Kolonje letnie

<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Jak kochać dziecko
Kolonje letnie
Pochodzenie Internat. Kolonje letnie
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkiewicza
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Naukowa T-wa Wydawniczego w Warszawie
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cała książka
Pobierz jako: Pobierz Cała książka jako ePub Pobierz Cała książka jako PDF Pobierz Cała książka jako MOBI
Indeks stron
KOLONJE LETNIE
...Powiedz raczej, jakie nadzieje sam
niosłeś, jakim ulegałeś złudzeniom, jakie
spotkałeś trudności, jak cierpiałeś,
zetknąwszy się z rzeczywistością, jakie
popełniałeś błędy, jak korrygując je zmuszony
byłeś odstępować od uświęconych poglądów,
na jakie godziłeś się kompromisy...
1. Koloniom letnim zawdzięczam wiele. Tu po raz pierwszy spotkałem się z gromadą dzieci, i w samodzielnej pracy poznałem abecadło praktyki wychowawczej.

Bogaty w złudzenia, ubożuchny w doświadczenie, sentymentalny i młody, sądziłem, że będę mógł wiele, bo wiele pragnę.
Wierzyłem, że łatwo zaskarbić sobie miłość i zaufanie dziecięcego światka, że należy dzieciom na wsi zupełną pozostawić swobodę, że obowiązkiem moim w stosunku do wszystkich być jednakowym, że życzliwość rychło wywoła skruchę w każdym nieletnim grzeszniku.
Czterotygodniowy pobyt na kolonii pragnąłem uczynić dzieciom „suteryn i poddaszy“ „wstęgą wesela i radości“ bez jednej łzy.
Biedni wy, mili towarzysze, którzy jak ja wówczas, nie możecie doczekać się chwili, gdy rozpocznie się wreszcie. Żal mi was, jeśli zmrożeni na wstępie, zachwiani w podstawach, sobie przypisując winę, — nie umiecie rychło odzyskać równowagi.
I kusi was głos cudzego doświadczenia:
— Widzisz: nie warto. Rób tak jak ja: dbaj o własną wygodę. W przeciwnym razie djabli cię wezmą ku radości zawistnych, bez pożytku dla dzieci, którym chcesz służyć. Nie warto!
Jesteś zależny od doświadczonych, oni bądź co bądź, radzą sobie, gdy ty, wyznaj szczerze, stoisz zdumiony i bezradny.
Biedacy, jak mi was żal.

2. Takie łatwe i wdzięczne zadanie. Masz trzydzieścioro dzieci z ogólnej liczby stu pięćdziesięciu, i żadnego programu. Możesz robić, co chcesz. Zabawy, kąpiel, wycieczka, bajka, — zupełna swoboda inicjatywy. Gospodyni dostarczy pożywienia, koledzy wychowawcy okażą pomoc, służba pilnować będzie porządku, wieś da wam piękny teren, słońce — łaskawe uśmiechy.
Oczekując niecierpliwie dnia wyjazdu, obmyślałem szczegóły trzeciorzędne i dalekie, nie przeczuwając zadań najbliższych i ważnych. Więc postarałem się o gramofon, latarnię magiczną, wydobyłem fajerwerki, kupiłem warcaby i domina, na zapas, bo może między zabawkami ich zbraknie.
Wiedziałem, że dzieci należy przebrać w kolonijne ubrania, rozmieścić w sypialni i przy stole, a przedewszystkiem poznać nazwiska i twarze moich trzydziestu, a może wszystkich stu pięćdziesięciu. O tem nie myślałem wcale, to samo się zrobi. Myśląc o dzieciach, nie troszczyłem się, kto one.
Wierząc naiwnie w łatwość, przylgnąłem do wdzięku oczekującego mnie zadania.

3. Jak poznać trzydzieści nazwisk, niekiedy trudnych i podobnych, i trzydzieści twarzy? O tem nie wspomina żaden z podręczników, a bez tego niema autorytetu wychowawcy, żaden kierunek nie może być zapoczątkowany.
Nasuwają się tu pytania: jakie nazwiska i jakie dzieci pamięta się najwcześniej? Jakie są indywidualne właściwości pamięci wzrokowej wychowawcy? Jak wpływa to na los dzieci i ogólną pracę w zakładach o znacznej ich liczbie?
Doświadczenie poucza, że są dzieci, które poznaje się łatwo, spontanicznie, są których się trzeba uczyć. Nie wolno pozostawiać sprawy tej czasowi, bo popełnisz szereg błędów, skompromitujesz się wielokrotnie, zanim poznasz wreszcie wszystkie.
Najprędzej poznaje się dzieci ułomne, z oznaką szczególną, niezwykłe, więc małego wzrostu lub najwyższe czy najstarsze, garbate, rude, wyjątkowo ładne lub brzydkie. Wcześniej jeszcze, zanim widział dziecko, już przykuwa niekiedy nazwisko uwagę wychowawcy. Jeśli o powodzeniu papierosów lub specyfiku decyduje częstokroć szczęśliwa nazwa i opakowanie, i z ludźmi niestety tak bywa.
Z powodzi wrażeń chwytamy najłatwiejsze do zapamiętania, przy ocenie wartości, to co najmniej trudu wymaga, by dostrzec i sprawiedliwie ocenić.

4. Że dla dziecka, które przedstawia pewną wartość dodatnią lub umie się w nią przystroić, ważnem jest by o niem wiedziano, rozumie się samo przez się. Zwracamy się przeważnie do dzieci które znamy, dajemy im zlecenia, dajemy możność zbliżenia się, porozumienia, odznaczenia. I czują się pewniejsze, bliższe, już uprzywilejowane.
Dziecku milej zwrócić się do wychowawcy, który je zna, czy to będzie prośba, czy pytanie, i wychowawca chętniej je wysłucha, jeśli słyszał, wie, pamięta, poznaje. To o co przeciętne musi zabiegać, otrzymuje łatwo, szybko, bez pracy, dziecko o łatwej do zapamiętania powierzchowności lub nazwisku.
Pozostające w cieniu, w poczuciu dziejącej im się krzywdy lub ufnej wiary w swą nieznaczną wartość, odsuwają się jeszcze bardziej, i teraz chcąc poznać, już musisz je odszukiwać. Inaczej, pozostawiasz je własnym siłom w konfliktach z gromadą i własnym bez pomocy i rady przeżyciom.
W każdem biurze, fabryce, koszarach, są pokrzywdzeni tylko dlatego, że o nich zwierzchnik nie wie, nie zna ich, nie pamięta. Tak marnują się niekiedy wartościowe siły.
I dzieci, szybko zdobywszy doświadczenie, czekają, napięły uwagę przy pierwszem spotkaniu z tobą, i mały Mickiewicz lub Sobieski czeka na żartobliwe pytanie ładne żąda przychylnego uśmiechu, gdy brzydki rudziak, czy Baran, podejrzliwie przeczuwa, że w nowem środowisku czekają go nowe przykrości. I jeśli na pierwsze ładne, miłe, pewne siebie, tylko dłużej, uważniej spojrzałeś, a ciszej, szybciej przeczytałeś niefortunne nazwisko, już potwierdziłeś nadzieję pierwszego, obawę drugiego.

5. Z racji wewnętrznych wad i zalet, najprędzej poznasz gwałtowne i dokuczliwe, zaniedbane i ponad przeciętną normę dobrze wychowane. Wybryki łobuzów, płaczliwe skomlenia nudziarzy, alarmują o swej obecności; najbiedniejsze nabawiają kłopotu zdziczeniem; zamożniejsze i fałszywe zwracają uwagę dobremi manierami. Będą wreszcie wyrachowane i ruchliwe, które ci się gwałtem narzucą z pomocą, radą, informacją.
I te wszystkie, ładne, o mile brzmiącem nazwisku, zamożniejsze, natarczywe, żądają, byś je szybko poznał i wysunął na plan pierwszy, kosztem szarego tłumu, który ma pozostawać w cieniu, i dziwią się, jeśli tego odrazu nie uczynisz, i burzą się, jeśli tego nie chcesz uczynić, i zastosują wszystkie metody walki, jakiemi posługują się dorośli.
Młode książątko w szkole dla zamożnych, synek wójta w szkole ludowej, jeśli sam nie żądał, to mu ktoś szepnie, by żądał, jeśli nie otrzyma, by mścił się: „Powiedz, że bije, że nie zmówił pacierza, że szorstko odezwał się o władzy, że źle uczy, że się nami wcale nie zajmuje.“ Albo ci krzesło wysmarują kredą, zanieczyszczą klozet, podczas wizytacji wywołają nieporządek, zbuntują bezbarwne i obojętne, wplączą w brzydką sprawę najniewinniejsze, te właśnie, które pragniesz przedewszystkiem osłonić przed krzywdą.
Oczekując z radością na dzień wyjazdu, naiwnie nie przeczuwałem, ile potrzeba ostrożnego taktu, aby panować nad groźną gromadą.

6. Nie czułem obawy widząc, że niektóre dzieci musiałem kilkakrotnie upominać, aby nie wychylały się z okien wagonu, nie wybiegały na ganek. Już proponował mi jeden, że stanie przy drzwiach, będzie pilnował, drugi chciał zapisywać nazwiska tych, którzy są nieposłuszni. Odrzuciłem oba projekty ostrą uwagą:
— Pilnuj tylko siebie; jak się nie wstydzisz zapisywać kolegów?
— To nie moi koledzy, — odparł pogardliwie.
Oburzyłem się dziecinnie.
Były i takie, które umierały z pragnienia; tym tłomaczyłem cierpliwie i bezskutecznie, że zaraz po przyjeździe na miejsce napiją się mleka.
Ze zbędną troskliwością uspokajałem malca, który płakał, że rozłączono go z matką; zbyt pieczołowicie czuwałem, by które z dzieci nie wypadło przez okno; pozatem, pragnąc zadzierzgnąć węzły sympatji ze swą grupą, traciłem drogocenny czas na błahe rozmowy: czy byłeś już na wsi, czy martwisz się, że nie wyjechał z tobą mały braciszek?
Szybko załatwiłem poziomą czynność odebrania pieniędzy i pocztówek, żartobliwie łajałem te, które oddawały pocztówki już zgniecione i zabrudzone, z niechęcią uspokajałem te, które widząc, jak bez ceremonji obchodzę się z ich własnością, uprzedzały, że ich pocztówki są czyste, a oddana do przechowania złotówka nowa i błyszcząca. Co zrobić ze szczoteczkami do zębów, które mi też chciano oddać, nie wiedziałem: „tymczasem niech zostaną u was“.

