Komedjanci/Część IV/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Komedjanci
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1935
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część IV
Pobierz jako: Pobierz Cała część IV jako ePub Pobierz Cała część IV jako PDF Pobierz Cała część IV jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


Wacław od ożenienia swojego ani się ruszył z miłego zakątka, z gniazdeczka, które usłał z takiem staraniem dla siebie i Frani; ich dwoje wystarczali sobie, a Brzozosia, ksiądz wikary i kilku sąsiadów całe znajomości tworzyli grono. Człowiek bez ludzi obejść się nie może, ale niewielu dobranych wystarczają mu na życie całe, a im bardziej ściśnięte to kółko, im w mniejszem serce się obraca, tem silniej do niego przywiązuje.
Wysoko nie sięgał Wacław, ani chciał szukać w stosunkach zaspokojenia miłości własnej, pochlebienia swej dumie, której nie miał wcale; Frania także, do ciszy przywykła, nie rozumiała innego życia; utworzyli więc sobie byt najszczęśliwszy w zaczarowanym owym domku, w którym nic nie brakło, a każde marzenie urzeczywistniał dostatek. Brzozosi tylko gorzej tu było daleko niż w Wulce, do której często uciekała, nie miała swojego gospodarstwa, drobiu, nie mogła tak władać domem, próżnowała i nudziła się, wzdychając, żeby Pan Bóg dał prędzej dzieci, nad któremiby przewodzić, z któremiby się pieścić mogła. I Frania, i Wacław z nią często z pięknego salonu uciekali do skromnej izdebki, przypominającej im pierwsze chwile poznania, rozkoszne dni spędzone w Wulce ze starym ojcem. Nie wyczerpując szczęścia do dna, Wacław tak dzielił czas, że nigdy jeszcze złowroga nuda pod dach jego nie zajrzała. Frania miała swoje zajęcia: bawiła się książka, słuchała muzyki, którą Wacław tak lubił i tyle jej czasu poświęcał, chodziła około kwiatków i gospodarowała około domu. On miał fortepian, książki, interesa i sumienne spełnianie opieki nad garstką ludzi, zamieszkujących ziemię, którą posiadał.
Płynęły dni w Palniku niepostrzeżone, szybkie, krótkie, zatrważając niekiedy myślą, że tak z niemi przebieży życie. Brzozosia wzdychała, modliła się, czuła potrzebę pogderania, brak nowego żywiołu jakiegoś wśród tej jednostajnej ciszy, i znaleźć go jeszcze nie mogła.
W ten miły kącik jednego poranku wcisnął się nieproszonym gościem pan Moręgowski z mnóstwem pokłonów i uśmiechów, zdziwiony i onieśmielony prze-pychem, który tu zastał niespodziewanie. Jedno spojrzenie na Wacława nauczyło go, z kim ma do czynienia. Zaczął od koni, które miał na sprzedaż.
— Koni potrzebuję w istocie, — rzekł Wacław — ale że się na tem nie znam wcale, poleciłem ich kupno mojemu pomocnikowi i rządcy majątku.
Zbity z tropu Moręgowski powiedział, że się uda do plenipotenta, ale proszony siedzieć, usiadł i rozpoczął rozmowę. Między ludźmi, których nic nie wiąże, którzy nic z sobą wspólnego nie mają i nic mieć nie mogą, zwykle rozmowa bywa najuciążliwszą w święcie męczarnią, jeden z nich musi się poświęcić, a tu los naturalnie padł na gospodarza, zmuszonego wysłuchiwać dowcipnych opowiadań o procesach i administracjach, któremi żył pan Moręgowski. Chociaż często bardzo powtarzał swoje: „aby bez krzywdy ludzkiej“, z powieści tych jednak poznać było można człowieka, który się zbyt surowem nie powodował sumieniem. Wacław uczuł wstręt do tego jegomości, ale milczał przez grzeczność. Od słowa do słowa przyszło do Palnika i Wulki, wreszcie do Ciemiernej i pan Józefat zaczął ją nadzwyczaj wychwalać.
