Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom piérwszy/XVIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom piérwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom piérwszy jako ePub Pobierz Cały tom piérwszy jako PDF Pobierz Cały tom piérwszy jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVIII.

Jak tylko rozwidniało, szwedzkie działa odezwały się znowu, zajadle gęstemi kulami rzucając na klasztor; Kordecki który zawsze oczekiwał by nieprzyjaciel piérwszy poczynał, odpowiedział ogniem z twierdzy na wszystkie strony wymierzonym. Ludzie po przetrwaném szczęśliwie dniu wczorajszym, który w początku taką ich nabawił bojaźnią, a skończył się bez ofiar, z zapałem tym większym brali się do obrony. Wachler tylko niedbale koło swoich dział się krzątał i licho je celował i powoli strzelał, a mruczał ciągle. Gdy go kto dozierał, sprawiał się jeszcze jako tako, zostawiony sam sobie, zaraz ręce zakładał.
Nie uszło to oka tych co nadzór mieli nad strzelbą, i pan Zamojski kilka razy go ofuknął, ale dójdź z Niemcem sprawy on swoje, ten swoje; ledwie się odwrócił starszy, Wachler się znów ociągał. Nie wiele też szkody kule z téj strony zrządziły nieprzyjacielowi. Z innych zato pilniéj szło i lepiéj. Co chwila widać było zmieniających stanowiska szwedów, bo im na nich dokuczano; najwięcéj kręcili się około baterji które wzmacniali, sypali, oblewali wodą, aby ich kule łacno nie brały. Kierował tą robotą pułkownik de Fossis, inżynjer, przyjaciel Wejharda, człowiek biegły w swéj sztuce, ale jak to się trafia u tych którym Bóg da rozum, a serca i uczucia poskąpi, człek bez wiary i bez poszanowania dla niéj u drugich. Reforma już wiele naówczas podobnych wychowała ludzi; de Fossis był ciekawym swojego wieku zjawiskiem. Z równą gorliwością jak drudzy nawracają, on wywracał wiarę w każdym z kim go życie na chwilę bodaj zetknęło, i było to jego ciągłą pracą, usiłowaniem, rzekłbyś celem jedynym. Chwycił był gdzieś filozofów, a nie pojął ich dobrze, zostało mu z nich tylko przekonanie, że cała prawda jest w słowach ludzkich, a życia tyle co tutaj. Ostróżnie swoje niedowiarstwo w świat popychał, bo wiedział że różnowierców nowéj fazy, a coż dopiéro o ateuszach mówić, sami kalwiniści i luteranie palili, wyganiali, prześladowali; mimo to jednak zaczepiony, tak był pewien swego, iż się wstrzymać nie mógł od wydania na jaw z sceptycyzmem i niewiarą. Wszystko u niego, czego palcem nie dotknął, było baśnią i przesądem, a tak daleko posuwał wątpienie, że niekiedy szału prawie dochodziło.
Można miarkować jakim być musiał moralnie, człowiek tak usposobiony umysłowie; cała nauka życia dla niego zamykała się w dwóch słowach: Rachuj i korzystaj. Na téj podstawie spoczywały jego zasady moralności. Złe i dobre, ślachetne i niepoczciwe, piękne i szkaradne nie czyniło na nim wrażenia żadnego, póki nie zmierzył go do potrzeby chwili, i nieporachował jakie skutki mieć może.