7. Z uczuciem ulgi, opuściłem pociąg, dumnie skonstatowałem, że są wszystkie dzieci, że przeszło szczęśliwie. Pozostała część drogi, na wozach.
Przy najmniejszej dozie doświadczenia można było przewidzieć, że dzieci, nie uprzedzone, bezładnie rzucą się na wozy, że zwinne i przedsiębiorcze zajmą najprzedniejsze miejsca, że niezgrabne pogubią worki na odzież i nieszczęsne szczotki do zębów, że trzeba je będzie przesadzać, że będzie hałas i zamieszanie.
Utrzymanie porządku w zupełności zależne jest od przewidywania. Przewidując, wszystkiemu mogę zapobiec.
Jeśli idę na dłuższą przechadzkę po mieście, winienem uprzedzić dzieci, by poszły za potrzebą, bo mi zwierzą tajemnicę potrzeby w tramwaju lub na ulicy...
Na przechadzce zbliżamy się do zagrody ze studnią. Zatrzymuję je:
— Ustawcie się w pary. Będziecie do studni zbliżali się po czworo.
Nie uprzedzę, daremny będzie wysiłek, by utrzymać porządek. I jeśli wyniknie bójka, stłuką kubek, podepcą ogródek, rozwalą zagrodzenie, — winne są nie dzieci, a brak doświadczenia wychowawcy.
To są drobiazgi, to doświadczenie przy dobrej woli szybko się zdobywa; ale decyduje ono w pierwszym występie zaraz, który niekiedy ma wpływ na cały przyszły stosunek wychowawcy do dzieci.
Droga na kolonję była udręką dla mnie. Gdy pierwsze zeszło z woza, bo mu się znudziło jechać, należało nakazać, by siadło na wóz. Nie zrobiłem tego. I oto, z krzykiem dzikim, bezładnie, częścią na wozach, częścią pieszo, gubiąc po drodze worki i modlitewniki, popychając się, podniecone, ogłuszone, znalazły się dzieci na werandzie.

8. Żaden z podręczników wychowawczych nie mówi o tem, że gdzie się przebiera 30 dzieci w instytutową odzież, musi być kilkoro, dla których wszystkie koszule będą za długie, za wązkie koło szyi lub zaciasne w barkach.
Stosy bielizny i ubrań — ruchliwa, rozkapryszona gromada — i zupełny brak doświadczenia dozorcy. Przebranie kilkorga przekonało i mnie i dzieci, że dobre chęci nie zastąpią wprawy.
Z nietajoną wdzięcznością przyjąłem pomoc gospodyni, która bez wysiłku, bez pośpiechu a szybko, poradziła sobie nietylko z dziećmi, ale i z bielizną, którą zdążyłem już pomieszać bezładnie. Kilkoro niezadowolonych ze zbyt długich rękawów, braku guzika lub za szerokich spodni uspokoiła, że jutro się poprawi.
Tajemnica jej tryumfu a mojej porażki polegała na tem, że gdy ja chciałem, aby wszystko pasowało, przylegało i było w dodatku estetyczne, ona wiedziała, że tak być nie może, że gdy ja zająłem się pierwszymi paroma, pozostałe niecierpliwie czekały, ona odrazu wydała połowę koszul, dając malcom najmniejsze, średnim i największym — duże, pozostawiając ich własnej inicjatywie ściślejsze dobieranie drogą zamiany. Toż samo było ze spodniami i bluzami. I w rezultacie, były dzieci, zręczne i zabiegliwe, według miary ubrane, i niepraktyczne, niezgrabne, ubrane jak małe klowny z jarmarcznego cyrku. Ale, co najważniejsze, gdy dzwonek oznajmił kolację, wszystkie były przebrane, własna ich odzież zapakowana w worki, opatrzona numerami, złożona w pakamerze.

9. Jak mają dzieci siedzieć przy stole?
I tego zagadnienia nie przewidziałem. Zdecydowałem pośpiesznie w ostatniej chwili, zgodnie z naczelną zasadą o swobodzie: niech siedzą, jak chcą. Nie pomyślałem jednak, że właściwie są tylko cztery miejsca odmienne — narożne, że pozostałe wszystkie są jednakowe; więc będą kłótnie o te cztery miejsca i tem większe, im więcej będzie na nie amatorów.
Nie przewidywałem, że spór o te cztery miejsca będzie się powtarzał podczas każdego posiłku, że ci którzy je pierwsi zajęli, będą się przy nich opierali z zasady pierwszeństwa, inni z zasady równości.
Nie przewidywałem, że w miarę zapoznawania się i zaprzyjaźniania, będą dzieci codziennie zmieniały sąsiadów; więc znów spory w momencie rozdawania mleka i zupy, mających tę właściwość, że przy utraconej przez naczynie równowadze, rozlewają się i niszczą.
Nie przewidywałem, że przy ciągłej zmianie miejsc, trudniej mi będzie poznać dzieci.
Byłem nawet dość niemądry, by pozostawić dzieciom wybór wolny łóżek w sypialni: gdzie kto chce spać. Doprawdy, gdyby mnie samemu pozostawiono wybór, nie wiedziałbym, któremu miejscu oddać pierwszeństwo. Zarządzenie to jednak było tak jawnie niedorzeczne, żem je cofnął szybko, nie tak jednakże, by i tu nie było wiele zamieszania i hałasu. Pokładłem dzieci według listy, doznałem olbrzymiej ulgi, gdy zapanował wreszcie względny spokój.
Niewyraźnie zdawałem sobie sprawę z poniesionych porażek, byłem jednak zbyt oszołomiony, by poszukiwać ich źródeł.

10. Gospodyni po raz trzeci wzywała mnie na wieczerzę, pozostali dozorcy opuścili już swe sale. Sądziłem, że pierwszego wieczora nie należy zostawiać dzieci samych: mogą się bać, płakać; ale doświadczona gospodyni twierdziła, że zmęczone zasną; jakże jej nie wierzyć? Większość w samej rzeczy już spała.
Poszedłem, ale nie na długo; rychło musiałem powrócić, i śpiesznie, aby zrobić opatrunek chłopcu, który miał klamrą rozcięte czoło, drugi zapaśnik miał podbite oko, które w ciągu szeregu dni zmieniało swą barwę z czerwonej na żółtą, czarną i brudno-szarą.
— Dobrze się sezon zaczyna, — powiedziała gospodyni.
Uważałem to za cierpką i obraźliwą uwagę, tem bardziej niesłuszną, że za jej namową opuściłem salę.
Należało przewidzieć, że gdy część dzieci zaśnie, inne podniecone zmianą wrażeń, zasnąć nie będą mogły, podrażnione mogą rozpocząć kłótnię i bójkę. Byłem przygotowany raczej tulić tęskniące i smutne, nie godzić zwaśnione, gdy, o dziwo, ten, który płakał w drodze, teraz spał głęboko.
Nie dostrzegłem najważniejszego; bójka, tak poważne przewinienie, było groźną zapowiedzią: dowodziła, że autorytet mój był zachwiany, już w pierwszym dniu mej niefortunnej działalności.
Dodam nawiasem, że jeden z uczestników bójki miał twarz usianą śladami ospy: zapewne to odegrało pewną rolę w kłótni, która zakończyła się tak tragicznie dla mych błękitnych nadziei: ani jednej łzy — leżało w programie; a były łzy już w drodze na kolonję, a teraz — krew.

11. W nocy źle spałem. Któreś z dzieci, nienawykłe leżeć samo na wązkiem łóżku, zsunęło się z świeżo słomą nabitego siennika, z łoskotem spadło na podłogę. Ktoś przez sen jęknął czy zagadał, to znów imaginowałem, że uderzony w oko może wzrok utracić. Nerwy grały.
Miałem poza sobą dziesięć lat korepetytorskiej pracy, — nie byłem młodzikiem, ani nowicjuszem na niwie pedagogicznej; przeczytałem wiele książek o psychologji dziecka. A mimo to stałem bezradny wobec tajemnicy zbiorowej duszy społeczeństwa dziecięcego. Że ono stawia jakieś nowe żądania, że zaskoczony zostałem przez bolesną niespodziankę, nie ulegało wątpliwości. Ambicja moja cierpiała, znużenie ogarniało, jakto, już?
Może się jeszcze łudziłem, że po pierwszym, wyjątkowym bądź co bądź dniu, nastąpią oczekiwane, tęczowe i uśmiechnięte; co jednak uczynić, by jutro bezpieczne zapewnić, nie wiedziałem.

12. Zasadniczym błędem było niechętne odrzucenie pomocy zeszłorocznego dyżurnego: byłby nieocenionym pomocnikiem pierwszych dni pobytu na kolonii. Niech pilnuje przy drzwiach wagonu, niech nawet zapisuje, jeśli tak zawsze bywało. Niech powie, jak temu zapobiec, by dzieci nie ukrywały posiadanych pieniędzy, jak zwykle siedzą przy stole, jak śpią w sypialni, którędy idzie się do kąpieli.
Analiza wszystkich popełnionych błędów, byłaby niezmiernie pouczająca. Niestety, jeśli nawet robiłem notatki, pomijałem niepowodzenia: rany były zbyt świeże, zbyt bolesne. Dziś po czternastu latach, szczegółów nie pamiętam. Wiem, że dzieci skarżyły się, że są głodne, że je nogi bolą od chodzenia boso, widelce są z piaskiem, zimno bez peleryn, że doświadczony dozorca z oburzeniem patrzał na nieład i rozprzężenie w mojej grupie; że gospodyni dawała wskazówki odnośnie do pomyślności własnej mej osoby, którą na szwank narażałem przez zbytnią gorliwość. Wiem, że stróż skarżył się na zanieczyszczanie lasu, rujnowanie werendy przez chłopców, którzy wyciągali cegły z filarów, że moja grupa najwięcej zużywa przy myciu wody, którą trzeba pompować do zbiornika.
Aż przyszło i to najgorsze, piątego czy szóstego wieczora.

