Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom piérwszy/X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom piérwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom piérwszy jako ePub Pobierz Cały tom piérwszy jako PDF Pobierz Cały tom piérwszy jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
X.

Tymczasem do klasztoru tulił się kto mógł pod opiekę Najświętszéj Panny Królowéj; okolica wyludniała się przed Szwedami, ślachta płynęła tłumnie na Jasną-Górę, a brama otwierała się na każde wezwanie przed wylęknionemi zbiegami. Mieszczono ich jak było można; podwórce wszystkie zawalały wozy, konie i lud mnogi. Codziennie przybiegali posłańcy z najdziwniejszemi nowinami do klasztoru, a Przeor o każdym kroku Millera był uwiadomiony, i choć siły szwedzkie przesadzano, on się ich wcale nie lękał. Przyjaźni klasztorowi sąsiedzi nadsyłali śpiesząc i korzystając z chwili wolnéj; zapasy żywności ogromne, broń i ludzi; jeden kasztelan Warszycki dwanaście sporych dział dostarczył, które w samą porę nadciągnęły.
Xięża jakkolwiek wszyscy jednomyślnie postanowili się bronić, w miarę zbliżania się niebezpieczeństwa, widząc postrach ślachty, która się tu zbiegała, owiani bojaźnią powszechną, wyraźnie tracili serce. Kordecki z litością spoglądał na przerażonych, bo w jego duszy niepostało zwątpienie; owszem w miarę jak się groźne zbliżały tłumy, nabierał ducha, ożywiał się i zdawał w dwójnasób nabywać powagi wodza i przezorności dowódzcy. Dnie całe spędzał w podwórcu i na murach, noce na modlitwie i czujnéj straży, ciągle czynny, zawsze wesół i pogodnéj twarzy, niósł z sobą ufność, rozsiewał spokój, pocieszał i wskazując nieustannie na niebo, podnosząc myśli do cudu, kazał weń ufać i wierzyć.
Modlitwa była jego wielką zbroją bojową i nią jak żelazem obwarowywał piersi słabszych, dźwigając umysły, rozgrzéwając serca; od ziemskich trosk wiodąc je do śmiałego wejrzenia na przyszłość pogodną. Zimna rachuba nie miała do niego przystępu, olbrzymiemi rozmiary, posiłki niebieskie i potęgę zapału, natchnienia, wiary, oceniał; gdzie mu czego zabrakło, dopełniał niemi.
Mimowolnie widok jego ufności i wytrwania, przeważny wpływ wywierał nawet na najsłabszych; gdy się oddalił, szemrano i stękano może, obawiano się i przepowiadano zgubę, lecz zaledwie się ukazał — przemówił, odezwał, uśmiéchnął, bojaźń jak mgła rozpierzchała się cudownie, wstępowało w serca męztwo i nadzieja.
Korzystano w klasztorze z chwili swobodnéj jeszcze, by się potężniéj obwarować i przygotować do boju; ruch był nieustanny dniem i nocą; lecz wśród tych zajęć Paulini nie opuszczali żadnéj z modlitw, do których byli obowiązani, i chór północny i jutrznie z największą odbywały się ścisłością.
— Módlmy się, powtarzał przeor, żołnierz ostrzy broń przed walką, my zaostrzajmy ducha, który jest bronią naszą, módlmy się i czuwajmy.
Przypomnijmy tu, że zakon Paulinów, nazwany od świętego Pawła piérwszego pustelnika, choć z czasem upłynionym od założenia jego w wieku XIII, nieco w zachowaniu ścisłéj reguły pierwotnéj, mógł zwolnieć, był jednak jednym z najostrzejszych. Przypominanie nieustanne ostatniéj godziny śmierci, było jednym ze środków, których reguła dla podniesienia ducha w zakonie użyła. Ta myśl śmierci panowała całemu życiu zakonnika; niektóre klasztory na szkaplerzu białym nosiły nawet znamię śmierci — wyszytą głowę trupią, czego jednak w Polsce nie zachowywano, ale to godło znikomości powtarzało się często w kościele i klasztorze i uderzało oczy co chwila. Ostre posty, włosiennice, praca ręczna pustelników niegdyś, dziś zakonników już tylko, przygotowywały nieustannie do zgonu. W refektarzu pod wielkim krzyżem, który zajmował główną ścianę naprzeciw stołu przeora, leżała trupia głowa, którą wszyscy bracia całowali nim do stołu zasiedli; a lektor pobłogosławiwszy stół, kończył słowy:
— Pamiętajcie na godzinę śmierci, a nigdy niedopuścicie się złego.
