Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom drugi/XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom drugi
Pobierz jako: Pobierz Cały tom drugi jako ePub Pobierz Cały tom drugi jako PDF Pobierz Cały tom drugi jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XI.

Przez cały ten dzień jednakże, i w ciągu traktowania o uwięzionych, szwedzi z dział nie dawali ognia, Jasna-Góra milczała, wojsko krzątało się, przybliżało, najgrawało i żywym łańcuchem obejmowało oblężonych. Kto wie czy stan ten zawieszenia niebezpieczeństwa, choć krwi oszczędzał, nie był cięższy do zniesienia od saméj walki dni poprzedzających? Potrzeba było milczeć słuchając obelg, patrząc na postępy szweda, który górę zajmował, rozsypywał się po niéj, oblegał zewsząd fossy, upatrywał miejsc słabszych i jątrzył załogę, łajaniem, szyderstwem, rzucaniem kamieni i wystrzałami ręcznéj broni.
Pan Czarniecki uciekł z murów, bo nie mógł znieść tego widoku, Zamojski chodził z zaciętemi usty, obłąkany prawie od gniewu; załoga nawet i mnisi, czuli w sobie niepodobną do powstrzymania ochotę do boju...
Widok szubienicy, o któréj przeznaczeniu wiedziano, jeszcze bardziéj rozjątrzył wszystkich i wzmógł oburzenie; ale wnet dano znać z miasteczka, że odłożono spełnienie dekretu i poseł przybył żądając znów zdania się twierdzy.
Kordecki samém tém naleganiem i postrachami coraz mocniéj przekonany, że zdobyć jéj siłą nie mogą, gdy tak kołaczą o traktaty nieustannie; odpowiedział jak wyżéj wspomniano, zawsze jedną śpiewką:
— Oddajcie nam wprzód posłów, potém zobaczemy.
Odłożenie spełnienia wyroku i poruszenie polaków, o którem zaraz w twierdzy wiedziano, dodało otuchy, okazując, że xiądz Małachowski z Błeszyńskim bezpieczni są przynajmniéj od śmierci.
Pozostawało więc mieć się na ciągłéj baczności, pilnować, stać, i czekać.
Z południa, pan Czarniecki, który do ścian izby przywykły nie był, ale i na murach bezczynny pozostać nie umiał, wyszedł jak mówił, trochę się przewietrzyć, a że go cóś ciągnęło ku szwedom, powoli z bratem xiędzem Ludwikiem rozmawiając, wstąpił na mur. Ale zaledwie tu wstąpił, aż się wzdrygnął; bo prawie pod samemi fossy i murami zwijała się gawiedź ze strzelbami i coraz to się który przymierzył do załogi jak do wróbla... lub kamieniem w łeb na zakonnika cisnął.
Kilku ciurów polskich, wychowańców kirchy, śpiewali pieśni heretyckie, najgrawając się kościołowi i obrazowi; głosy ich dochodziły do murów. Pijany jeden wreszcie żołdak podszedł aż pod samą basztę, u któréj stał Czarniecki, zmierzył do niego i wypalił, kula swisnęła mimo ucha panu Piotrowi; ale w téjże chwili prawie rozjątrzeni częstochowscy, na całéj linij dali z dział ognia i szwedzkie ciury jak muchy zjadłe spłoszone, chmurą rozsypali się po górze całéj.
Kordecki z Zamojskim na odgłos ten wybiegli.
— Co to jest! wszak rozejm! — zawołał przeor, — na Boga! — co robicie?
— Ha! rozejm, — krzyknął puszkarz polak, — a psia wiara sami poczęli, bo jeden strzelił do pana Piotra Czarnieckiego, juściż nie damy się im zabijać bezkarnie.
Nie było rady: pan Piotr zagrzany już się zwijał po swojemu, i jak tylko z jednéj strony dano ognia, zewsząd na znak ten odezwały się działa niecierpliwe, smigownice i organki na murach. Potrzeba było naówczas widzieć szwedów, jak kilkodniowém milczeniem twierdzy oswojeni, nagle przepłoszeni teraz, cofali się i śpiesznie do stóp góry uchodzili. Trąby zwoływały zbiegów; ładu i porządku nie było w popłochu, a kule Częstochowian jakby spoczynkiem, sił nabrały nowych, miotły żołnierza, wywracały budy, i jedna z nich strzaskała szubienicę świeżo wystawioną. Inne waliły w ludzi spędzonych do sypania szańców i redut, w nieszczęśliwych górników i bliżéj stojącą piechotę szwedzką.
Miller w początku rozjadł się jak zwyczajnie, gdy ogień usłyszał, chciał zaraz wieszać mnichów; ale też polacy siedli na koń zbrojni, jak gdyby znaku tego tylko czekali. W obozie wrzawa, gwar, bieganina, klątwy i niepojęte zamieszanie. Szwedzi śpiesznie się cofali do dawnego obozu, a kule za niemi: tu namiot upadnie, tam szereg ludzi rozsypie się wylękły i nie cały powróci do porządku, tam działo nacelowane, strzaskane drzewa obalą i ziemia zasunie mu paszczę. Trwało to długą chwilę.
