlaczego?
— Proszę pani, mam w tem swoje widoki. Po prostu oto dla zdrowia. Czuję żem trochę ociężał, a jak kilkanaście razy dziennie będę musiał wchodzić na drugie piętro i z powrotem, to taka agitacya wybornie mi posłuży. Jestem o tem najmocniej przekonany. Jakże więc, przystaniemy na zmianę?
— Jak ty myślisz, Czesiu? — zapytała Stasia.
— Możnaby przystać, bez żadnego namysłu — odrzekł — ale uważasz, tamto mieszkanie na dole jest znacznie większe niż nasze i zapewne o wiele droższe, a my — dodał zwracając się już wprost do gospodarza — my, panie szanowny, nie kryjemy się z tem, że nie jesteśmy zamożni...
— Czyż to wstyd? kochany panie, czyż to wstyd? Człowiek młody nie może być zresztą niezamożny, bo przed nim cały świat otwarty, a pani naprzykład — rzekł patrząc na Stasię — może jeszcze znaleźć nietylko zamożność ale los, szczęście.
— Ah, nie mówmy o tem!
— Jak nie mówmy to nie mówmy. Ja tylko proponuję... proponuję zmianę lokalu, płacić państwo będą tyle co i teraz.
— Przecież nie możemy narażać pana na stratę.
— Jakaż strata?!
— No przecie.
— Niech pani obliczy. Ja sam sobie za komorne nie płacę, a od państwa biorę. Mieszkania dla siebie potrzebuję, a czy mieszkać będę na dole czy na piętrze, to mi dochodu ani o jeden grosz nie umniejszy. Nieprawdaż?
— Zapewne, ale zawsze...
— Ja proponuję i proponuję ze szczerej życzliwości. Chociaż nie osobiście, ale ze słyszenia znam państwa oddawna.
— A to zkąd?
— Nieboszczykowi panu radcy, mój brat stryjeczny zawdzięcza to, że obecnie ma doskonałą posadę i pewny kawał chleba. Tylokrotnie mi mówił o państwu, a zawsze z uwielbieniem szczerem i wdzięcznością. Chociażbym więc nawet zrobił państwu jakąś dogodność, to byłaby tylko z mej strony słaba oznaka pamięci i wdzięczności za brata. — Niechże się państwo nie skrupulizują i przyjmą moją propozycyę.
— Trzebaby z mamą pomówić.
— Słusznie, bardzo słusznie, trzeba pomówić z mamą; niechże państwo pomówią, a ja w niedzielę koło południa wstąpię do państwa i dowiem się o rezultacie. Wszak zastanę państwa?
— Owszem, będziemy.
— Doskonale więc. Przyjdę punktualnie o godzinie dwunastej, a teraz nie zatrzymuję, pani radczyni oczekuje państwa zapewne. Moje uszanowanie, do nóżek upadam!
Czesław ze Stasią wbiegli szybko na górę i opowiedzieli matce scenę z gospodarzem.
— Ależ brać, brać, bez żadnego namysłu — rzekła radczyni. — Sami widzicie, że jest nam tutaj ciasno. Czesław cierpi największą niewygodę.
— O to, moja mamo, najmniejsza.
— A jak się gość trafi, to nie ma go gdzie przyjąć.
— Zkąd u nas goście? kochana mateczko, od chwili śmierci ojca nikt do nas nie zajrzał.
— Otóż mylicie się, bo dziś miałam wizytę. Właśnie podczas nieobecności waszej, była pani Ewelina z córeczką.
— Ona?!
— A tak. Cóż cię to dziwi? Przyjechała karetą, przysłała służącego dowiedzieć się czy jestem i potem przyszła tu do mnie na górę. Dopytywała się bardzo serdecznie o moje zdrowie, o was, a szcególniej o Czesława, pytała kiedy kursa skończysz? Powiedziałam, że na przyszły rok. To ślicznie, zawołała, to bardzo ślicznie! mąż mój będzie mógł dać panu Czesławowi korzystną posadę w cukrowni, teraz poszukują młodych ludzi z wyższą kwalifikacyą naukową.
— Ależ mamo! — zawołał Czesław — ludzi z wyższą kwalifikacyą są całe setki w Warszawie; biedacy muszą dawać lekcye, gdyż inaczej pomarliby z głodu.
