Komedjanci/Część IV/XIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Komedjanci
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1935
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część IV
Pobierz jako: Pobierz Cała część IV jako ePub Pobierz Cała część IV jako PDF Pobierz Cała część IV jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


Gdy się ta burza gotuje na Denderów, życie w nim na włos się nie zmieniło, nie zmniejszyła wystawa; a dla zdaleka patrzących hrabia był zawsze owym wielkim panem, co dawał bale i gasił przepychem całe sąsiedztwo. Dla gości miał twarz wesołą, w salonie zdawał się miljonerem, mówił o groszu z pogardą i dalekie osnuwał projekta, jutra nie będąc pewien. Sąsiedzi, ciekawi poznać młodą hrabinę, zjeżdżali się tłumnie, pokazywano im ją niekiedy, ale z niezmierną sztuką i staraniem, żeby się przed nimi z jej obłąkaniem nie wydać. Zwykle Sylwan szukał powodu, żeby nie być w salonie. Ewelinę wprowadzano w dobry humor, a gdy mówiła o mężu, wszystkim się zdawać mogło, że wspomina o Sylwanie. Zresztą Cesia i hrabina tak jej słowa tłumaczyły, że nikt w nich nie widział nic niezrozumiałego i nie domyślano się, co to szczęście kryło w sobie łez i przekleństw, strapień i goryczy. Młodzi ludzie zazdrościli Sylwanowi tak pięknej i bogatej żony; unoszono się nad jej wychowaniem i wybornym wielkiego świata układem: nikt nie posądził, że cały ten obraz był kłamany!
Sylwan grał komedję, jak drudzy: wstydził się, że został oszukanym i musiał szczęśliwego udawać, tak jak Cesia rozpowiadała, że dopiero się uczuła swobodna, gdy się Farureja pozbyła, tak jak stary hrabia kupował majątki.
Ale gdy się rozeszli z salonu, gdy oczy obcych nie ciężyły nad nimi, ileż to łez gorzkich wylało każde z nich, przeklinając los, gdy siebie tylko przeklinać było powinno! Żaden związek serdeczny nie łączył ich z sobą, żadne z nich nie podzieliło się wywnętrzeniem przed drugiem: każdy dźwigał swój ciężar samotnie. Sylwan, zobojętniały dla żony, którą gdy się nią chwalić nie było potrzeba, opuszczali wszyscy w jej pustych pokojach na górze, poruczając ją staraniu sług i jedynej towarzyszki, która jej nie odstępowała; Cesia chodziła czasem śmiać się z obłąkanej, potakiwać jej lub rozdrażniać ją; stary widywać jej nie chciał, matka niecierpiała. Mąż większą część czasu spędzał na zabawach w sąsiedztwie, na polowaniach, hulance, umizgach lub na sofie w swoim pokoju, drzemiąc i paląc cygaro.
Jedno o drugiem niewiele wiedziało i syn o sprawy ojca, ojciec się o czynności syna nie troszczył. Spotykali się zimno, rozstawali obojętnie, ani usiłując wybadać, co komu ciężyło, ani myśląc dopomóc. Ruina wisiała nad Denderowem, a Sylwan pojęcia nie miał, co im groziło. Wychowany w kłamstwie i fałszu, uwierzył, że był wielkim panem i żył stosownie do tego; trochę pieniędzy, zachwyconych u Hormeyera, zrobiły mu kredyt, ciągnął więc nim, nie frasując się o jutro.
Nadeszły nareszcie kontrakty. Hrabia rozmyślał długo, czy zachorować, czy nie, co robić? Nie chciało mu się leżeć w łóżku, nie pojechał więc, nie posłał nikogo i został w domu, urągając się burzy. Prawda, że dziś ciężko się było od niej wywinąć, bo niemal z jednym Słodkiewiczem pozostawało do czynienia: tak się bowiem uwinął, że prawie wszystkie hrabiowskie długi miał w kieszeni.
— Niechże pozywa, — rzekł sobie hrabia — kiedy wojna to wojna, wyrabiać się będę. Rok potrwa proces, mogę krzyczeć, zapłacę; przeciągnę i będzie mądry, jeśli za lat trzy licytacji doczeka się. A tymczasem i ho, ho! tymczasem osioł, król albo ja umrę!