Czarniecki zwijał się jak ryba w wodzie, wesół, rad, ochoczy; Zamojski wstrzymywał więcéj przekonaniem niż uczuciem, przeor milczał. Nareszcie gdy się góra oczyściła, ustał ogień za danym przez Kordeckiego znakiem i do przednich czat wysłano gońca z kartką do Millera, tłumaczącą mu kto spokoju zerwanego był przyczyną.
— „Więzicie posłów, — pisał przełożony, — rozejmy zrywacie zdradą, podkradacie się pod mury na ufnych wam a prawych nieprzyjaciół; możem że w takim stanie rzeczy traktować z wami? Co ręczy za dochowanie warunków, gdy wszystko co zwyczaj i prawo uświęciło, depczecie? Traktuje się z dotrzymującym po rycersku, danego słowa, nieprzyjacielem, nie z takim, który gorzéj tatara, wszystkie umowy gwałci.“
Zmarszczył się Miller na niegrzeczne pismo, posłał wyśledzić kto strzelał, przyprowadzono mu opiłego rajtara, kazano go ukarać i na tém się skończyło dnia tego. Ale Miller poznawać zaczynał, że postępowanie jego złe przynosiło owoce; mnisi zyskali na oczyszczeniu góry z dokuczliwych natrętów, bo szwedzi pierzchnęli w dolinę, całą następną noc w strachu napaści i pilném czuwaniu pędząc. Późno w noc generał namyślał się i radził, już do rady nie wzywając niefortunnego Wejharda; działa burzące z Krakowa nie nadchodziły, polowe nie wielką były mu pomocą, traktowanie i groźby na mało się dotąd zdały; potrzeba było więc innych chwytać się środków.
Nie było już mowy o wieszaniu; a Sadowski korzystając z usposobienia Millera, z niepewności w jakiéj zostawał, poddał mysi uwolnienia zakonników.
— Więcéj ich tém sobie zjednacie, — rzekł, — niżeli ustraszycie groźbą. Strach to i obawa szwedzkiego okrucieństwa jest największą przeszkodą do poddania się; obawiają się nieprzyjaciela, pokażcie im sprzymierzeńca, obchodźcie się z niemi ludzko, a zmienicie ich; wówczas załoga i zakonnicy nie potrafią się opierać.
Xiąże Hesski był tegoż zdania, ale Wejhard, który przyszedł nieproszony na radę, bardzo się sprzeciwił wnioskowi; szczęście, że Wejharda pomysły już bardzo były podejrzane Millerowi, i jeszcze go więcéj skłoniło to, na przekor hrabiemu dla umartwienia, postąpić przeciw jego myśli. Stanęło więc znowu na tém, i Miller przyzwalał, żeby zakonników uwolnić.
Wejhard tylko zakrzyknął.
— Generale, gubicie najlepszą sprawę!
— O radę już was nie proszę, — odparł szwed dumnie, — dość jéj słuchałem.
Wrzeszczewic odszedł niby rozgniewany, — ale wysłał Kalińskiego na zwiady i do rady; a nie mogąc sam, działał przez niego.
Xiądz Błeszyński i Małachowski siedzieli na suchym pniaku wśród gawiedzi, która im nie dawała się modlić, i wzajemnie się przed sobą zrana wyspowiadawszy, czekali śmierci, któréj pewni byli. Zaproszeni do stołu, wzięli to za rodzaj szyderstwa i niemniéj wyglądali spełnienia dekretu. Żołnierz szwedzki, w którym starego rycerskiego ducha nie było, który uczuć nie umiał wielkości tych ludzi, w prostocie gotowych na męczeństwo, idących skromnie jak dzieci na śmierć bezczesną, — chodził w koło nich naumyślnie śpiewając, popychając jednego, to drugiego, podnosząc im blizko twarzy dymiące głównie, niby dla ogrzania, targając za kaptury, by odsłonić nagie głowy, szarpiąc za szkaplerze, i nieustannie ich niepokojąc. Oni to wszystko znosili w milczeniu, z krwią zimną i rezygnacją bohatyrów Chrystusowych.
W tém zbliżył się Sadowski, z wesołą twarzą, kręcąc wąsa.
Myśleli, że miał rozkaz prowadzić ich na śmierć: wstali, spójrzeli na klasztor, jakby go żegnali i ojciec Błeszyński ukląkł.
— Miło mi, — odezwał się po polsku Sadowski, — zwiastować wam dobrą nowinę.
— Nie szydźcie z nas, — zawołał Małachowski żywo, — nie godzi się to mężom rycerskim, weźcie życie, ale nie dręczcie ducha, to męka gorsza śmierci.
— Nie szydzę nigdy, — rzekł Sadowski łagodnie, — alem przyszedł istotnie zwiastować wam, żeście wolni.