Takim był de Fossis, przyjaciel Wejharda, prawa ręka Millera, człek zresztą wyćwiczony w swojém rzemiośle, dowcipu niemałego, a w obejściu rzadkiéj łatwości; i nie dziw, nie miał czegoby bronił, prócz niedowiarstwa, reszta przekonań i czynności była dlań obojętna. Za prawidło miał: nie mięszaj się w cudze sprawy, każdy sobie, każdy dla siebie. I szło mu dobrze, choć sami protestanci patrzali nań ukosem, że na wszelką wiarę był obojętny, i oburzali się, gdy raz podchmielony rzekł kończąc rozmowę: Dajcie mi los u Turka, to się zbisurmanię. — Wejhard, którego płochemu umysłowi, ta pozorna moc charakteru, wyższością się zdawała, związał się z nim dość ścisłe. Przez niego, on sam już nie mogąc, bo był wiarę stracił, zagrzewał Millera do oblężenia i wytrwania pod Częstochową, okazując mu dostanie jéj niechybném i łatwém. De Fossis piérwszych dni zaraz obejrzał położenie góry, ustawił na prędce baterje; teraz poprawiał zakreślone szańce i radził użyć ludzi dla podsadzenia miny pod część wschodnio-północną murów, gdzie istotnie były najsłabsze. Niedostatek tylko ludzi zdatnych do téj roboty wstrzymywał szwedów, póki się naradzili skąd ich dostać.
W klasztorze gradem kul osypanym, nie było wielkiéj szkody, choć postrach szerzył się powoli, jak potajemnie zapuszczony ogień. Kule zwijały się cudownie, jakby ręka Bożéj Matki wszelką im siłę odbierała; staczały się w podwórce, leżały po brukach, służąc poźniéj do obrony.
Na gontowych dachach, wśród suchego drzewa, ogniste pociski nie potrafiły tak pożądanego Szwedom rozniecić pożaru; napróżno się wysilali by klasztor zapalić, i dnia tego nieudało się jeszcze. Kilka kul przeniosłszy przez mury, padły z drugiéj strony twierdzy, gdzie nikogo nie raziły, inne w samym klasztorze, ledwie zarysowały ślady przejścia po grubych jego ścianach; jedna odbita od komina wpadłszy oknem do izby pani Jaroszewskiéj, gdy matka z krzykiem na widok jéj leciała ku kolebce dziecięcia, na którą groźny pocisk zdawał się mierzyć, stoczyła się powolnie i stanęła pod biegunem kołyski. Na widok téj łaski Bożéj dla siebie, pani Jaroszewska pochwyciwszy dziecię, pobiegła złożyć je u ołtarza Najświętszéj Panny.
Rozrzewnienie, zapał, męztwo, były we wszystkich, a duch zdawał się przelewać z wodza na tych któremi kierował.
Kordecki oddalając się tylko na modlitwę, resztę dnia stał na murach.
Już zmierzchało, gdy u bramy brat Paweł posłyszał znajomy głos żebraczki Konstancji.
— A co ty tam powiesz? spytał rzucając różaniec.
— Nic, braciszku! proszę mnie tylko wpuścić do klasztoru; trochę się kul uzbierało i tęskno mi za Matką Najświętszą, żeby Jéj się pokłonić. Puśćcie mnie proszę — całą noc, cały dzień w fossie siedziałam wśród huku i łoskotu, teraz mi się chce pomodlić, a za to wam zapłacę kulami, i o szwedach cóś powiem; niebawem pójdę nazad, bo mi trzeba pilnować swojéj baszty, tać to i ja teraz żołnierz.
Powoli, rozpatrzywszy się, że sama jedna była, brat Paweł z uśmiechem otworzył staruszce i zaraz pilno za nią zaryglował. Kostucha pokłoniła mu się i wedle zwyczaju koniec jego szkaplerza ucałowała, okręciła się szybko i żywo rzuciwszy kule pod nogi, poszła do kościoła.
Wkrótce wysunęła się z niego.
Z okiem zaiskrzoném a łzawém, pod murami się ciągnąc, zdawała czegoś szukać i poglądać; w tém Krzysztoporski, który na swojéj kortynie wartował, groźno ją zastanowił.
— Kto ty taka i dokąd idziesz?
Na dźwięk tego głosu, — ponury i gniewny, cofnęła się stara i zadrżała.
— Czego się podkradasz i taisz? rzekł dowódzca.
