Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj/Księga ósma/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Wiktor Hugo
Tytuł Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1876
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Tokarzewicz
Tytuł orygin. Notre-Dame de Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.Dokończenie o talarze przemienionym w liść suchy.

Skoro cyganka, jak śmierć blada, weszła kulejąc do izby trybunalskiéj, przyjęły ją powszechne odgłosy zadowolenia. Ze strony publiczności było to uczucie zaspokojonéj niecierpliwości, jakiego doznajemy w teatrze po przejściu ostatniego antraktu, gdy się kurtyna podejmuje i koniec się ma zacząć. Ze strony sędziów była to nadzieja niedalekiéj wieczerzy. Kózka mała beknęła również z radości. Porwała się biedz ku swéj pani, ale sznurek przeszkodził; uwiązaną była do ławy.
Noc całkowicie już była zapadła. Nie uważano snać za stosowne powiększyć liczby kagańców w komnacie, ztąd światła było tak mało, iż ściany nikły w ciemnościach. Mrok otaczał mgłą jakąś błękitnawą przedmioty wszelkie. Kilka zniechęconych sędziowskich twarzy zaledwie się rysowało na tle tém grubemi cieniami wysłaném. Naprzeciwko nich, u samego końca długiéj sali, migotał niewyraźnie punkcik biały, niby świetlany rąbek obłoczka śród chmur czarnych. Była to obwiniona.
Cyganka nie bez wysilenia dociągnęła do swego miejsca. A gdy i Charmolue pompatycznie na swojém się roztasował, usiadł najprzód, późniéj znów się podniósł i rzekł, nie dając zanadto poznać po sobie dumy z uwieńczonego powodzeniem dzieła:
— Obwiniona przyznała się do wszystkiego.
— Dziewczyno cygańska — jął marszałek — zeznałaś swe praktyki czarnoksięztwa, wszetecznictwa i morderstwa na osobie Phoebusa de Châteaupers?
Ból chwycił ją za serce. Słyszano, jak łkała śród ciemności.
— Wszystko, co się wam podoba — odrzekła głosem omdlałym — tylko zabijcie mię prędzéj.
— Mości prokuratorze królewski przy sądzie duchownym — powiedział wówczas marszałek — izba gotową jest do słuchania wniosków waszéj miłości.
Mistrz Charmolue wydobył przestraszających rozmiarów rękopis i począł czytać, wśród licznych giestów i przesadnych wykrzykników rzecznictwa, kazanie łacińskie, w którém wszystkie dowody procesu piętrzyły się parafrazami cycerońskiemi, podpartemi cytatami z Plauta, ulubionego komika mówcy. Żałujemy wielce, że nie możemy czytelnikom w całości ofiarować znakomitego tego utworu. Krasomówca wygłaszał takowy z akcyą przepyszną. Był zaledwo w połowie rozprawy, a już mu pot wystąpił na czoło, a oczy, zdawało się, wyskoczyć były gotowe z posad. Nagle, w samym środku najpiękniejszego okresu, prokurator uciął, a wzrok jego zazwyczaj słodki, a nawet czasem bydlęco tępy, błyskawice siać począł. — „Mości panowie! — wołał (tym razem mową pospolitą, bo w rękopisie stało trochę inaczéj) — spójrzcie-no. Szatan do tyla zamięszanym jest do całéj téj sprawy, że oto wtrąca się do procesu i przedrzeźnia majestat trybunalski. Patrzcie!“ — Mówiąc to wskazywał na kozę, która widząc mistrza Charmolue wywijającego rękami, osądziła w rzeczy saméj za stosówne uczynić to samo; usiadła na tylne łapki i jak mogła najlepiéj powtarzała kopytkami przedniemi i główką swą brodatą patetyczne pantominy prokuratora królewskiego przy sądzie duchownym. Jeśli sobie przypominamy, była-to jedna z ciekawych sztuk utalentowanej Dżali. Ostatnie to zajście, ostatni ów dowód, silne zrobił wrażenie. Związano łapki kozie, i prokurator królewski swobodnie znów podjął przerwaną nić elokwencji. Ciągnęło się to bardzo długo, ale wymowa była świetna. Oto jest zakończenie, które dopełnijmy sobie w myśli giestykulacyą i tonem mistrza Charmolue: „Ideo, domini, coram stryga demonstrata, crimine patente, intentione criminis existente, in nomine sanctae ecclesiae Nostrae Dominae Parisiensis, quae est in saisina habendi omnimodam altam et bassam justitiam in illa hac intemerata Civitatis insula, tenore praesentium declaramus nos requirere, primo, aliquandam pecuniariam indemnitatem; secundo, amendationem honorabilem ante portalium maximum Nostrae Dominae, ecelesiae cathedralis; tertio, sententiam in virtute cujus ista stryga cum sua capella, seu in trivio vulgariter dieto la Grève, seu in insula exeunte in fluvio Secanae, juxta pointam jardini regalis, executatae sint!“
Nakrył głowę i usiadł.