13. Gdy chłopcy leżeli w łóżkach, w napół ciemnej sypialni, rozpoczęła się kocia muzyka.
Ktoś gwizdnął ostro, ktoś zapiał, inny zaszczekał, zaryczał, znów gwizdnął ktoś, z pauzami, w różnych kątach sali.
Zrozumiałem.
Zapewne miałem już stronników wśród dzieci. Przemawiałem, tłomaczyłem, prosiłem, widziałem i zrozumienie i życzliwość. Nie umiałem jednak ani wyszukać, ani tem mniej zorganizować dobrych sił mej grupy. Więc ambitni i fałszywi, których nadzieje zawiodłem a chęć pomocy lekceważąco odrzuciłem, szybko się porozumieli; korzystając z braku doświadczenia a oceniwszy słabość, rzucili wyzwanie.
Chodziłem między łóżkami wolnym krokiem; chłopcy leżeli przykładnie z zamkniętemi oczami, niektórzy przykryci kołdrą na głowę, i znęcali się, wyzywali, hazardowali.
Mieliśmy w gimnazjum nauczyciela, którego jedyną winą było, że pobłażliwy, nie umiał panować nad klasą. Z przerażeniem wspominam orgje złośliwych wybryków, któremi go ścigaliśmy.
Tak mścić się potrafią tylko niewolnicy, gdy poczują siłę w obliczu znienawidzonej władzy. Każda despotyczna szkoła ma wśród personelu podobną ofiarę, która cierpi i ukrywa, boi się zarówno władzy jak dzieci.
Przeżyłem wiele w ciągu tych kilku minut, które wieczność trwały.

14. Więc taka odpowiedź na moją życzliwość, zapał, pracę? Zrazu czułem ból krwawy. Cały kryształowy gmach marzeń runął, rozsypał się w gruzy.
Gniew i podrażniona ambicja: będę pośmiewiskiem tych, których przerastam uczuciem, których przekonać, pociągnąć przykładem, może zaimponować chciałem.
Zatrzymałem się pośrodku sali, zapowiedziałem spokojnym a zdławionym głosem, że jeśli złapię, to zbiję. Serce tłukło, wargi drżały! Przerwało mi gwizdnięcie.
Złapałem, wytargałem za uszy, gdy protestował, zagroziłem, że wyrzucę na werandę, po której chodzi w nocy pies, spuszczony z łańcucha.
Wiecie kogo zbiłem? Takiego, który pierwszy raz, jeden raz gwizdnął. Dlaczego to zrobił, nie umiał wytłomaczyć.
Jakaż to była doskonała lekcja, dana mi przez dzieci.
Szedłem w białych rękawiczkach, z butonierką przy boku, po miłe wrażenia i wdzięczne wspomnienia, do głodnych, poniewieranych, wydziedziczonych. Chciałem się wyłgać obowiązkom kosztem paru uśmiechów i tanich fajerwerków, nie zdobyłem się nawet na trud nauczenia się ich nazwisk, rozdania bielizny, opieki nad czystością klozetu. Czekałem na ich sympatję, nie chciałem akceptować wad, wyhodowanych w niszach wielkomiejskiego życia.
Nie o pracy, a o zabawie myślałem; ten bunt dzieci otworzył mi oczy na ujemne strony radosnych wakacji.
I cóż, zamiast zrobić rachunek popełnionych błędów, uniosłem się, poszczułem psami.
Moi towarzysze, dozorcy, przyszli tu z musu po zarobek, ja, dla idei; może dzieci odczuły fałsz i ukarały?

15. Nazajutrz przed wieczorem uprzedził mnie jeden z chłopców, że nieporządki mają się powtórzyć, a gdybym kogoś uderzył, nie dadzą się, będą się bronili, — uzbroili się w kije.
Należało działać szybko i energicznie. Na oknie sypialni umieściłem jasną lampę, przy wejściu do sypialni poodbierałem kije, które zaniosłem do swego pokoju: jutro im zwrócę.
Czy zrozumiały, że je zdradzono, czy jasne oświetlenie sypialni onieśmieliło, czy brak oręża do obrony pokrzyżował plany, dość, że zwyciężyłem.
Zmowa, bunt, zdrada, represje — tak odpowiedziało życie na moje rojenia.
— Jutro z wami pomówię, — brzmiała groźna zapowiedź, zamiast sentymentalnego: „dobranoc, dzieci“, którem je częstowałem w ciągu pierwszych wieczorów, a co było zgoła zbyteczne.
Okazałem się taktownym zwycięzcą.
I znów życie pouczyło, że niekiedy stąd płynie pomyślność, gdzie sądzimy, że dotknęła nas katastrofa, że burzliwe przesilenie często jest początkiem zdrowienia.
Nie tylko nie straciłem życzliwości dzieci, ale przeciwnie, wzrosło wzajemne zaufanie. Dla dzieci sprawa ta była drobnym epizodem, dla mnie — przełomowem zdarzeniem.
Zrozumiałem, że dzieci są siłą, którą można zachęcić do współdziałania, zrazić lekceważeniem, z którą trzeba się liczyć. Tych prawd, dziwną rzeczy koleją, nauczył mnie kij.
Nazajutrz podczas pogadanki w lesie, poraz pierwszy mówiłem nie do dzieci, a z dziećmi, mówiłem nie o tem, czem chcę, aby były, ale czem one chcą i mogą być. Może wówczas po raz pierwszy przekonałem się, że od dzieci można się wiele nauczyć, że i one stawiają i mają prawo stawiać swe żądania, warunki, czynić zastrzeżenia.

16. Uniform odzieży cięży dzieciom nie dlatego, że krój czy kolor jest jednakowy, ale że część dzieci cierpi fizycznie z powodu nieodpowiedniej odzieży. Szewc nie uwzględni właściwości stopy dziecka, jeśli czujność wychowawcy nie stwierdzi, nie zrozumie, nie wskaże. Dajcie nudziarzowi wygodne obuwie, może stanie się ruchliwy i wesoły. Jeśli regulamin kolonii wymaga, by dzieci w lecie chodziły boso, będzie to radością dla tych, które i w mieście boso chodziły, torturą dla pewnej ilości o wyjątkowo delikatnej skórze. Dzieciom anemicznym i mniej ruchliwym potrzebna jest cieplejsza odzież.
Jak odróżnić kaprys od istotnej potrzeby w internacie, gdy niełatwe to jest w rodzinie? Jak ustalić granicę, do czego dziecko łatwo się przyzwyczai, co stanowi przelotną niewygodę, od tego co jest właściwością jego ustroju, indywidualną różnicą jednego w masie.
W internacie obowiązuje uniform snu. I tu doza snu obliczona jest na przeciętną potrzebę dziecka, a wahania są znaczne. Stąd będziesz miał dzieci chronicznie śpiące i takie, z któremi walczyć musisz i bezowocnie, o spokój ranny w sypialni. Boć to męka dla dziecka nie spać i leżeć w łóżku, jak męką jest wstać, gdy jest znużone i senne.
Wreszcie uniform pożywienia, który niezbyt chętnie uwzględnia wiek, a zupełnie pomija różnice łaknienia u poszczególnych dzieci względnie jednego wieku.
Stąd w internatach mamy nieszczęśliwe dzieci, bo niewygodnie lub niedostatecznie ciepło odziane, śpiące lub niekarne odnośnie do snu, półgłodne i głodne.
Są to zagadnienia pierwszorzędnej wagi, decydujące w sprawie wychowania.

17. Niema boleśniejszego widoku, jak owo rwanie się do dokładki lub dolewki głodnej dziatwy, spory o nieco większy kawałek chleba; niema bardziej demoralizującego czynnika, niż handel jedzeniem.
Na tem tle powstają najostrzejsze scysje między sumiennym wychowawcą i sumienną gospodynią. Bo wychowawca rychło zrozumie, że głodnego dziecka wychowywać nie można, bo głód jest złym doradcą.
Rodzice mogą powiedzieć „niema chleba“, nie stracą ani miłości ani szacunku dzieci, wychowawca ma prawo powiedzieć to wyjątkowo, ale tylko wyjątkowo, i tylko wówczas, gdy sam jest głodny. Różnicę między przeciętną normalną dyjetą dzieci a większem łaknieniem należy wyrównywać chlebem, ile kto chce i zjeść może.
Wiem: dzieci będą nosiły chleb po kieszeniach, będą go chowały pod poduszki, kładły po futrynach okien i topiły w klozecie. Tak będzie przez tydzień, przy nierozumnych wychowawcach przez miesiąc, ale nie dłużej. Wolno ukarać dziecko, które tak czyni, ale nie wolno grozić:
— Przestanie się chleb wydawać.
Bo wówczas ostrożniejsze w obawie zapowiedzianych represji, będą robiły zapasy.
Wiem: dzieci będą opychały się chlebem, a normalne porcje iść będą do pomyj. Zapewne, gdzie niechlujnie przygotowane niesmaczne jedzenie spotka się z nie do cna wygłodzoną dziatwą, tam musi ustąpić przed niezbyt nęcącym podniebienie, ale nie wstrętnym chlebem wczorajszym.
Wiem: obje się ten czy ów głuptas, — kłopot, zamieszanie, ale wierzcie mi, uczyni to raz lub dwa razy; tylko dzieci do zbytku pilnowane nie mają doświadczenia.

18. Będą scysje nawet tam, gdzie panuje zupełna harmonja między gospodynią i dozorem. Jeśli dzieci są syte, zdarzać się niekiedy będzie, że część przygotowanego jedzenia pozostanie. Dzień gorący, pośpiech z powodu wycieczki, lekkie przypalenie mleka, gospodyni występuje z wymówką:
— Połowa kaszy została, a oto chleb, znaleziony pod werandą.
Niech wychowawca wypije dla przykładu, pełny kubek przypalonego mleka, niech zapowie, że nie będzie przechadzki, jeśli zupy nie zjedzą, niech chleb wydaje licznemi ale małemi kawałkami, niech nie lekceważy zmartwienia gospodyni; ale chleb musi pozostać, nie wolno kapitulować, nawet na jeden dzień nie wolno.
Wychowawcy skłonni są lekceważyć troski gospodyni, gospodyni skłonna jest upatrywać lekceważenie tam, gdzie go niema. Gdzie jest dobra wola z obu stron, bywają akurat takie starcia, jakie być muszą między ludźmi, którzy pracują w różnych działach na jednym terenie. Trzeba mieć takt, a wychowawcy, który w uniesieniu potrafi się zapomnieć i powie: — Niech pani lepiej garnków pilnuje, nie wtrąca się do dzieci, — przypomnę, że gospodyni ma zupełne prawo odpowiedzieć: — A pan niech dzieciom tyłki wyciera, bo praczka nie może doprać bielizny.
Bo jeśli w samej rzeczy obowiązkiem gospodyni jest pilnowanie czystości kuchni, to obowiązkiem wychowawcy — i czystości bielizny. Dobra wola podyktuje im prawa taktownego współdziałania, da zrozumienie, że służą jednej, dobrej sprawie.
Powiadam: gdzie jest dobra wola.