Mówił to, ale znać było, że został przywiedziony do ostateczności: on, co dotąd kazał się prosić o przyjęcie pieniędzy, tak na nie polować umiał, teraz musiał uciekać się do wybiegów, pieniać po sądach i przyznać się prawie do niewypłacalności. Tłumaczył się, ale już nie tak gładko.
— Wielka rzecz podstępem kogo zgubić! Gdyby w banku angielskim zażądano razem brzęczącej monety za wszystkie jego weksle, musiałby zbankrutować! To spisek niegodny! Zresztą miło mi, że, prześladowany, czyste przynajmniej zachowałem sumienie!
To mówiąc, uderzał się w piersi z ruchem teatralnym. Interes ze Słodkiewiczem tę miał jeszcze dlań dobrą stronę, że, wymawiając się nim, mógł hrabia nie płacić nikomu.
— Gdyby nie ten człowiek, gdyby nie ten pieniacz, bądźcie panowie pewni, że zadośćbym uczynił zobowiązaniom: ten prześladowca zmusza mnie do zawieszenia wypłat; ale mu dowiodę fałszu, nielegalności i podstępu.
W takiej kaszy, której sobie nawarzył nieszczęśliwy Dendera, codzień krytyczniejszy widząc koniec, doczekał się powrotu barona Hormeyera. W nim był jeszcze ostatni promyk nadziei, słaby wprawdzie, ale jedyny: tonący się brzytwy chwyta. Z nim jeszcze, z obcym, grać było można swą rolę. Dendera powitał go smutny i wraz z przybyciem jego począł nadzwyczajnie być czułym dla synowej, której od kilku miesięcy nie widział. Ale baron, od osób ją otaczających dowiedziawszy się, jakie życie wiodła w domu męża, nie dał się uwieść pozorem troskliwości i przywiązania.
— Żyd musi mieć pieniądze, — rzekł sobie hrabia — mają klejnoty, srebra: niech zastawi, niech sprzeda; powinien nas ratować!
W kilka dni spotkali się oko w oko dwaj zapaśnicy: hrabia dumny i pewien siebie, baron chłodny i pokorny. Dendera zaczął od odmalowania mu prześladowania, którego padł ofiarą: zrobił z tego historyjkę tragiczną, umalował ją, powiększył i po półgodzinnej przemowie, wysłuchanej przez Hormeyera z cierpliwością przykładną, zakończył prośbą o ratunek: żądał tylko pół miljona.
Niemiec ani drgnął, ani się zadziwił, ani dał poznać po sobie, co odpowie: milczał, wahał się, nareszcie dobył z piersi głosu:
— Panie hrabio, — rzekł — małżeństwo syna pańskiego nie daje mu żadnego prawa do mojej kieszeni, zawarte w nieszczęśliwych okolicznościach, zerwać się musi. Córka moja nie znalazła ani w niem, ani w was serca i litości, jakąby zjednała nawet u obcych. Za cóż mi płacić każecie?
— Za imię, które nosicie! — z dumą, wspaniałości pełną, lakonicznie rzekł hrabia.
Baron ruszył ramionami.
— Nie staraliśmy się o ten honor i nie dobijaliśmy się o połączenie.
— Myślisz waćpan, — rozgrzewając się, rzekł hrabia — że ja nie wiem, kto wy jesteście?
Baron się rozśmiał posępnie.
— Doprawdy? — rzekł.
— Wiem wszystko! — wymówił hrabia.
— I wiesz pan zapewne, że jestem rodem z Lipska, że ojciec mój był jubilerem, że żona moja była córką bankiera, a córka jest wdową po księciu. Pozwalam panu rozgłosić to, gdy mu się podoba.
— A nacóżeście udawali to, czem nie jesteście?
— Byliśmy, czem jesteśmy, nic więcej; a w dodatku miło mi wyznać, żem najniższym pańskim sługą.
Baron ukłonił się i wyszedł, a Dendera nie miał już go czem gonić prócz przekleństwa.
Tegoż dnia Hormeyer kazał się przysposabiać ludziom swoim do podróży, a wiadomość ta silnie wstrzęsła całym Denderowem. Nie mówiąc już o stracie dochodów hrabiny Sylwanowej, szło o to, jak się przed ludźmi ze zniknienia jej wytłumaczyć!
Sylwana nie było w domu. Natychmiast kozak poleciał po niego z ustnem poleceniem, ażeby bez zwłoki się stawił, dla najpilniejszej sprawy. Nieprzywykły do posłuszeństwa czyjejkolwiek woli, młody hrabia na ten raz, jakby przeczuł potrzebę powrotu, siadł do powozu i pośpieszył do domu.