— Idę pod murem, bo się opierać muszę — zasłaniając twarz, odparła starucha.
W tém któś z załogi poświadczył, że ją znano i Krzysztoporski odwrócił się od niéj, więcéj już nie wstrzymując.
Żywo szła daléj Kostucha, ale w podwórcach, choć dobrze znajoma, trafić nie mogła gdzie chciała: podsuwała się pod okna, pod drzwi, podsłuchiwała głosów i nigdzie nie zdawała zaspokojoną. W tém zdala ukazał się xiądz Piotr Lassota i stara cóś podumawszy, poszła w ślad za nim, w pewnéj trzymając odległości.
Xiądz Piotr poszedł do brata, a żebraczka przytuliła się do drzwi mieszkania, przysiadła przy ścianie, przyłożyła ucho do niéj, przylgnęła cała osłaniając chustami, jak gdyby drzemała.
W tém na próg wyszła Hanna, i ta nieforemna kupa łachmanów, ożywiła się na widok dziewczęcia, głowa wychudła z pod chust się wysunęła ze szczególném zajęciem, z pragnieniem, z jakąś miłością pałającą w wejrzeniu, które zwróciła ku Hannie. Zbliżyć się do niéj jednak nie śmiała, tylko drżąc, powoli posuwała się po ziemi, nie mogąc nawet ust otworzyć.
— Moja piękna panienko, — słodząc głos jak mogła, odezwała się wreszcie, — moja śliczna panienko, może wam w czém posłużyć, może wam czém pomódz?
Dziękuję ci staruszko, — odpowiedziała Hanna z miłym uśmiéchem, wdzięcznym głosem, którego stara słuchała jakby w zachwyceniu, — nic mi nie potrzeba, wyszłam tylko, bo tam mój dziad z xiędzem Piotrem rozmawiają po cichu, niechcę im przeszkadzać. A tyś matko tutejsza?
— Tutejsza! moje złote jabłuszko, mój kwiateczku różany, moje słoneczko jasne — biédna żebraczka i sługa Matki Boskiéj.
— Więc ci może jałmużny, albo chleba?
— O! nie — nie — odpowiedziała szybko stara i po chwili poprawiła się — tak, tak — chleba — drobny, mały kawałeczek chleba, jeśli łaska twoja mój śliczny aniołeczku...
Hanna pobiegła szybko, i wróciła z chlebem do staréj, a gdy się zbliżyła do niéj, drżały Konstancji ręce i chwyciła gwałtownie dłoń Hanny, białe jéj paluszki do ust cisnąc z wdzięcznością, jakby ten chleb życie jéj dawał, jakby go rok nie jadła.
Hanna aż zapłonęła wzruszona cała, sama niewiedząc czemu to nagłe żebraczki ku niéj zbliżenie, jéj łzy, jéj uczucie, onieśmieliły ją i zmięszały; wychwyciła rękę.
— A! biédna, toż ty była taka głodna! zawołała.
— Głodna! o! głodna! odpowiedziała Konstancja: ty nie wiész mój aniołku cóś mi dała z tym chleba kawałkiem: życie, pociechę, radość, szczęście....
— Jakto! czyż cię tu nikt nie pożałuje, niepokarmi? mówiła Hanna; przychodź tu codzień moja staruszko, a ja się z tobą moim podzielę chętnie, pomodlisz się za to za duszę mojéj matki, za dziada mojego zdrowie.
— Pomodlę się gorąco! pomodlę, — odparła żywo Konstancja, po ziemi pełznąc ku nogom dziewczynki, z wzrokiem w nię wlepionym jak w tęczę. — Będę się modlić u Matki Boskiéj ołtarza, że wam szczęście i spokój wymodlę.....
— Dziad bardzo mi słaby, — mówiła daléj Hanna, — na nogi zapada coraz gorzéj, smutny, popłakuje często, a tu jeszcze i strach ciągły nie pomoże mu.