19. Dzieci są już syte, sądzisz, że zwalczyłeś upór, — nie, on się tylko przyczaił. Może dziś umyślnie zupa jest przesolona, ryż rozgotowany na klajster. Może umyślnie porcje mięsa są duże, prócz tego kartofli dowoli, i kwaśne wiśnie na deser, „niech mu się pochorują, przekona się, jak to smakuje“. Cały ryż w kuble, po słonej zupie dzieci nachlapią się wody, agrest lub zsiadłe mleko dopełni miary.
Pamiętaj młody wychowawco, że jeśli dziecko umie być wyrafinowanie okrutne, czyni to nieświadomie, z cudzego podszeptu; przewrotność dojrzałego człowieka, któremu zawadzasz, nie ma granic.
Wydziedziczeni, sponiewierani przez życie, tu mszczą się za doznane krzywdy. Zawiedzeni w ambitnych dążeniach, tu lubują się w bezodpowiedzialnej władzy, każą się czcić, łaskawie pozwolą usłużyć, despotycznie rozkazują. Bezbarwni i niedołężni, pokorni i obłudni, tu znajdą chleb za cenę najbrudniejszej pracy i — milczenia. Jeśli im zawadzasz, nie łudź się, że ci ustąpią bez walki długiej, uporczywej, namiętnej; zbyt szybkie i łatwe zwycięstwo kryje w sobie zarodek porażki: czekają, aż się znużysz, tymczasem pragną uśpić twą czujność, lub zebrać przeciwko tobie dowody.
Jeśli młoda pokojówka przyszła późnym wieczorem do twego pokoju, by z polecenia gospodyni coś przynieść, o coś poprosić, mogło to być przypadkowe, ale mogło mieć i cel ukryty. Im jesteś młodszy i mniej doświadczony, tem bądź powolniejszy w czynach, ostrożniejszy w słowach i podejrzliwszy, gdy coś ci zbyt łatwo przychodzi.

20. Jeśli nie chcesz iść z prądem, ulegać władzy, dogadzać głos mającym, opierać się na sprytnych i zabiegliwych, poniewierać szarymi, gnębić opornych i niekarnych; jeśli chcesz we wszystko wejrzeć, każdemu słusznemu żądaniu zadość uczynić, oprzeć się nadużyciu, skargę wysłuchać, — musisz mieć wrogów, jako minister, jak skromny wychowawca. Jeśli zbyt butnie, nieoględnie i ufnie rozpoczniesz walkę, poparzysz się raz i drugi, może odejdzie ochota dalszego eksperymentowania kosztem spokoju, niekiedy egzystencji i przyszłości. Im lekkomyślniejszy wzlot, tem groźniejszy upadek...
A zresztą, nie wierz mi, ja kłamię, jestem starym zrzędą. Rób jak ci dyktuje uczucie, porywczo, z impetem, bez kompromisów, najprostszą drogą... Wygryzą cię, przyjdą nowi, zajmą twe miejsce, poprowadzą dalej. Z nieuczciwym żadnych układów, niedołęgę z drogi, szubrawca w pysk. Nie masz doświadczenia, tem lepiej: jeśli ono wskazuje drogę, którą będziesz mógł pełzać całe życie, ty nie chcesz: wolisz szybować bodaj przez godzinę... Zwyciężony dla łysych i siwych nie będzie czcigodny, dla młodych zostanie bohaterem.
Ale nie cofaj się w pół drogi...
Nie dąsaj się, boś sam chciał...
Nie mów, że nie uprzedzono, zwiedziono, okłamano...

21. Mowa o hałasie była mniej więcej tej treści:
„Zbiłem chłopca, zrobiłem źle. Zagroziłem, że go wyrzucę na werandę, gdzie go pies ugryzie; to było bardzo brzydkie. Ale kto jest winien, że popełniłem dwa brzydkie czyny? Winne są te dzieci, które umyślnie hałasowały, żeby mnie rozgniewać. Może być, że ukarałem niewinnego. Ale kto jest winien? Winne są te dzieci, które skorzystały z ciemności, żeby się ukryć. Dlaczego wczoraj było cicho? Bo się paliła lampa. To wasza wina, że byłem niesprawiedliwy. Ja się bardzo wstydzę, ale i wy się powstydźcie. Ja się przyznałem, a teraz wy się przyznajcie. Są dzieci dobre i złe, każde złe dziecko może się poprawić, jeżeli chce, ja mu chętnie pomogę. Ale i wy mi pomóżcie, abym mógł zostać dobrym, abym się nie zepsuł przy was. Mnie jest bardzo nieprzyjemnie, że jeden z chłopców ma podbite oko, że drugi ma opatrunek na głowie, że pan X na was się skarży, że stróż się na was żali.“
Potem każdy mówił, czy jest dobry, porządny, czy tak sobie, czy sam nie wie; potem mówili, czy chcą bardzo się poprawić, czy tylko trochę, czy wcale nie chcą. Wszystko to zostało zapisane. Poznałem prawicę, centrum i lewicę grupy...
Są zbiory mów politycznych, sądowych, kazań kościelnych. Dlaczego niema drukowanych mów wychowawców do dzieci? Bo zdaje się ogółowi, że tak łatwo przemówić do duszyczek dziecięcych. Niektóre mowy do dzieci przygotowywałem po tygodniu i dłużej.

22. Wspólnie radziliśmy co robić, aby dzieci nie zanieczyszczały lasu, by nie było hałasów przy stole, aby nie rozrzucano chleba, aby na dane hasło zbierały się do kąpieli, czy na posiłek.
Robiłem nadal wszystkie błędy, od których pragnę was uchronić, ale pozyskałem obietnicę pomocy ze strony części mej grupy.
Głupstwa same mściły się na mnie w bezcelowo ponoszonych wysiłkach, w bezpłodnej utracie energji. Dzieci wzruszały ramionami, niekiedy starały się mnie przekonać, często ustępowałem.
Pamiętam rozmowę o stopniach ze sprawowania. Nie chciałem stawiać stopni: wszyscy zasługują na piątki, bo każdy stara się być dobry; a jeśli nie może, nie powinno się go karać.
— Jak nie napiszę ojcu, że mam piątkę, to będzie myślał, że się źle sprawuję.
— A u innych panów jest łobuz, to ma przynajmniej trójkę, a ja jestem grzeczny i nic nie mam.
— Jak coś złego zrobię, i pan postawi stopień, to wiem, że się już skończyło.
— Jak niema stopni, to się jakoś nie chce być posłusznym; sam nie wiem dlaczego.
— A ja nie. Jak pan stawia stopnie, a coś złego zrobię, to myślę: niech mi postawi trójkę. A jak niema stopni, to mi nieprzyjemnie.
Rozważcie każdy z dowodów, a zobaczycie, jak poważne poruszają zagadnienia, jak w ich świetle wyraźnie zaznaczają się indywidualne różnice dzieci.
Ustąpiłem: każde samo oznaczało stopień, na który zasłużyło; niektóre z przykrością: „ja nie wiem“.

23. Ulegałem dość długo przesądowi, że numer poniża dziecko. Uparcie nie chciałem ustawiać dzieci w pary, sadzać przy stole podług numerów. A dzieci cieszą się swemi numerami: ma dziewięć lat i dziewiąty numer, ma numer dwudziesty, i ciotka jego mieszka akurat pod numerem dwudziestym. Czy poniża to widza w teatrze, że ma numer na bilecie?
Wychowawca powinien znać dzieci, w serdecznej rozmowie nazwać zdrobniałem imieniem, którem przemawia matka.
Należy znać rodzinę wychowańca, zapytać o małą siostrę, która była słaba, wuja, który stracił zajęcie. Jeśli łóżka stoją podług numerów, z 30 będzie pięcioro, które chcą zmienić miejsce: bo chce spać przy braciszku, bo sąsiad mówi przez sen, bo chce być bliżej pokoju wychowawcy, bo w nocy się boi.
Idą do kąpieli parami według numerów; ale jeśli chce się zamienić, by iść z przyjacielem, jeśli jego para chodzi zbyt wolno, jeśli nogę skaleczył, numer nie powinien przeszkadzać, niech zmieni parę lub miejsce.
Już w ciągu pierwszych dni — numer może stać się nazwiskiem, z pod którego przeziera osobowość dziecka, aż wykłuje się pełna moralna i intelektualna jego postać. Wówczas nieodzowny numer nie przynosi szkody.

24. Niosłem uczucie dzieciom, które nie chciały, nie znosiły, bały się go. Sądziłem naiwnie, że w ciągu czterech tygodni można wyleczyć każde cierpienie, każdą zagoić ranę. Traciłem czas.
Brałem pod szczególną opiekę dzieci najmniej wartościowe, zamiast zostawić w spokoju.
Z rozrzewnieniem wspominam, jak ulegając mym prośbom dopuszczały do zabawy takie, które psuły zabawę, jak ustępowały zaczepnym, które rozzuchwalała nakazana pobłażliwość.
Daję cud piłkę głupcowi, który nie umiejąc grać, nosi ją w kieszeni, bo każdy ma równe prawa do piłki, którą dawałem „sprawiedliwie“, po kolei.
Wymuszałem obietnice poprawy, wyzyskując dobrą wolę uczciwych, które nie chciały brać zobowiązań niewykonalnych.
Cieszyłem się, że idzie coraz składniej, nie licząc ani bezsennych godzin, ani sił, które szły na marne. Lekceważyłem dzieci, ich zabawy, spory, sprawy, bo były dla mnie wówczas jeszcze „drobne“.