Zastał ojca, który, swoim obyczajem, po pierwszem wzruszeniu szukał już w głowie środków skorzystania z wypadku, który im groził.
— Słuchaj, Sylwanie, — zawołał w progu Dendera — nie mamy co skrywać przed sobą tego, co boli: potrzeba się naradzić i działać wspólnie. Baron Hormeyer wywozi twoją żonę.
— Niech ją wiezie! — obojętnie rzekł Sylwan. — A cóż mi to szkodzi?
— Co ty mówisz? Zrujnowaliśmy się na to ożenienie, które nam grosza nie dało: jeżeli jejmość ma ochotę umierać, a umrze pod naszemi prawami, weźmiesz po niej spadek legalny, siódmą i czwartą. Z siódmej się nie pożywisz, ale czwarta z klejnotów i sreber może nas podłatać. Oprócz tego, póki ona tu, mamy prawo do dochodów, a przyznam ci się, że tego potrzebujemy, bo źle jesteśmy w interesach.
— Źle w interesach? — spytał Sylwan. — Pierwszy raz to słyszę!
— Boś słyszeć i widzieć, i pomagać mi nie chciał nigdy — odparł hrabia.
— Nic nigdy nie miałem w ręku; przynajmniej, hrabio, mnie obwiniać nie możesz.
— Ale twoje ożenienie, twoje ożenienie!
— Kilka tysięcy dukatów nie rujnuje takiej jak nasza fortuny.
— Kilka tysięcy! śnisz, hrabio. Ale wróćmy do Hormeyera. Wyjeżdża, nie możemy wypuścić twojej żony, nie powinniśmy; wskazałem ci, dlaczego. Oprócz tego, co ludzie powiedzą? To być nie może. Musimy ją zatrzymać. Niech sobie baron jedzie do stu tysięcy... ale nie ona, nie ona.
Sylwan uderzony był praktycznym i innym poglądem ojca na skutki odjazdu i pierwszy może raz w życiu zgodził się na to, czego żądał. Wyszli więc oba do barona, który, nie zważając na nic, doglądał wyboru w drogę.
Milcząco, grzecznie przyjął ich Hormeyer, ale sam słowem nie zaczepił.
Hrabia naprzód wystąpił z oracją.
— Panie baronie, — rzekł — mówiłem i powtarzam to wraz z synem moim, że nie tamując swobody pańskiej i jego chęci podróżowania, synowej mojej na odjazd pozwolić nie możemy.
— Ja żony nie puszczę — dodał Sylwan.
— Chcesz, żeby tu pod nielitościwym, niegościnnym dachem waszym, opuszczona, zapomniana umarła — odezwał się baron głosem wzruszonym. — Jacyż ludzie jesteście, gdzie są serca wasze? Mieliścież litość nad nią? Nie dziwię się starszym, ale ty...
— Cóż pan chcesz, bym z warjatką siedział? — odparł Sylwan.
— Szanuj pan wolę Bożą, która mnie i ciebie dotknęła! Nie oszukiwaliśmy cię, nie pociągali, opieraliśmy się owszem, zezwolili niechętnie, któż mógł przewidzieć, jak się to smutnie skończy!
— A gdy się skończyło tak smutnie, — dodał hrabia — już tu nie czas płakać i rozczulać się. Sylwan nie puszcza jej jako żony i, choć koło niej nieodstępnie siedzieć nie może, mości baronie, zarzucić mu nie potrafisz braku serca. Właśnie, że ten widok go jątrzy i goryczą napawa, siedzieć przy niej nie może. Ale to mniejsza: inną ja mam kwestję jako ojciec familji, jako stróż ich przyszłości. Myśmy się podrujnowali na to ożenienie i zerwać go tak nie możemy, waćpan wywieziesz córkę, a my mamy zostać ze stratą, jakąśmy ponieśli?
Baron podniósł oczy od walizy, w której papiery jakieś układał, i smutny śmiech skrzywił mu usta.
— A! otóż jesteśmy na gładkiej drodze: trzeba się wam wykupić!
— Waćpan mnie dotykasz osobiście! — krzyknął hrabia. — Co to za mowa?