W każdéj celi stało na klęczniku pod krucyfixem to przypomnienie śmierci. Gdy przyjmowano professów do zakonu, na uroczystych obłoczynach, kładziono go w pokrytą całunem trumnę, a chór zakonników śpiewał nad nim:
— Panie, nie pomnij grzechów jego, w godzinie strasznego sądu...
I przerażające De profundis dzieliło go na wieki od świata, przenosiło w to pośrednie stanowisko, swobody i zrzeczenia się siebie, na którem żywot cały, był tylko przygotowaniem się do śmierci.
Potém z kolei przychodzili wszyscy bracia przed trumnę nowego zakonnika, i kropiąc go wodą święconą, wołali mu:
— Bracie — umarłeś światu, żyjesz Bogu!
W ostatku śpiéwano: Libera i modlono się jak za umarłego: Panie nakłoń uszy Twoje...
Ze skrzyżowanemi na piersiach rękoma, powstawał z trumny zakonnik, nowym rzec można człowiekiem, bo wielka, straszna, niepojęta jest siła modlitwy!
Zakonnicy i w XVII wieku jeszcze od głównych przepisów reguły S. Augustyna nie byli wolni; modlitwy nocne, włosiennice i paski, dyscypliny, posty, spowiadanie chorych, grzebanie umarłych, nieustannie wprawiały ich w to zaparcie się ciała, które jest najpiękniejszém zwycięztwem na ziemi, bo ze wszystkich najtrudniejszém. Kordecki pilnujący reguły ze ścisłością, którą przechodził wszystkich poprzedników swoich, od czasu jak stał po dwakroć na czele zgromadzenia, podniósł go na duchu i umocnił w poświęceniu. Natchniony jak ci wielcy mężowie, co piérwsi byli założycielami zgromadzeń pustelniczych i zakonnych, owiany pobożnością, wyzuty rzec można z ciała, które podbił duszy, ani sobie ani drugim nie przebaczał. Ale surowość jego była ojcowską i łagodną, nikogo miléj i serdeczniéj nad niego nie słuchano; bo proroczém wejrzeniem zawrze zajrzał w głąb człowieka i uczucie a myśl skłonniejsze ku światu, wnet jak czujny ogrodnik gałąź pochyloną, czujną podnosił ręką.
W miarę jak się zbliżali Szwedzi, szły razem z zapałem i pospiechem dopełniane przygotowania obrony, wspierane gorącą modlitwą. Długie godziny pobożnego zachwytu, usposabiały ludzi do poświęceń, wznosiły ich ponad ziemię i marne rachuby zacierały w ich oczach. Wszystko potężniało i rosło w ołzawioném wejrzeniu pobożnych... a strach odlatywał jak dym wlokąc się po ziemi. Pomimo tego potrzeba było największéj pilności, czuwania i pracy nieustannéj, by utrzymać męztwo, trzódce zebranéj bojaźnią, spędzonéj postrachem; ślachta, mieszczanie, przybylcy sieli popłoch co godzina nowy, a przeor codziennie chwast ten z serc wyrywać musiał.
We Środę, dnia siedmnastego Listopada ku wieczorowi, pomimo że klasztor już był zbiegami napełniony, usłyszano pukanie do bramy. I xiądz Piotr Lassota z polecenia przeora dodany furtjanowi do straży wrot piérwszych, otworzyć kazał wzywającym przytułku.
Maleńki wózek ukazał się na moście, szedł przodem przed nim ksiądz Hiacynt Rudnicki wracający z Wielunia i nieprzyjacielskiego obozu, za nim Michał Chlebowski z tegoż klasztoru wysłany; a na wózku jechał Jan Lassota z wnuczką Hanną... Na koniach jego spędzonych i bokami robiących, znać było pospiesznie przebytą niemałą drogę.
Zakonnicy powitali się uroczystém: Memento mori, westchnieniem i kilką słowami, a xiądz Piotr Lassota pobladł, ujrzawszy brata i jego wnuczkę, których się najmniéj niespodziewał. Oczom swoim zdawał się niewierzyć, żywo przybiegł do wózka i więcéj okazywał przestrachu niż radości ; ścisnął rękę pana Jana, pocałował dziewczę w czoło i załamując dłonie zawołał.
— A! i ty tu bracie! jakim-że losem! jakim-że trafem!
— Opowiem ci, co mnie tu zagnało, lecz wprzódy daj mi kątek, bym spoczął trochę, czuję się złamany drogą, wiesz moje cierpienia, miarkuj jak mi ich przybyło, w wilgotną porę, niewygodnie jadąc dniem i nocą, dla ocalenia tego dziecięcia.