25. Kolonje letnie są trudnym a wdzięcznym do prowadzenia internatem. Otrzymujesz odrazu znaczną ilość dzieci, gdy w każdym innym, do istniejących i już ułożonych, przybywają pojedyńczo lub nielicznemi grupami. Warunki dozoru na dużym terenie są również niełatwe. Pierwszy tydzień organizowania jest trudny, ostatni wymaga wzmożonej czujności: dzieci już myślami i nałogami zwracają się ku miastu.
Sumienny a niedoświadczony wychowawca tu ma możność najmniej boleśnie wypróbować swe siły; w pracy żywej i szybko pozna zagadnienia wychowawcze internatu, nieodpowiedzialny za dalszą przyszłość, może objektywniej oceniać wady i przywary. Jeśli zda sobie sprawę z omyłek i błędów, ma możność w następnym sezonie z nową partją dzieci, nie mając świadków popełnionych błędów, nie niosąc ich konsekwencji, rozpocząć nową pracę na nowych podstawach.
Niema potrzeby oszczędzać sił i obliczać zapału i energji na długą metę. Zmęczy się, lato przejdzie, — odpocznie.
Zdobyte w pierwszym miesiącu doświadczenie da mu w drugim zadowolenie stwierdzonych postępów, szybko dostrzeże różnicę, co go zachęci do dalszych wysiłków.
Praca pierwszego sezonu tylko pozornie ginie bezpowrotnie: w drugim sezonie będą znajomi, krewni i koledzy dzieci z pierwszego. Rozpytaj a dowiesz się, że one już cię znają, już znają twe wymagania; zanim cię zobaczyły, już czują sympatję, chęć uznawania twego autorytetu.

26. Drugi sezon rozpoczął się pod szczęśliwszą gwiazdą. Otrzymawszy w wilję wyjazdu listę, uczyłem się nazwisk po kolei. Niektóre nazwiska budziły zaufanie, inne — obawę. To nie żart: pomyślcie, jak wygląda malarz Kurzawa, chłop Ślimak, szewc Niedola.
Uzbrojony w dzienniczek i ołówek, notowałem wszystko, co mnie w dziecku uderzyło przy pierwszem zetknięciu. Plus, minus, znak zapytania, postawione przy nazwisku, było oceną pierwszego wrażenia. Krótkie: „miły, łobuz, gapa, zaniedbany, zuchwały“ — były pierwszą charakterystyką, która się mogła sprawdzić lub nie, ale dawała ogólne wrażenie całości.
Tak bibljotekarz przerzuca nową znaczną przesyłkę książek, ciekawie rzucając okiem na nagłówek, rozmiar, okładkę. To miła praca: ot będzie co do czytania!
Zanotowałem specjalnie polecone, licznie odprowadzane, bogato na drogę obdarowane, opóźnione. Już są i pytania i prośby i rady dzieci, tem właśnie ciekawe, że pierwsze. Jeśli który zgubi kartę zapisu, a sąsiad szybko i głośno odpowie: „jestem“ gdy go wywołano z listy, a za drugiego odpowiada matka, jeden pchnie tego, co zajął jego miejsce, drugi się poskarży, jeden ukłoni układnie, drugi chmurnie patrzy wokoło, to wszystko ma dla wychowawcy ogromne znaczenie; dostrzeżone i utrwalone w pamięci lub w notesie, — jest dlań cennym materjałem rozpoznawczym.

27. Odbierając pocztówki, kładę je w ponumerowane i złożone napół papierki, bo niektóre są polinjowane, inne zatłuszczone i zgniecione. Zupełnie słuszny miały żal dzieci w pierwszym sezonie, że zwracano nie ich karty, aby pisały do domu.
Pieniądze zawijałem w papierki ponumerowane i składałem w chustce do nosa, również w przeddzień przygotowanej.
To depozyt, własność tem bardziej nietykalna, że depozyt przymusowy. Dziecko, oddając dziesięć groszy zawierza cały swój majątek: masz obowiązek poważnie go traktować.
Przy drzwiach wagonu stał dyżurny, przy każdem oknie był dyżurny. Miałem czas z każdem dzieckiem zamienić słów parę, znów przybywały do notatnika szczegóły.
Notowałem te, które napierały się wody, które się skarżyły, pokłóciły przy oknie.
Po raz trzeci przedefilowała cała grupa, gdy atramentowym ołówkiem notowałem numery na workach. I tu, gdy wywołałem nazwisko, jedne podochodziły szybko, inne kilkakrotnie trzeba było przywoływać. Była i grupa takich, które zamiast wyglądać przez okna, otaczała mnie, ciekawie przyglądając się pracy. Znów któreś płakało: posłałem chłopca, by je pocieszył, on to lepiej zrobi, a zresztą — niech popłacze.

28. Uprzedziłem, że będą wozy na stacji, żeby teraz, w wagonie, załatwiły potrzeby; że do wozów nie wolno się tłoczyć, w drodze nie wolno zesiadać, że kto będzie miał ubranie nie na miarę, jutro mu się zamieni. Dwaj zeszłoroczni koloniści będą pomagali przy rozdawaniu mleka, trzej inni przy ubraniach.
Nawiązywałem nić przyjaźni na zasadzie rzeczowej rozmowy, nie pustego flirtu.
Zanotowałem, kto ma brudne uszy, długie paznokcie, brudną koszulę; bo jeśli matka nie ogarnie dziecka przed wyjazdem, jest nietylko biedna, ale i niedbała, niekiedy dziecko już jest samodzielne, samopas puszczone, lub nie ma matki. Gdy je przebiorę i umyję, ten szczegół będzie stracony.
Godziłem się na każdy projekt pomocy lub wyręczenia. Bo wiedziałem, że moim zadaniem jest zorganizowanie i czujna kontrola, że sam nie podołam ogółowi, że zdam egzamin na dobrego wychowawcę, jeśli będę miał czas na sprawy najważniejsze i opiekę nad dziećmi wyjątkowemi z racji ich zdrowia, temperamentu, zaniedbania, niedołęstwa lub dużej wartości duchowej.
I kiedy dzieci przebrane zasiadły przy stole w porządku numerów, zacząłem się uczyć ich twarzy.
Już lepiej znałem mą grupę, niż w ubiegłym sezonie po dniach kilku.

29. Jednego poznam po piegach, drugiego po brwiach, trzeciego po znamieniu na skrzydle nosa, czwartego po kształcie czaszki. Zawsze zostanie kilkoro, w których upatruje się nie istniejące podobieństwo, których się nie poznaje czas dłuższy. Trudności tych nie zna nauczyciel klasy, gdy ma je codziennie, nieruchomo umieszczone w ławkach. Ale zna je pedel szkolny, inspektor, dyrektor. I łatwo jest broić niepostrzeżenie nieznanemu, gdy paru kozłów ofiarnych odpowiada za siebie i innych.
— Ach, znam ja ciebie. Ty już nie pierwszy raz, — ty zawsze.
A istotny winowajca śmieje się w kułak.
Dlatego z takim naciskiem podkreślam konieczność szybkiego poznania wszystkich dzieci, że wszelkie szkodliwe uprzedzenia zarówno na korzyść dziecka, jak na niekorzyść, — mają swe źródło w ich nieznajomości.
Nie będę zda mi się, daleki od prawdy, jeśli powiem, że dziecko ładne, o miłej, wdzięcznej buzi, ma wszelkie dane, by uznane było za dobre, a brzydkie lub z defektem, za złe. Stąd płynie równie niesłuszne uprzedzenie niektórych wychowawców względem ładnych dzieci. Powtarzam raz jeszcze, że bezwzględnie i w każdym przypadku będzie złym wychowawca, który nie zna choćby jednego ze swych wychowańców.

30. Wieczorem, gdy pokładli się do łóżek, miałem pogadankę o chłopcach z ubiegłego sezonu.
„Opowiem o chłopcach, którzy spali na łóżku piątem, jedenastem, dwudziestem i trzydziestem drugiem“.
„Jeden z nich okazał się bardzo miły, drugi zawsze i ze wszystkiego był niezadowolony, trzeci bardzo się poprawił, czwarty miał przykry wypadek w nocy, zrobił w łóżko, chłopcy z początku brzydko się z niego śmieli, ale potem przekonali się, że on jest biedny, słaby i niedołężny, więc się nim opiekowali. Gdzie oni są teraz, o czem myślą?“
W tych czterech powiastkach z życia, krył się i morał, i plan dnia, i trudniejsze zagadnienia życia kolonijnego.
Uprzedziłem, co mają zrobić, gdy się w nocy bać będą, co — gdy się jutro wcześnie obudzą.
I zasnęli wszyscy, prócz dwóch.
Jeden zostawił dziadka chorego i o nim myślał, drugiemu matka mówiła zawsze przed snem dobranoc. Temu ostatniemu, jednemu na trzydziestu ośmiu, potrzebny był tego wieczora pocałunek, aby mógł zasnąć. — Pomyślałem, że ten właśnie, jeden z najwrażliwszych, mógł być w pierwszym sezonie, w nieładzie i podnieceniu, zgromiony, albo przez prostą omyłkę wytargany za uszy.
Już pierwszego wieczora miałem czas, by porobić notatki: w osobnym kajecie — o pierwszym dniu na kolonii, w osobnym, o każdem dziecku. I już o połowie dzieci miałem coś, jeden drobny szczegół do zanotowania.

31. Nazajutrz, skoro świt, byłem w sypialni, i znów zanim rozbiegną się i zmieszają, uczyłem się poznawać dzieci swojej grupy.
W ciągu całego dnia, co raz do innego zwracałem się z zapytaniem, jak się nazywa.
— A ja, proszę pana? A jak ja się nazywam?
Podobnych, czy tych, którzy mi się zdawali podobni, ustawiałem obok siebie i studjowałem, a chłopcy zwracali uwagę na szczegóły, po których można odróżnić i rozpoznać.
Z godziny na godzinę przybywały szczegóły, które mnie wtajemniczały w życie osobiste lub tę czy inną dziedzinę duchowego życia dziecka.
Szybko i czarownie, pod wpływem wsi i pogodnych wpływów wychowawczych, zmięte dusze, zrazu ze zdziwieniem i lękiem, potem coraz ufniej i radośniej, zwracają się ku temu, co piękne i harmonijne.
Ale istnieje zakres możliwości wychowawczych, których żaden cud nie zmieni. Obudzi się dusza czujna i bogata, tylko warunkami znużona; ale uboga i senna ledwo na bolesne skrzywienie uśmiechu się zdobędzie. Żal ci? Masz tylko cztery krótkie tygodnie.
Prawość wrodzona, samorodna, przylgnie do nowych form jasnego życia, przewrotność z niechęcią się odwróci.
Są krzewy, które jeden deszcz ożywi, są chore i zgoła zwiędłe, są chwasty, które opornie przejmują kulturę.