— Ot, tobyś pan zrobił interes złoty, gdybyś choć drogo mógł ją nabyć od stryja.
Wacław prostem jasnowidzeniem jakiemś postrzegł odrazu sidła, które mu zastawiono, przypomniał sobie, że Moręgowskiego widział kiedyś w Denderowie, że hrabia już mu o Ciemiernej napomykał, domyślił się intrygi i, uśmiechając, odpowiedział:
— Nic łatwiejszego, jak nabyć Ciemiernę, był o to już podobno zrobiony układ z nieboszczykiem teściem moim, ale że wypadnie mi wkrótce może cały klucz Denderowski okupić, nie widzę potrzeby się śpieszyć.
— Jakto, cały klucz? — zapytał szlachcic przestraszony i zdziwiony.
— Stryj mój chce go sprzedać, mam jego słowo. Zdaje mi się, że się wyniesie do Galicji.
Na to nic już nie mając do odpowiedzenia, pan Józefat wziął za czapkę i gospodarza pożegnał.
Nie mógł posądzić Wacława ani o umyślny fałsz, ani o podstęp żaden, bo, znając się na ludziach trochę, wyrozumiał jego prostotę; zwątpił więc o dawnym swoim protektorze i, nie zaglądając już do Denderowa, pojechał wprost do żony.
— Klapsit! — rzekł sobie w duchu. — Ratuje się, jak może, ale śmierdzi trupem pan hrabia. Gdyby tak jeszcze kilka lat administracji na jego majątku, człekby się mógł bez krzywdy ludzkiej pięknego dorobić fundusiku; ale to djabła warto, pewnie zaraz z licytacji sprzedadzą. I duża rzecz na moje ramiona.
Hrabia tymczasem, rachując na pana Józefata, powiedział sobie ze zwykłą przebiegłością swoją, że gdy zachwali przez niego Wacławowi Ciemiernę, a potem go zastraszy, że jej już sprzedać nie może, przyśpieszy układy o nabycie i jeszcze coś wytarguje. Wyczekawszy więc dzień i drugi, pchnął posłańca do Palnika z listem do synowca:
„Kochany Wacławie!
Wspominałem ci, zdaje mi się, o Ciemiernie, wioseczce między Wulką a Palnikiem położonej, o którą z nieodżałowanym rotmistrzem Kurdeszem jużeśmy byli się ułożyli. Boję się, żebyś mnie nie chwycił za słowo, gdyż w tych dniach wszedłem o tę wieś w umowę z panem Puciatyckim, który mi za nią daje wyżej dwóchkroć i trudnoby mi już było na dawne ze ś. p. Kurdeszem zagajone przystać warunki. Nie miej mi, proszę, tego za złe, a jeśliby ci Ciemierna była potrzebna, daj mi znać zaraz, możesz bowiem mieć pierwszeństwo. Chciej wierzyć i t. d.“
Wacław, odebrawszy ten list, zastanowił się nad nim, pomyślał chwilę i, jasno widząc, że w tem wszystkiem coś być musi, odpisał stryjowi, że się zupełnie wyrzeka myśli nabycia tej wioski i uwalnia go od słowa, danego Kurdeszowi.
Niecierpliwie wyglądał odpowiedzi pan hrabia, a gdy nadeszła, tak był pewien wygranej, że list rozpieczętowując, świstać zaczął marsza zwycięskiego; stopniami czytając, usta mu się ścisnęły, wydęły, brew namarszczyła się i splunął w gniewie.
— Głupi! głupi! całkiem z rozumu obrany człowiek! Z takimi ludźmi nie wiedzieć jakich używać środków; uparty! zarozumiały! Niech i tak będzie... zobaczymy, kto pożałuje. Nie bierze Ciemiernej, no, to nic nie weźmie i będzie kwita!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.