— Wolni! — powtórzyli oba z niedowierzaniem i zdumieniem, — a potém z żywą radością, i ojciec Małachowski zbliżył się szybko ku zwiastunowi dobréj nowiny.
— Jakto! —
— Tak jest, — generał Miller wybacza wam upor i szyderskie traktowanie wasze, które było jakby dziecinną igraszką; idźcie i powiedźcie Kordeckiemu, niech się podda. Te słowa polecił mi wam od niego zwiastować; — oprzeć się nie możecie, na cóż rozjątrzać silniejszego nieprzyjaciela?
Ale zaledwie im oswobodzenie ogłosił, już go tak jak nie słuchali ojcowie, oba zabierali się iść co żywiéj do klasztoru, aby ich jeszcze nie podchwycono, lub nie zmieniono rozkazu. Małachowski tylko pożegnał ukłonem Sadowskiego i oba podniosłszy habitów, wziąwszy kije w ręce, odżyli i śpiesznie puścili się do Jasnéj Góry.
Wojsko przeprowadzało ich ciekawemi oczyma.
Uszedłszy kilkaset kroków, spotkali strzaskaną szubienice, która dla ich męczeństwa zgotowana była, i każdy z nich wziął drzazgę na pamiątkę uniknionéj niemal cudownie śmierci. Już i z murów widziała częstochowska załoga idących, xięży i głośny, wesoły okrzyk, rozległ się na blankach, a zdala widać było Kordeckiego, którego wyciągnione ręce zdawały się błogosławić i witać.
Brat Paweł płakał stojąc z kluczami u furty; rzucił on habit, który łatał, (gdyż to było zwykłe wolnych chwil jego zajęcie — cały klasztor obszywał modląc się w swojéj izdebce); — upadł na ziemię gdy ich zobaczył, ucałował ojców suknie i ściskając prowadził do klasztoru w uniesieniu i zapale niepohamowanym. Tu ich przyjęto jak męczenników i bohaterów.
O! piękna to była chwila, gdy po przecierpianych boleściach, oklask poczciwych powitał zwyciężców, i musiało w nich zadrżeć serce ludzkie, choćby nie biło światu i dumie, bo w oklasku tłumu, był głos Boży!
Mylą się ludzie, lecz lud się nie myli; on nic nie wie, dowieść swojego wstrętu i swéj miłości nie może, ale gdy kogo kocha, kiedy się kim brzydzi, głos Boży jest w tym pociągu lub wstręcie.
Łzami witano zakonników, którzy się pokornie zakłopotani wymawiali jak mogli od téj owacji; zwycięztwo ich, wytrwałość, męztwo, gotowość na śmierć, była przykładem i podnietą dla oblężonych, Przeor przyjął ich jak ojciec i brat dziękując Bogu, że mógł powitać żywych z koroną męczeństwa.
Nie mówcie mi nic, — rzekł na wstępie, — wiem że potęga szwedzka jeszcze na was wrażenie czyni, że będziecie mnie skłaniać do poddania; zostawcie to Bracławskiemu staroście i jemu podobnym; a razem pójdźmy przed ołtarz naszéj Orędowniczki.
To była zawsze piérwsza i ostatnia myśl Kordeckiego: — Módlcie się by prosić, módlcie by dziękować, módlcie, gdyście cierpieli i gdy cierpicie, módlcie się, wierzcie a pracujcie!!!
Nim doszli do kaplicy, co zapytań, co ciekawych badań wycierpieć musieli zakonnicy o Millerze, o wojsku, o obozie.
Próżno przeor natrętnych odpychał:
— To potém, to potém, wprzód się potrzeba pokłonić gospodyni naszéj.
Zaśpiewano więc litanję loretańską...
Dzisiejsza pobożność uśmiécha się podobno z litością nad tą formą religijnego uniesienia, którą tak lubili ojcowie nasi; piękna to przecież modlitwa! Z jak szczerym zapałem wyrywały się z duszy te urywane wykrzyki, te pochwalne słowa, któremi strojono obraz Bogarodzicy.
Po odśpiewaniu lilanji, zaprowadzono przybyłych do refektarza, gdzie za niemi ślachta hurmem się zaraz wciskać poczęła; wszyscy ciekawi byli historji dwóch zakonników, ciekawi poznać z ich ust bliżéj, Millera obóz szwedzki i polski, siły ich i rolę, jaką tam grali rodacy obłąkani, niby na uwięzi przyprowadzeni niewolnicy, co się bić nie śmieli, a na bój z braćmi patrzali suchem okiem i nieczynną dłonią.
Dwaj xięża przejęci potęgą nieprzyjaciela, mimowolnie ją malowali, i marszczył się Zamojski widząc jak powoli wielkie czyni wrażenie opowiadanie ich, na przytomnych. Przeor to także postrzegłszy, ujął za rękę ojca Małachowskiego i rzekł z cicha: —
— Dajcie już pokój potędze szwedzkiéj, a idźcie spocząć!
I tak z głodną ciekawością nie wiele zaspokojoną urywkowemi kilką słowy, rozeszli się wszyscy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.