32. Przyglądałem się bacznie, jak organizuje się społeczeństwo dziecięce i zrozumiałem trudności pierwszego sezonu.
Gdy dzieci o wartości dodatniej dopiero się rozglądają na nowym terenie, lękliwie i wstrzemięźliwie zapoznają i zbliżają ku sobie, już siła ujemna zdążyła się zorganizować, narzucić ton i zyskać posłuch.
To, które rozumie konieczność regulaminu, ograniczeń i przystosowań, pomaga pracy wychowawcy biernie, nie przeszkadzając, ulegając mającym dobro ogólne na względzie programom. To, co pragnie wykorzystać dobrą wolę, skrupuły, wahania, życzliwość lub słabość wychowawcy, występuje odrazu czynnie i zaczepnie.
Zdumienie ogarnia, jak może dwunastoletni chłopiec, oderwany od rodziny, w obcych mu warunkach, pod obcym dozorem, wśród nowych rówieśników, nie odczuć skrępowania, ani zażenowania, i już w pierwszym dniu żąda, opiera się, protestuje, spiskuje, dobiera towarzyszy, przeciąga na swą stronę biernych i bez inicjatywy, mianuje się dyktatorem i rzuca demagogiczne hasło.
Nie masz ani chwili do stracenia, musisz go szybko dostrzec i wejść z nim w układy. Tyś mu z góry wróg, jak każda władza, która żąda i nie pozwala; przekonaj, że jesteś inną władzą, niż spotykał dotychczas.

33. Przykład:
W wagonie zwracam chłopcu uwagę, że wychodzić na peron nie wolno. Wyszedł; na wołanie nie odpowiada. Na ostrą wymówkę, lekceważąca odpowiedź: „co się stało, pić mi się chciało“. Zapytuję o nazwisko.
— Pan ciebie zapisał.
— Ważna rzecz.
Już mu się ciekawie przyglądają, już ma stronników, już imponuje. Czasem jedno: „dobrze, dobrze“, albo wzruszenie ramion wystarcza, by go poznać. Jeśli tak w pierwszym dniu, pomyśl, co będzie jutro, za tydzień?
Rozmówiłem się z nim tegoż wieczora. Rozmowa była poważna, rzeczowa, jak równego z równym: ułożyliśmy warunki jego pobytu na kolonii.
W mieście sprzedaje kurjery na ulicy, gra w karty, pije wódkę, zna cyrkuł.
— Chcesz tu zostać? — Tak sobie. — Nie podoba ci się? — Nie wiem jeszcze. — Po co tu przyjechałeś? — Jedna pani mnie namówiła.
Podał jej imię, nazwisko i na wszelki wypadek, fałszywy adres.
— Słuchaj chłopcze: chcę abyś mógł tu pozostać przez cały miesiąc, aby ci się tu podobało. O jedno cię proszę: jeśli ci się znudzi, powiedz, dam ci na bilet, wrócisz do Warszawy, sam nie uciekaj i nie rób umyślnie tak, bym cię odesłał wbrew twej woli. Pozwolę ci robić, co zechcesz, tylko nie psuj porządku, nie wtrącaj się do dzieci. Dobranoc.
Podałem mu rękę.
Nie próbuj go traktować, jak dziecko, bo ci śmiechem w twarz pryśnie lub oszuka pozorną skruchą i odwróciwszy się, powie coś zjadliwego, sprytnie podpatrzonego, by cię ośmieszyć. Wszystko, byle nie mdły sentyment, bo cię zlekceważy, wyzyska i ośmieszy.

34. Był drugi:
W nastrojowem sam na sam, gdy nie patrzała nań głupia, pokorna, tchórzliwa dzieciarnia, dla której czuł pogardę, zwierzył się, wzruszył, obiecał poprawę.
Na podobne rozmowy nie wolno się powoływać, nie należy żądać spełnienia przyrzeczeń. Gdy w kilka dni później wyrznął w łeb miską chłopca, który potrącił go przy jedzeniu, przypomniałem nietaktownie, w ostrej formie, o danej mi obietnicy, — odpowiedział nienawistnem spojrzeniem. W parę dni później wykradł ubranie, przebrał się w lesie, poszedł na dworzec.
Pragnąłbym na jedno zwrócić uwagę młodych pracowników, którzy nie znają dzieci sfer ubogich; wśród dzieci tych są wychowane najstaranniej i najbardziej zaniedbane. Te dwie kategorje dzieci nie tylko się unikają wzajemnie, nie lubią, lekceważą. Ale dzieci rodzin boją się sąsiadujących z niemi dzieci ulicy. Nierozważny społecznik nie widzi olbrzymiej różnicy między moralnym i niemoralnym chłopcem, bo obaj są biedni, mieszkają na przedmieściu w ubogiej dzielnicy, należą do jednej „sfery“. Właśnie dlatego pierwszy obawia się drugiego, dlatego jest dlań niebezpieczny. Nikt nie ma prawa zmuszać ich do koleżeństwa.
— Poczekaj, wrócimy do Warszawy, to ja ci odpłacę, — słyszy się często groźbę w ostatnim tygodniu kolonijnego sezonu ze strony narzuconych niefortunnych kolegów.

35. Byłem świadkiem rozpaczliwych wysiłków, czynionych przez grupę osób, by zapoczątkować w Warszawie kluby dziecięce. Czytałem książeczkę ze sprawozdaniem o czynionych w tej mierze próbach w Moskwie. Ten sam błąd wytwarzał te same trudności. Gdy dzieci szkolne zażądały usunięcia łobuzów, kierowniczka powiada z wyrzutem:
— Mój synek bawi się z nimi, a wy nie chcecie: to brzydko.
Jej synek mógł się bawić: bo jego nie obiją, gdy będzie wieczorem wracał z pracy do domu, nie krzyknie mu nikt: „te, co za facetkę prowadzisz“, gdy będzie z kuzynką szedł do kościoła w niedzielę; nie zaczepią go: „te, pożycz mi dyskę na papierosy“.
Jeśli jej synek będzie szedł z mamą i ciocią na spacer i do synka podejdzie mały obdartus, a ciocia z przerażeniem zapyta:
— Skąd znów twój Antoś ma takie znajomości?
Mama tonem wyższości odpowie:
— To jego kolega z setlementu.
I bawić ją będzie bogobojne zacofanie starej cioci.
Ale matka robotnica słusznie obawiać się będzie i ostrzegać przed podobnem koleżeństwem.
Jeśli dojrzały robotnik ma prawo nie chcieć przyjaźnić się z pijakiem i rzezimieszkiem, bo to go kompromituje, jeśli nawet nie grozi niczem, — dziecko robotnika ma prawo, ma obowiązek unikać złego towarzystwa.
A jeśli łobuz tylko udaje dobre sprawowanie, by dzięki przypadkowemu spotkaniu dostać się do sfery rówieśników, do których inaczejby nie trafił? aby tę znajomość wyzyskać, skorzystać?...
Wytwarzanie koleżeństwa między dziećmi zupełnie różnemi odnośnie do moralnej wartości i doświadczenia życiowego, które tylko ubóstwo łączy w jedną sferę, jest szkodliwem wciąganiem ich do złego towarzystwa, lekkomyślną próbą ich moralnej odporności.

36. Nalegałem: „bawcie się z nimi“. Wbijałem w ambicję:
— Was jest trzydzieścioro, on jeden. Więc wy wszyscy nie możecie jednego poprawić, a on was wszystkich ma zepsuć?
— Co mamy robić, aby on się poprawił? On się nie chce z nami bawić; jak się zgodzi, to nam psuje zabawę.
Nie ja, a dzieci miały słuszność.
Znacznie później zrozumiałem, że jeśli wychowawca chce wśród dzieci przeciętnych mieć niemoralne, ponosi za to całą odpowiedzialność, cały obowiązek czuwania. To trud ponad siły dzieci.
Najpiękniejsze z pozoru założenie musi być sprawdzone. Najoczywistsza prawda, w praktycznem zastosowaniu do przeprowadzenia trudna, powinna być sumiennie i krytycznie rozpatrzona. Jesteśmy znacznie doświadczeńsi od dzieci, wiemy bardzo wiele, czego dzieci nie wiedzą, ale co myślą i czują dzieci, one lepiej od nas wiedzą.
Jeśli dziecko chce, a nie wie dlaczego, może ukrywa istotne powody, może nie jest ich pewne. Sztuką wychowawcy będzie dowiedzieć się, niekiedy domyśleć, częstokroć doszukać tych nawpół uświadomionych motywów.
— W tem coś się kryje, — im częściej wychowawca tak myśli, tem szybciej doskonalić się będzie, tem pewniej uniknie uporczywych błędów, płynących z fałszywych założeń.

37. Narzucałem dzieciom towarzystwo rozlazłych, niedołężnych, lub niemiłych.
To był nonsens.
— Bawią się w „berka“. — Niedołężny nie umie ani sam uciekać, ani innych chwytać. Nieuczciwy będzie umyślnie tak uciekał, by go rychło złapano, bo sam chce być berkiem. Jeśli zmusisz dzieci do zabawy z nimi, będą ich umyślnie omijali, nie będą ich łapali.
Na miły Bóg, kto z dorosłych zasiądzie do kart z szulerem lub takim, który grać nie umie?
Wydajesz piłkę, ale pod warunkiem, że i on bawić się będzie. Czy można się dziwić, że przyjmują niechętnie ciężki warunek? Czy można im mieć za złe, że czują niechęć? Czy nie obiją, jeśli z jego winy stracą metę — i kto temu winien?
Dużego taktu wymaga opieka nad tego typu dziećmi. Należy baczyć, aby ich nie krzywdzono ale czuwać, by i one nie przeszkadzały.
Na niego zawsze trzeba czekać. Przez niego zawsze psuje się zabawa. Znów z jego winy pan się na nas gniewał, czegoś zabronił, coś odebrał, czemś groził.
W pierwszym sezonie staczałem walki o niedołęgę, w drugim ze wzruszeniem patrzałem, jak jeden z największych zawadjaków wziął najcichszego pod opiekę, — sam, z własnej dobrej woli.