— Mowa jasna i zrozumiała, nic więcej: nazywam rzeczy po nazwisku; wpadliśmy w zasadzkę i okupu z nas chcecie, nieprawdaż?
— Zostaliśmy oszukani! — dumnie rzekł hrabia — zawiedzeni boleśnie, dotknięci!
— Naco słów tyle? Mówmy jaśniej, może się porozumiemy.
— Ja żony nie puszczę! — przechadzając się, dorzucił Sylwan, który ze znużenia poziewał.
— Nasze straty pieniężne są ogromne — począł hrabia. — Sylwan się zrujnował.
— Nie potrzeba było bogatych udawać! — gorzko się uśmiechając, zawołał baron.
— Zresztą, — zawołał hrabia — gdy kobiecie, nie mającej nazwiska ni stanu, uczciwe imię dajemy na okrycie jej przeszłości, mości baronie, to coś warto!
— O! przekupnie! przekupnie! Wszystko przedają, a mnie, żem klejnotami handlował, nazywacie Żydem! Czemże wy nie handlujecie? Wstydem, imieniem, sumieniem, spokojem!
Hrabia udał, że nie słyszy i nie rozumie, Sylwan mruczał swoje:
— Nie puszczę! Żona moja! Mam do tego prawo zupełne, wezwę pomocy legalnej, to żona moja!
Gdy się tak targują, a baron niespokojny przerzuca papiery swoje, boczne drzwi pokoju otwarły się i Ewelina wbiegła do ojca. Któżby się potrafił domyśleć, spojrzawszy na nią, że pod tą powierzchownością wesołą, dziecinną, świeżuchną, kryła się boleść tak głęboka, spowita szałem niewyleczonym. Jakże jej było ślicznie po podróżnemu ubranej: w maleńkim czepeczku, z kluczykami u pasa, z kapelusikiem w ręku, wesołej, uśmiechnionej i żywo krzątającej się około pakunku. Hrabia i Sylwan spojrzeli na nią: ona ich przywitała jak obcych zdaleka.
— Nareszcie — odezwała się srebrnym głosikiem — nie będziemy państwu dłużej siedzieć załogą: jedziemy, jedziemy, a ja radabym, przyznam się, już tu nie być i na skrzydłach stąd odlecieć! Tak dawno go nie widziałam!
— My panią nie puścim — odezwał się niby grzecznie, na ojca spozierając, stary Dendera.
Ewelina wzięła to za żart i uśmiechnęła się tylko. Baronowi łza ciekła po twarzy, ale milczał.
— Ojcze! wszystko gotowe, jedziemy! Konie kazałam zaprzęgać, ja się tu duszę, powietrze tak ciężkie, tak mi tu obco, tak się czuję daleko od tego, za czem tęsknię!
— Pojedziemy, dziecko moje, za chwilę, ale zostaw nas samych: mamy ważne sprawy.
Ewelina spojrzała po twarzach wszystkich, posmutniała i zbliżyła się do drzwi. Sylwan spróbował się zbliżyć do niej.
— A pan — spytała go pocichu — czy jedziesz z nami do swego brata księcia?
— Ja? Nie wiem.
— Zostajesz tu! a! umrzesz: tu tak nudno! Jedź z nami! jedź z nami!
— Ewelku! serce, zostaw nas, — niecierpliwie zawołał baron — każ pakować, każ zaprzęgać, bądź gotowa: za chwilę cię zabieram. Jedziemy.
Z podskokiem, obejrzawszy raz jeszcze całe towarzystwo rzutem oka, pełnem napozór przebiegłości, baronówna, uśmiechnąwszy się, znikła, drzwi zamykając za sobą.
— I nad nią, nad tym aniołem ze złamanemi skrzydłami, nie mieli litości — szepnął baron. — O! zbójcy! — Obrócił się do hrabiego. — Rozpoczęliśmy targ, kończmyż go, — rzekł zimno — wieleście panowie stracili? Co kosztuje honor noszenia imienia waszego? ile za mieszkanie? co za jedzenie? wiele za doznany zawód? Zapłacę rachunek!
Dendera podumał.
— Mości panie, — rzekł — to są wyrazy, które zmyć będzie krwią potrzeba!
— Czem się panu hrabiemu podoba! O tem potem, a teraz, odjeżdżając, proszę o rachunek!
Hrabia się mieszał.