Xiądz Piotr chciał cóś mówić, ale zbladła twarz brata, jego lice schorzałe, niedozwoliło mu; Hanna wołała szybko:
— Kochany xięże Pietrze, daj kątek dziaduniowi, biedny ledwie się tu przywlókł, jęczał całą drogę...
Oniemiały, zamyślony, pośpieszył przodem xiądz Piotr zapomniawszy bramy i straży, prowadząc wózek brata, i w odległym dziedzińcu, w wielkiem skrzydle zabudowań klasztornych, wychodzącém ku murom okolnym, wskazał izdebkę, wśród mnóstwa już przez ślachtę pozajmowanych mieszkań. Gdy z pomocą ludzi paralityka złożono na słomie i piérwsze jego zaspokojono potrzeby, dwie łzy puściły się z oczów zamyślonemu kapłanowi.
— Czego płaczesz? spytał go Jan, wszakże i my tu bezpieczni pod opieką Matki Bożéj?
— Wiesz-że gdzie jesteś, odparł xiądz Lassota, oto — pod jednym dachem z tym, któremuś nie przebaczył.
— Jakto? schwycił się Jan porywając na nogi i opierając o ścianę, jak to? Krzysztoporski tutaj? ja z nim?... Puszczajcie mnie! wolę wpaść w niewolę szweda.... I podniósł się cały drżący, a Hanna objęła go rękami zachodząc się od płaczu.
— Uspokój się bracie, nic on ci tu uczynić złego nie może! lecz musiałem wcześnie oznajmić ci, że go znajdziesz...
— Krzysztoporski tu! Krzysztoporski tu! ja z nim! powtarzał Jan Lassota, rozdziérając na sobie odzienie — puszczajcie mnie — puszczajcie, pojadę dziś, zaraz, zostać tu niemogę...
— Na Boga, uspokój się bracie, zawołał xiadz Lassota powolniéj, chciałem byś od razu połknął tę gorycz, i przeniósł ten cios po chrześcijańsku.
— I będę patrzał na niego, — na tego co mi wydarł wszystko, co zabił tych, których kochałem, — na wroga, na ciemiężcę mojego!
— Bracie, wszyscyśmy dzieci Chrystusowe...
— Ja tu nie pozostanę, zerwał się powtórnie z łoża starzec — nie, nie! niechcę, niemogę! jadę, Hanno prowadź mnie, jedźmy...
Gdy to mówił i wciąż silił się ruszyć z okiem zaiskrzoném, z usty drzącemi; — Przeor ukazał się we drzwiach z pogodném swojem obliczem.
— Kogoż to nam Bóg sprowadził? zapytał xiędza Lassotę.
To biedny brat mój, ojcze, rzekł xiądz Piotr...
— Dla czegoż chce jechać! cicho i łagodnie wymówił Kordecki, którego uszów doszły ostatnie słowa starca. Xiądz Piotr spuścił głowę i jak zwykle, zmięszany zarumienił się tylko, a ślachcic drżący i zburzony, podniósł głos zaraz.
— Proszę mnie wypuścić, rzekł nalegając do xiędza Kordeckiego; przybyłem tu niewiedząc, że z najsroższym wrogiem moim pod jedno schroniłem się skrzydło, z wrogiem co mi prześladowaniem odjął jedyne skarby moje: żonę, córkę... co nas nękał i chleba pozbawił, co i tu spokojności nie da — ojcze, każ mnie wypuścić...
— Moje dziecko, odezwał się przeor poważnie, tu niéma wrogów i nieprzyjaciół, tu są dzieci jednéj matki, nieszczęśliwi a mężni jéj obrońcy; nierozumiem cię...
— Mówcie za mną bracie, w najwyższém uniesieniu zawołał z rozpaczą starzec.
Przeor go przeżegnał.
Bóg z tobą, rzekł, Bóg z tobą, niegodzi się tak nienawidzieć, i tak mściwie i wstrętliwie na brata poglądać; uspokój się, uspokój... Wjechać tu wolno każdemu, lecz wynijść ztąd nikt nie może...
Bezsilny upadł Jan Lassota na słomę i począł miotać się, a Kordecki zbliżając do niego, rzekł, z uczuciem.
— Wiek, powinien cię był uczynić skłonniejszym do przebaczenia; pomiarkuj się, nikt ci tu pod opieką moją złego i przykrości najmniejszéj wyrządzić nie może. Niepytam nawet o imie prześladowcy, nie chcę go wiedzieć; lecz jam tu starszy, ja opiekun wszystkich, i niedam nic uczynić...