38. Nie lekceważyć!
Bawili się chłopcy w grę, która zwie się „ciupy“ lub „strulki“. Znana już była biednym dzieciom starożytnego Rzymu. Grający rzuca na stół lub na podłogę pięć kamyków. Potem jeden z kamyków rzuca w górę, i zanim chwyci spadający kamyk, musi szybko pochwycić ze stołu jeden z pozostałych czterech. Jest kilka klas trudności. Do gry tej potrzebna jest zręczność i pięć niewielkich kamieni, czyli ciup.
Niezmiernie częste były skargi na to, że ktoś zabrał jeden lub wszystkie ciupy. Byłem wówczas przeciwnikiem skarg.
— Mało masz tu kamyków. Poszukaj sobie innych.
Trzy błędy.
Po pierwsze, każdy ma prawo do własności, choćby przedmiot był najbardziej błahy i bezwartościowy. Że stratę łatwo pokryć — czegoż to dowodzi? Niech ten, który zabrał moje ciupy, poszuka sobie innych.
Ten, który zabrał, popełnił czyn wyraźnie zdrożny, conajmniej niesłuszny. Przywłaszczył sobie cudzą własność.
Gdy sam zacząłem grać w ciupy, przekonałem się, że nie wszystkie małe kamienie są jednakowo wygodne. Zbyt okrągłe rzucone na stół zanadto się rozlatują, zbyt kanciaste, układają się za blizko.
Pięć dobranych kształtem i kolorem kamyków dla gracza, to jak pięć koni jednej maści i wzrostu, pięć pereł w naszyjniku, pięć psów, ułożonych do polowania.
Są świadkowie, którzy widzieli, pamiętają, stwierdzą, do kogo ciupy należą. Słuszność była po stronie dzieci.

39. „On obraził moją matkę“. Po długiem wahaniu: „nazwał mnie skurwysynem“. Jako wychowawca, obowiązany jetem przewidzieć, że podobnym epitetem niejeden ojciec częstuje majstra, który w fabryce dokuczył, właściciela domu, gdy mu pieca nie chce poprawić.
— Wiecie, jaki on złośnik. Dawniej bił się ze wszystkimi, teraz już tylko wymyśla, już się poprawił. To prawda, skurwysynami nazywają ludzi, jeśli ich bardzo chcą obrazić, nazywają ich także szubrawcami, łajdakami, szelmami. Najczęściej w gniewie, niekiedy wcale tak nie myśląc. Bo czy naprawdę pomyśli kto, że łajdakiem jest chłopiec, dlatego że nie chciał pożyczyć piłki lub potrącił nienaumyślnie przy grze w klipę? Są ludzie gwałtowni i spokojni...
Widziałem zdziwienie chłopców, że głośno i wyraźnie wymawiam zadżumiony wyraz. A powiedziałem głośno, bo co szeptane, fermentuje, ropieje i drażni, bo niema w wychowaniu szkodliwszego czynnika, jak fałsz udanej skromności. Jeśli są wyrazy, o których boisz się mówić, co zrobić z czynem, który mogą popełnić? Wychowawca nie może bać się ani słów, ani myśli, ani czynów dzieci.
Kto chce być wychowawcą biednych, niech pamięta, że medycyna odróżnia praxis pauperum od praxis aurea, niech pamięta, że mamy wytwornych w mowie rozpustników, ordynarnych w gębie bohaterów cnoty. Musisz znać sferę, z której pochodzą twoi wychowańcy...

40. Byłoby zbyt ryzykownem twierdzić, że dzieci ubogie są moralniejsze od zamożnych. Istnieją alarmujące obserwacje odnośnie do jednych i drugich. Jedno zdaje mi się być pewnem: obserwacje czynione są w klatkach miejskich mieszkań, gdzie brak przestrzeni, zakaz głośnych okrzyków i biegania, nuda i rozleniwienie, zmuszają dzieci do silnych a nie mącących spokoju otoczenia wrażeń i wzruszeń.
Na zasadzie obserwacji dzieci na kolonii letniej twierdzę stanowczo, że normalne dziecko zawsze woli grę w piłkę, wyścigi, kąpiel, wspinanie się po drzewach, niż tajemnicze usuwanie się w kąt dla niewiadomych marzeń.
Można spokojnie pozwolić chłopcom i dziewczętom na rozbiegnięcie się po lesie przy małym dozorze, gdyż zbieranie poziomek i grzybów tak pochłonie, że raczej bójki o zdobycz w postaci grzyba spodziewać się można, rabunku ze strony silniejszych, niż objawów czułości.
Zaciszny kąt podwórza miejskiego ubogiej dzielnicy i przestrzeń między szafami w dostatniem mieszkaniu mieszczucha — kryją tajemnice, dla których niema miejsca na łące i w polu. Tylko nie trzymajcie dzieci w łóżkach po jedenaście godzin na dobę, ku swojej wygodzie, bo one, w lecie szczególniej, nie sypiają więcej, niż ośm — dziewięć godzin.

41. Ze zdziwieniem przekonałem się na kolonii, że dzieci nie czują urazy do nakazów i zakazów, które mają na celu zachowanie planu, porządku, ładu w wewnętrznem życiu, i ulegają im chętnie. Jeśli się które wyłamuje, szczerze wyzna swą winę i wyrazi skruchę, najwyżej powie:
— Ja wiem, ale co ja poradzę, kiedy nie mogę.
Są dzieci, które prowadzą rozpaczliwą walkę z wrodzonym usposobieniem, na korzyść tego właśnie ogólnego ładu. Nie należy utrudniać tej walki przez nadmierne wymagania, bo się zniechęcą lub zdziczeją.
Wychowawca powinien zdawać sobie sprawę, które nakazy i zakazy są bezwzględne, które znoszą ustępstwa. Bezwzględnie nie wolno samemu kąpać się w rzece, ale względnie nie wolno wspinać się na drzewa. Bezwzględnie nie wolno spóźniać się na obiad, ale względnie nie wolno spóźniać się, gdy ustawiamy się w pary, aby iść na spacer: niech spóźnieni dogonią nas, gdy już przejdziemy wiorstę; bo żywe dziecko nie chce stać na miejscu i czekać, aż wszystkie się zbiorą.
Dla wyjątkowych dzieci, za zgodą ogółu — wyjątkowe prawa, — to najtrudniejsze i najwdzięczniejsze dla wychowawcy zadanie.
Jeśli na 150 jeden chłopiec tak pływa, że nic mu nie grozi, mieszka nad Wisłą, pół dnia w wodzie spędza, przepływając rzekę bez trudu, jeśli dzieci pozwolą, możesz mu nawet pozwolić samemu się kąpać. Musisz mieć odwagę wziąć na siebie względną obawę o jego życie.


KRZYWA BÓJEK DZIECI NA KOLONJI.



Dnia 5 lipca — wśród 30 dzieci — 12 bójek; posiedzenie, żeby się nie biły; nazajutrz — tylko 3 bójki; znów 8 i 10 — 6 bójek. Drugie posiedzenie w lesie na temat zgody. Nazajutrz tylko 2 bójki. Znów 7, 5 — 3 bójki. Narada pod hasłem: „jeden dzień bez bijatyk“. Jako rezultat zbiorowego wysiłku — nazajutrz jedna tylko bójka.
42. Instynkt społeczny właściwy jest dzieciom. Mogą pewne zapoczątkowanie przyjąć nieufnie, bo nie dowierzają dorosłym, bo nie zrozumiały, ale rychło zaakceptują, gdy same biorą w niem udział.

Co zrobić, aby dzieci nie rozrzucały chleba po lesie, aby nie spóźniały się na obiad, aby nie było bójek, przekleństw. Jeśli nawet podobne narady nie zaradzą danej bolączce, zawsze podnoszą poziom moralny ogółu dzieci utrwalają poczucie solidarnej odpowiedzialności i społecznego obowiązku.
Zapisujcie, ile dzieci spóźniało się przed naradą, ile notowano bójek w ciągu dnia. Notuj po naradzie, wywieś krzywą, przekonasz się, że będą rzadsze. Znów są częstsze, druga narada.
Najpiękniejsza mowa ma za zadanie wywołanie zapału, zapoczątkowanie, ale nigdy — utrwalenie.
Jedni zbyt wielką wagę przypisują słowu, zbyt wiele oczekują, drudzy zbyt lekceważą, bo się zawiedli. Jedni i drudzy błądzą. Słowami nic nie zrobisz, ale bez słowa żadnej pracy nie przeprowadzisz. Słowo jest sprzymierzeńcem, nigdy zastępcą.
Tylko takiego efektu oczekiwać możesz.

43. Posiedzenie o nieporządku w ustępie.
„Gdy jest pożar, lub powódź, najlepsi biegną na pomoc, narażając własne życie. Gdy trzeba wykonać coś trudnego lub przykrego, zawsze idą najlepsi. Mamy pracę trudną i przykrą do wykonania, i zwracamy się do naszych najlepszych... Więc kto się podejmie dobrowolnych dyżurów, po pół dnia każdy?“
Rozumie się, że zapisuje się wielu. Ale to dopiero początek. Na pierwsze dwa dni wybierasz energicznych, łatwo zapalnych, mniej stałych: bo dozór będzie najtrudniejszy w ciągu pierwszych dni paru, a że sprawa jest nowa, więc ją spełnią z tem większym zapałem. Powiedz, dlaczego oni będą pierwsi.
Nie przyjmujesz oferty kłótliwego, bo obawiasz się sporów, bo go nie lubią, bo mu na złość będą robili.
Odrzucasz zbyt porywczego: „bo pobijesz, lepiej nie bierz się do tej sprawy“.
Poważnych wyznaczasz na dnie następne: ufasz, że nie ostygną w zapale.
Cichego na jeszcze później: „wtedy już będzie łatwiej, jutro byś sobie nie poradził“.
Uprzedzasz, że znajdzie się taki, który go nazwie „gówniarzem, stróżem wychodkowym“. Nie obrażajcie się, to będzie dureń!
Uprzedzisz, co ma zrobić dyżurny, jeśli mu mały niedołęga zanieczyści klozet nieumyślnie, co jeśli to zrobi umyślnie, na złość; co będzie, jeśli nie uda mu się dostrzec winnego.
Musisz uzbroić go w miotłę i ścierkę. Musisz sam w ciągu dnia zachodzić, w czasie największej frekwencji, rano lub po obiedzie, samemu kwadrans dyżurować, w wypadku wątpliwym sam wziąć do rąk ścierkę i wytrzeć.
Próżno się gniewasz, wychowawco: „tyle razy się mówi“. To nie pomaga i nie pomoże. Więc po co mówić? Bo pewna ilość dzieci zrozumie zobowiązanie danego dobrowolnie przyrzeczenia, a niesumiennemu powiem: poco obiecywałeś? Jest to poważny atut.
Bo dziecko niema cynizmu dorosłych, którzy odpowiedzą:
— A czy zobowiązania trzeba wykonywać?