— Matka Boża was pocieszy.
— A! ale mnie tam wołają! odwróciła się Hanna.
— Pozwolisz mi przyjść jutro, — zawołała żebraczka, — pozwolisz złoty aniołeczku, nie dla chleba, ale....
— Dobrze, dobrze, przyjdź jutro!
To mówiąc znikła Hanna, Konstancja ów chleba kawałek przycisnęła do piersi, poczęła całować, zawijać go w chusty i chować naprzód do torby, potém położyła go sobie na sercu, i zdjęła jeszcze i chwyciła jakby go kto jéj wydzierał.
Potém zerwała się na nogi i żywo pobiegła do kościoła. Kościół stał ciągle otworem dzień cały i część nocy nawet; lampy płonęły na ołtarzach, dwóch zakonników odmawiali modlitwy na cześć Maryi i śpiewali pieśni. Mrok już padł we wnętrza budowy milczącéj, wśród któréj te kilka świateł mglisto płonących, te modły cicho szemrane, miały cóś w sobie pogrzebowego. Żebraczka poszła do ołtarza Matki Boskiéj, padła przed nim, powstała i przełamując chléb Hanny na dwoje, większą jego połowę położyła na stopniach, modląc się gorąco.
Rzekłbyś, że skarb swój największy podzieliła z Bogiem.
Jęk tylko jakiś wyrwał się z jéj piersi, wybiegła całując swoją resztkę chléba, pieszcząc się z nią i pośpieszyła do bramy. Lecąc tak żywo, uderzyła się o idącego w przeciwną stronę Janasza Węgrzyna, który ją powitał przekleństwem.
— A babo szalona, — zawołał, — to ty latasz po nocy gdyby wiedźma jaka, stój no, poczekaj, mam ci cóś powiedzieć, o cóś się zapylać, stój!
Dumna jak królowa, odwróciła się do niego starucha cisnąc ciągle swój chléba kawałek do wyschłéj piersi i zdawała inną kobietą, tak ją ten skarb czynił poważną i szczęśliwą.
— Czego to chcesz? zapytała.
— Czego! a wiesz ty nieszczęśliwa, że od téj pory jakeś mi powiedziała, że mnie kula nie minie, spać ani jeść nie mogę; licho ci nadało tę głupią przepowiednię; powiedz mi, wytłumacz zkąd ci to przyszło?
— Albo-żem ci to mówiła? — spytała zdziwiona.
— Jakże nie! jeszcze przeczysz?
— Nieprzeczę, ale nic nie pamiętam.
— Skądże ci się to wzięło?
— Ja niewiem.
— Więc to czcze tylko słowo?
— Czcze! a jestże czcze słowo aa świecie? spytała z uśmiechem. Jedno mówi serce, drugie mówi głowa, inne jakiś głos wewnętrzny... a niéma czczego słowa. Gotuj się na śmierć! gotuj się na śmierć.
Janasz aż się za głowę pochwycił?
— Więc muszę umrzeć?
— Umrzesz czy nie, a nie zaszkodzi ci o śmierci pomyśleć. Był któś w Częstochowie, co na ciebie płakał, a łzy idą daleko, wysoko; a jęk idzie szeroko, a Bóg wszystkiego słucha...
— Zkądże ty to wszystko wiesz babo! mów! przeklęta! mów! — zagniewał się Janasz.
— Wiatr mi mówił, ściany szeptały, nic nie wiem, któś płakał, i któś przestał płakać i leży tam gdzie i ty położysz głowę biedaku; w surowéj ziemi, pod darnią zieloną. O! nie tak to źle umrzeć, jak ci się zdaje! spokojnie, cicho! i wszystko skończone, a żyć!!!
To mówiąc jakby sobie swój chléb przypomniała, ucałowała go znowu, zaśmiała się wesoło, poskoczyła i znikła w ciemnościach.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.