Eheu — westchnął Gringoire odurzony — bassa latinitas!
Z, kolei drugi jegomość w czarnéj sutanie podniósł się przy oskarżonéj; był to jéj obrońca. Sędziowie głodni, mruczéć poczęli,
— Zwięzłym bądź, mistrzu — odezwał się doń marszałek.
— J. W. Marszałku — odrzekł obrońca ponieważ obżałowana zbrodnię swą wyznała, słówko mam tylko do powiedzenia prześwietnemu trybunałowi. Oto jest brzmienie ustawy salickiéj odnośne do przedmiotu: „Gdy czarownica zjadła człowieka i dowiedziono jéj tego, ma być skazaną na grzywny w wysokości ośmiu tysięcy denarów, co czyni dwieście złotych soldów.“ Raczy sąd prześwietny skazać klientkę moją na grzywny.
— Tekst zniesiony — powiedział Króla Jegomości adwokat nadzwyczajny.
Nego — odparł obrońca.
— Do głosowania! — zawołał któryś z konsyliarzów — zbrodnia jest oczywistą, a pora spóźniona.
Poczęto zbierać wota nie opuszczając izby. Sędziowie głosowali doraźnie... opinérent du bonnet; śpieszno było każdemu. Zakapturzone czoła sędziów odkrywały się w cieniu jedno po drugiém na ponure pytanie, które im półgłosem zadawał marszałek. Zdawaćby się mogło pozornie, że biedna cyganka patrzyła na nich, ale oko jéj zamglone nie już nie widziało.
Poczém wielki pisarz trybunalski zabrał się do pióra; niebawem podał marszałkowi długi pargamin. Nieszczęsna posłyszała wraz pewien rumor między publiką, brzęk pik i halabard, i głos grobowy skierowany ku niéj:
— Córo cygańska, w dniu kiedy się podoba królowi, panu naszemu miłościwemu, o godzinie południowéj, zawiezioną zostaniesz na gnojownicy, w koszuli, z bosemi nogami, z powrozem u szyi przed wielki fronton Najświętszéj Panny, gdzie kajać się będziesz publicznie z dwufuntową woskową pochodnią w ręku, zkąd odprowadzona na Plac-Tracenia, zostaniesz tam powieszoną i uduszoną na szubienicy miejskiéj; i ta twoja koza również; a zapłacisz officyałowi trzy herbowce złote za naprawę zbrodni, przez siebie spełnionych i wyznanych, czarów, guseł, rozwiązłości i morderstwa na osobie wielmożnie urodzonego Phoebusa de Châteaupers. Niech Bóg ma duszę twą w świętéj swéj pieczy!
— Ach, to sen! — zaszemrało dziewczę, i uczuło jednocześnie, jak ją krzepkie jakieś dłonie pochwyciły i uniosły.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Victor Hugo i tłumacza: Józef Tokarzewicz.