— Wypuście mnie, wypuście... powtarzał z rodzajem obłąkania Jan Lassota.
— Szwedzi nadchodzą, mógłbyś wpaść w ich ręce, ani wiesz czego żądasz w rozjątrzeniu i gniewie. Bóg z tobą! dodał znowu żegnając go Kordecki — zaufaj mi proszę, nikt tu ani słowem, ani ręką, ani wejrzeniem nawet cię nie dotknie.
— Ale ja będę patrzał na niego, a widok jego serce mi krwawić będzie!... wołał starzec.
Przeor nic już nie odpowiedział, szepnął kilka słów xiędzu Piotrowi Lassocie, zostawił go z bratem, a sam odszedł spiesznym krokiem do celi.
W korytarzach wielki był ścisk ślachty i zakonników, około xiędza Rudnickiego i Chlebowskiego, a po twarzach dopytujących znać było jakim przestrachem słowa przybyłych przejmowały. Kordecki szedł przeciw nim zachmurzony, a raczéj smutny, widząc taką słabość ducha w otaczających, lecz nie zachwiany tém wcale. Zbliżył się Rudnicki, chcąc mówić po ucałowaniu ręki przeora.
— Proszę do celi mojéj, rzekł Kordecki, i powiódł xięży za sobą; a tłum rozbiegł się po klasztorze niosąc nowy przestrach z sobą...
— Cóż mi powiecie? spytał przeor, czy odpisał nam Wejhard na list mój i Kasztelana?
Nie — rzekł profess z westchnieniem, wymówił tylko kilka słów szyderskich...
— Tegom się spodziewał, a Sadowski?
— Dał radę bezsilną, zwlekać, traktować i najlepsze tylko wytargować sobie warunki poddania.
— Poddania! powtórzył Kordecki z dziwnym wyrazem.
— Cóż mi pisze xiądz przeor z Wielunia?
— To zapewnie co i ustnie polecił mi powiedzieć, przerwał xiądz Chlebowski; widzieliśmy oczyma własnemi siły szwedzkie i najlepiéj o nich sądzić możemy, dziewięć z górą tysięcy ludu, dziewiętnaście dział wielkich, cały do nich przybór, żołnierz wytrawny, wodzowie dojrzali. Z Millerem idą, xiąże Hesski, Sadowski, Seweryn Kaliński, Wejhard i Zbrożek... Oprzeć się takiéj potędze niepodobna.
— Powiedz mi ojcze, spytał niewzruszony Kordecki, czy sądzisz, że jest co niepodobnego Bogu!
Na te słowa x. Chlebowski zamilkł i skłonił głowę.
— Cóż więcéj przynieśliście? rzekł przeor.
— Xiądz przeor Wieluński usilnie was prosi, abyście z drobnemi siłami waszemi, nie narażali świętego miejsca na zniszczenie, oporem bezskutecznym; piérwszego nawet impetu Szwedów klasztor znieść nie jest w stanie. Kraj cały już się im poddał, niepozostaje nam jak tylko, wyprosić sobie co najlepsze punkta i przyjąć załogę.
— O punkta zawsze czas się będzie układać, odpowiedział Kordecki — lecz dla czego nie mamy ufać więcéj Bogu, a mniéj liczbie? Zgodném ojców wszystkich zdaniem, postanowiliśmy się bronić i bronić będziemy. Na układy zawsze czas...
— Może późniéj nie czas będzie traktować, gdy Szwedzi Częstochowę zdobędą, rzekł z cicha xiądz Chlebowski, żołnierz puści się rozbestwiony...
— Bracie, odparł przeor, nigdy Bóg nie opuścił tego, kto mu gorąco ufał wiarą żywą; tysiące mamy przykładów, a serce wasze powiedzieć wam powinno, czy i my godni cudu, jeśli nie uczynkami, to wiarą, lub obojgiem. Braciom śmierci niegodzi się lękać, a życie swoje cenić nad cześć Marij; com powiedział to się stanie! bronić się musimy do ostatka. Takie jest natchnienie Boże! wola wszystkich tutejszych zakonników; nie rozsiewajcie więc strachu, nie groźcie nieprzyjacielem, ale ufajcie w Bogu, a pracujmy...
To mówiąc, złożył list odebrany na stole i pośpieszył do Zamojskiego i Czarnieckiego na radę, a zakonnicy odeszli do cel im przeznaczonych.
Późno w noc przyskoczył posłaniec z uwiadomieniem, że Szwedzi o dwie mile od Częstochowéj położyli się obozem i nazajutrz przybędą.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.