— To nie jest sposób traktowania z takim ludźmi, jak my! — zawołał. — Sylwan, jako teścia, szanować cię musi; ja, gospodarz domu, gościa w tobie widzę: inaczej, panie baronie!...
— Gościa! Z prawdziwie słowiańską przyjęliście mnie gościnnością — odezwał się baron, ciągle układając papiery. — Ale mnie czas jechać!
— Moja żona nie pojedzie, choćbym miał użyć w pomoc władzy sądowej.
— Nieradbym robić zgorszenia i przykrej awantury, — dodał hrabia — ale przestrzegam barona, że posłałem po urzędnika i protestować będzie.
— Mości panowie, — zniecierpliwiony wykrzyknął Hormeyer — ja nie mam czasu grać z wami scen jakichś: rozumiem, do czego to zmierza; rozpoczęliście targ, dobijcie go. Co chcecie? krótko i prędko!
— W ten sposób honor mój traktować nie dozwala! — rzekł hrabia. — Waćpan mnie obrażasz co chwila!
Baron się zżymnął.
— Panie hrabio, — rzekł, rozwijając papier — oto jest mój list rekomendacyjny do poselstwa naszego i do konsulów. Widzisz pan, jak silnie przemawiają za mną. Jesteśmy o mil kilka od jednego z reprezentantów mojego monarchy: odezwę się do niego i wyjadę, kiedy zechcę i jak zechcę. Jeśli się targuję z wami, to z dobrej woli mojej, aby na biedne moje dziecię ukochane nikt nie śmiał narzekać.
Dwaj hrabiowie spojrzeli po sobie. Sylwan, na dany przez ojca znak, wyszedł do drugiego pokoju.
— Mów pan, mów, a żywo! Ile chcesz za hrabiostwo swoje, ile za doznany zawód, ile za koszta starań i wesela: dam, co będę mógł; zapłacę, panie hrabio, zapłacę.
— Straty moje są ogromne! — zawołał hrabia.
— Wszystko się porachować daje.
— Sylwan na tę podróż nieszczęsną kilka tysięcy dukatów puścił.
Baron ramionami ruszył, widząc, że do końca nie dojdą: tupnął nogą zniecierpliwiony i rzekł:
— Mów pan, ile chcesz, żebyś nas wypuścił? Mów, ile chcesz?
Hrabia, nie robiąc już ceremonji, namyślał się tylko.
Z ujmą było dla niego zażądać za wiele i ustąpić, obawiał się stracić znowu, jeśliby baron wyżej taksował swój okup: wielka ogarniała go niepewność.
— Panie baronie, — rzekł czulej, chcąc inaczej zakończyć — czyżbyśmy tak, my, my, których dzieci połączyły się najświętszym węzłem, mówić z sobą powinni?
Hormeyer ruszył ramionami.
— A! srogo i ciężko mnie pan sądzisz, — dodał hrabia — zniosłem od niego i przebaczam rozranionemu ojcowskiemu sercu, czegobym nie zniósł i nie przebaczył nikomu. Podajmy sobie dłonie.
Baron ukłonił się, ale cofnął rękę.
— Niegodzien jestem tego zaszczytu — rzekł szydersko.
— Jabym powinien się żalić i gniewać, nie pan, — mówił hrabia — opamiętaj się pan, rozstańmy się w zgodzie.
— Mówmy o rzeczy — przerwał baron zniecierpliwiony.
— Za kogóż mnie pan masz? — wykrzyknął Dendera — za przekupnia, co wszystkiem frymarczy? Widzisz sam straty i zawody, staraj się je nagrodzić. Ja nic nie wymagam nad to, co święte i sprawiedliwe.
Hormeyer śmiał się przykro i boleśnie: dobył z kieszeni surduta przygotowany pęczek papierów i w milczeniu oddał go hrabiemu, który, przyjmując, nie spojrzał nań. Listy do posła i konsulów poskutkowały widocznie.
W jednem mgnieniu oka na głos dzwonka wbiegli służący barona, przyszła uradowana Ewelina, a ojciec, ująwszy ją pod rękę, w milczeniu, nikomu nie kiwnąwszy głową, poprowadził ją do powozu.
Sylwan spoglądał na ojca, który dał mu znak, żeby milczał. Poszli za odjeżdżającymi aż do ganku, nie mówiąc słowa: powozy już były gotowe. Baron posadził córkę, sam usiadł obok niej i konie ruszyły z dziedzińca denderowskiego pałacu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.