— Ah! moje dziecko, nie sprzeczaj się. Skoro pani Ewelina powiada, że poszukują, to poszukują — wyraźnie mi to powiedziała. I nie myśl, że tylko ona jedna tak mówi. Zaraz po jej odejściu przyjechała pani Szulc, wiesz przecie, ta co bywała u nas tak często.
— Wiem, wiem.
— Jej mąż jest teraz bardzo ważną figurą w zarządzie drogi żelaznej i szczerze żałuje, że jesteś jeszcze na kursach, ponieważ wziąłby cię zaraz na kolej.
— Zkąd taka nagła czułość? Nie rozumiem doprawdy, jestem jak na niemieckiem kazaniu.
— Szczególny z ciebie chłopak, mój Czesiu. Zkąd czułość? Dziwne doprawdy pytanie. Tu nie jest żadna czułość, tylko stosunki, stosunki nasze dawne, moje dziecko. Twój ojciec robił ludziom tyle dogodności, więc teraz ludzie nam robią. Cóż się dziwić? kiedy nietylko ludzie z towarzystwa, ale nawet taki Fichtencwajg czuł się w obowiązku.
— Czyż i on był tutaj?
— A był.
— Czegóż chciał od mamy?
— Przyszedł dowiedzieć się o moje zdrowie i pytał czy mi nie potrzeba pieniędzy. Ofiarował mi kilkaset rubli na pół roku na bardzo mały procent.
— I mama wzięła od niego?
— Naturalnie, że wzięłam... dlaczegóż nie miałam wziąć?
— A zkąd oddamy?
— O! niech was o to głowa nie boli. Nie ztąd to zowąd, zawsze się znajdzie. W każdym razie Fichtencwajg jest bardzo poczciwy. Gadają na żydów, piszą na nich, a jednak...
— Zapewne darmo nie pożyczył mamie tych pieniędzy.
— No, nie.
— A widzi mama!
— Cóż chcecie, przecież to jego chleb. On z tego żyje.
— Co mama myśli zrobić z temi pieniędzmi? — zapytał Czesław.
— Meble chcę kupić. Cóż patrzycie na mnie z takiem zdumieniem, wszak nie mówię od rzeczy...
— Dotychczas mama nie miała tego zamiaru — odezwała się panna Stanisława nieśmiało — i to właśnie cokolwiek nas zdziwiło.
— Szczególna rzecz, jak wy nie pojmujecie najpierwszych potrzeb życia! to trudno, proszę was, kto z ludźmi chce żyć, musi po ludzku mieszkać przedewszystkiem. Jak cię widzą, tak cię piszą, tembardziej teraz gdy mamy zająć obszerniejsze mieszkanie...
— Kto u nas bywa, moja mamo!
— O! bywają ludzie i bywać będą. Przyjdzie pani Ewelina z córką, pani Szulc, na czemże je posadzę? Czy na tych wypłowiałych stołkach może? Nie, moje dzieci, na żaden sposób... tego mi zabronić nie możecie.
— Ależ, droga mamo — odezwała się Stasia — ani ja, ani Czesław nie śmielibyśmy nigdy krępować woli mamy. Tak mama zrobi jak jej się podoba.
— Jeszcze jedno, moja Stasiu.
— Co mama każe?
— Ponieważ pani Ewelina z córką będzie odwiedzała nas częściej i ponieważ, jak widzę, odnowimy wszystkie dawniejsze stosunki, więc obecność twoja w domu jest konieczna. Prosiłabym cię więc, żebyś dała za wygranę tym lekcyom, za któremi cały dzień się uganiasz. Panna z towarzystwa powinna siedzieć w domu dopóki za mąż nie pójdzie. Bardzo też proszę cię o to. Teraz idźcie już spać, ja również potrzebuję wypoczynku, głowa mnie rozbolała. Myślałam i myślałam jaki kolor mebli będzie najodpowiedniejszy i nie mogłam się zdecydować. Może ranek lepsze myśli przyniesie.
Po odejścia matki, Stasia zapytała brata.
— W cóż się obrócą teraz nasze usiłowania i zamiary?





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.