44. Nieodzowną jest dla wychowawcy pomoc dzieci, pod warunkiem bezustannej czujnej kontroli i zmiany. Bo tylko w ten sposób uniknąć może rozpanoszenia się młodych współpracowników. Władza psuje! Należy łagodnie i ostrożnie wyjaśnić, że dyżur nie daje żadnych przywilejów, że jest czynnością honorową.
Dyżurnych przy podawaniu przy stole zmieniałem codziennie z racji przyjętego zwyczaju, że dyżurny otrzymywał większe porcje jedzenia. Było to utrudnienie dla gospodyni, uważałem to za konieczne.
Byli dyżurni słania łóżek, po jednym na każdy rząd, dyżurni podawania misek do mycia rąk, dyżurni zbierania zabawek, dyżurny, który pilnował, aby ręczniki były równo zawieszane na poręczach łóżek.
Dyżurni, których zadaniem było zbierać szkło stłuczone, aby dzieci biegając nie kaleczyły nóg.
Przy wykonywaniu drobnych czynności łatwiej poznaje się dzieci, niż w zajęciu szkolnem: tam wchodzą w grę zdolności, przygotowanie ucznia, przypadek. Tu odrazu dostrzegamy dziecko zapalne a zmienne w upodobaniach, ambitne, zaczepne, sumienne lub nieuczciwe.

45. Jeśli w ciągu pierwszych paru dni czujnie baczyć, jak dzieci się wzajemnie poznają, przekonać się łatwo, że dobrym siłom potrzebna jest pomoc, poparcie, a przedewszystkiem czujna i ostrożna osłona przed tymi paru czy kilkorgiem, dla których system twój jest niedogodny.
Jeśli obowiązkiem władzy jest zabezpieczenie społeczeństwa przed gwałtem i nadużyciem ze strony elementów szkodliwych, to obowiązkiem wychowawcy jest zabezpieczenie dzieci przed pięścią, groźbą i obelgą, ich własność przed przywłaszczeniem (czy to będzie kamyk czy patyk), obrona ich organizacji (czy to będzie zabawa w piłkę czy budowanie domków z piasku).
Gdy się tę dużą pracę raz wykona, wystarcza z lekka utrzymywać od pochyleń i zboczeń.
Cały zaoszczędzony dzięki pomocy dzieci, czas i dużą część pożądanych wychowawczych suggestji poświęcić możemy jednostkom wyjątkowym, któremi pragniemy osobno i indywidualnie się zająć, bo chcemy, lub musimy, bo są wartościowe, niebezpieczne lub wprost tylko, nie układają się w przeciętną normę.
Mamy nietylko wyjątkowe dzieci, ale i wyjątkowe sytuacje, które nam wiele czasu zajmują. Dziecko nagle zachorowało, zmrok zapada a czworo dzieci nie powraca z lasu, skarga, że obrzucono kamieniami czy szyszkami żebraka, kradzież.
Im większa liczba, tem więcej tych wyjątkowych dzieci i sytuacji. Tu nic gniew nie pomoże: tak być musi. Cały rozum organizacji polega na tem, aby pomimo to, wszystko szło swoją koleją, aby drobne rzeczy same się załatwiały, abyś mógł zawsze powiedzieć:
— Same gospodarujcie, bo ja jestem zajęty...

46. Pogodną, wyrozumiałą jest pewność siebie i rozumne przewidywanie; nadąsane, niezrównoważone jest niedoświadczenie.
Na 30 — 40 dzieci musi być jedno nienormalne lub niemoralne, jedno bardzo zaniedbane, jedno złośliwe i aspołeczne, niezgodne i nielubiane, jedno gwałtowne, o wybujałej niezwykłej indywidualności, jedno niedołężne lub słabowite. Tak być musi!
Organizujesz wycieczkę: musi być jedno słabe, jedno obrażone, jedno, które dlatego niechętnie idzie, że wszystkie ochoczo się wybierają:
— Ważna wycieczka!
Jedno będzie szukało czapki, drugie się pobije w podnieceniu, trzecie w ostatniej chwili pobiegnie do ustępu, czwarte niewiadomo gdzie się podziało.
W drodze jednego głowa lub nogi rozbolą, jeden się skaleczy, jeden się obrazi, jednemu pić się będzie chciało.
Opowiadasz bajkę, — jeden obowiązkowo ci przerwie:
— Proszę pana, co to za robaczek.
Drugi:
— On się kłuje w ucho słomą.
Trzeci:
— O, barany pędzą!
Nadąsanie młodociane grozi:
— Jeżeli jeszcze raz ktoś przerwie...
Doświadczona pobłażliwość z uśmiechem przeczeka.
Czy gniewając się na wyjątkowe sytuacje, wychowawca nie zdaje sobie sprawy, że bez nich praca byłaby martwa, jednostajna, nudna; że wyjątkowe dzieci dają nam najobfitszy materjał do rozmyślań i dociekań, uczą nas ulepszać i poszukiwać. Gdyby nie one, jak łatwo uledz złudzeniu, że osiągnęliśmy ideał. A któż jest tyle nierozumny, by nie wiedział, że zawsze ponad względnie dobrem istnieje możliwe do osiągnięcia lepsze?

47. Drobna ale nie bez wartości uwaga. Jeśli jesteś pracowity, sumienny i bardziej uzdolniony, jako wychowawca, — sądź towarzyszów łagodnie. Nie dawaj im uczuć ich niższości. Jeśli dobrze życzysz dzieciom, dla ich dobra, wystrzegać się musisz wszelkich starć z kolegami.
Byłem najgorliwszy z wychowawców kolonji, nie mogło być inaczej. Ja byłem stęskniony do pracy wśród dzieci, gdy oni byli przesyceni. Z zadowoleniem tuliłem się do prostych warunków życia wiejskiego, gdy oni nie znajdowali uroku ani w słomą napchanych siennikach, ani w zsiadłem mleku.
Gdy chłopiec raz miał przykry wypadek, i wyniknął z tej racji spór z praczką, przeprałem pod studnią zawalaną koszulę i prześcieradło. Ale widziałem zmieszanie praczki, zakłopotanie gospodyni, zdumienie kolegów, na co z góry liczyłem. Gdyby to zrobił inny, możeby usłyszał pogardliwe:
— Bardzo dobrze. Niech wie, jak to smakuje. Zresztą to jego dzieciak.
Należy wystrzegać się obliczonych na efekt pięknych gestów. Jeśli w czynach, pozornie bardzo dodatnich, kryje się fałsz, drażnią silniej, niż słowa.
A już nigdy nie należy poczytywać za zasługę ani gorliwości, ani drobnych ulepszeń, wprowadzonych w ciągu pierwszych dni czy tygodni pracy na nowym terenie. Przeciwnie, gdyby było inaczej, jaknajgorzej świadczyłoby to o nowym pracowniku: on powinien być najgorliwszy i widzieć braki, które dla znużonego i nawykłego oka są już niedostrzegalne.

48. Mówiłem we wstępie, powtarzam i jeszcze raz z naciskiem powtórzę: wychowawca bywa i pielęgniarzem, nie wolno mu ani lekceważyć, ani wymawiać się z tego obowiązku: dziecko z moczeniem nocnem, dziecko wymiotujące, z ropiejącem uchem, dziecko które się zawalało, z wysypką na ciele czy na głowie, on musi wysadzić, umyć, opatrzyć. Musi to robić bez śladu obrzydzenia.
Niech robi co chce, niech się w tem ćwiczy w szpitalu, w przytułku dla rakowatych, w żłóbku dla niemowląt, ale musi się uodpornić.
Wychowawca dzieci ubogich musi prócz tego przyzwyczaić się do fizycznego brudu. Pudiculosa jest endemiczną chorobą dziatwy ubogiej całego świata, wychowawca musi od czasu do czasu znaleźć wesz na swej odzieży. O chorobie tej nie wolno mówić mu ani z oburzeniem, ani z obrzydzeniem, bo rodzice i rodzeństwo dzieci odnoszą się do tego zjawiska spokojnie i objektywnie, to też spokojnie i objektywnie należy dbać o czystość dzieci.
Wychowawca, którego o mdłości przyprawiają brudne nogi dzieci, który nie może znieść niemiłej woni, który na cały dzień traci spokój ducha, gdy, o zgrozo, wesz znalazł na palcie, niech czemprędzej idzie do sklepu, biura, gdzie chce, ale niech porzuci szkołę ludową, internat, bo niema bardziej poniżającej roli, jak ze wstrętem pracować na chleb.
— Nienawidzę brudu, a jestem dobrym wychowawcą, powiadasz wzruszając ramionami.
Kłamiesz: masz w ustach, w płucach, we krwi powietrze, w które nasmrodziły dzieci.
Od grzechu śmiertelnego, który może popełnić wychowawca, na szczęście raz na zawsze uwolniła mnie moja działalność lekarska. Dla mnie nie istnieje: „fe“. Może dlatego właśnie, moi wychowańcy lubią czystość.

49. Genialny entomolog francuski Favre, szczyci się, że poczynił epokowe obserwacje nad owadami, nie uśmierciwszy żadnego. Badał ich lot, ich zwyczaje, troski i radości. Przyglądał im się bacznie, gdy weseliły się w promieniach słońca, walczyły i ginęły w walce, poszukiwały pożywienia, budowały schroniska, robiły zapasy. Nie oburzał się; mądrym wzrokiem śledził potężne prawa natury w ich ledwo dostrzegalnych drgnieniach. Był nauczycielem ludowym. Badał gołem okiem.
Wychowawco, bądź Favre’em świata dziecięcego.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.