Kroniki lwowskie/59

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lam
Tytuł Kroniki lwowskie
Podtytuł umieszczane w Gazecie Narodowej w r. 1868 i 1869, jako przyczynek do historji Galicji
Pochodzenie Gazeta Narodowa Nr. 48. z d. 28. lutego r. 1869
Wydawca A. J. O. Rogosz
Data wydania 1874
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
59.
Hrabia Bismark, federacja, Bukowina, Szyller, teatr niemiecki, i tajemny związek między temi osobami i rycerzami. — Rada miejska i Skarbkowska Rada administracyjna.

Łysy hrabia z trzema krótko ostrzyżonemi włoskami na czubku, liczący sześć stóp wysokości nad poziomem posadzki swojego gabinetu, a przynajmniej 24.000 stóp nad poziomem hr. Mensdorffa, hr. Rechberga i p. Schmerlinga, gdyby nawet tych trzech mężów stanu spiętrzono tak, jak ongi Tytanowie spiętrzyli Olimp, Ossę i Pelion — czyli, jednem słowem — Bismark, uprzykrzył się już tak czytelnikom Wstępnych artykułów, Przeglądu politycznego i Ostatnich wiadomości, że słusznem i godziwem jest, by raz dla odmiany także i szanowni czytelnicy niniejszej skromnej, brukowej Kroniki, przeczytali coś o bliższych szczegółach różnorodnych czynności tego nadsprewańskiego Pitta, Richelieugo czy Mazarina. Dla zaostrzenia ciekawości powszechnej muszę tu najprzód nadmienić, że szczęśliwym trafem znajduję się w posiadaniu nadzwyczaj uwagi godnych informacyj, dzięki którym mogę ku zbudowaniu i pożytkowi łaskawej czytającej publiczności, wyjawić plany i zamiary pomienionego Bismarka, tak tajemne i tak doskonale dotychczas ukryte, że on sam jeszcze się ich ani domyśla.
Owoż tedy hr. Bismark, który zajmuje się wszystkiem, t. j. sprawą belgijskich kolei żelaznych, sprawą ugody z Czechami i sprawą wyborów do sejmu węgierskiego, i któremu niektórzy przyznają talent i rozum samego p. Tadeusza Romanowicza, zwrócił uwagę swoją na opłakane położenie narodowości naszej w Galicji, i wiedziony szlachetnym popędem swojego junkierskiego serca, postanowił temu czemprędzej zaradzić. W skutek tego ułożył on traktat zaczepno-odporny, który ma stanąć między nim a nami, a którego główne punkta są następujące:
1) Ponieważ rozbiór Polski jest opłakanym faktem historycznym, więc dla ukojenia żalu Polaków galicyjskich po stracie ojczyzny, Austrja ma być przemienioną w raj federalistyczny, a to czy chce czy nie chce. Przy bramie tego raju będzie stać na straży dr. Henryk Jasiński jako archanioł i właściciel drukarni, z płomienistym mieczem w dłoni, zaś pan Karol Groman pełnić będzie obowiązki odpowiedzialnego cherubina z pensją 840 złr. rocznie, tudzież wolnem pomieszkaniem, praniem i opałem.
2) Gazeta Narodowa, jako jedyna przyczyna wszystkich nieszczęść kraju, począwszy od roku 1648, t. j. od wybuchu wojny kozackiej za Jana Kazimierza, aż do r. 1870, t. j. do zwinięcia banku włościańskiego dla braku czynnych i biernych uczestników — skazaną będzie na przedrukowanie całego rocznika Organu demokratycznego w swoich kolumnach, jako na najokropniejszy i najhaniebniejszy rodzaj śmierci.
3) Bukowina będzie przyłączoną do Galicji jako pars adnexa, w tym samym stosunku, w jakim stoi Kroacja do Węgier.
4) Miasto Kuty otrzyma osobną autonomię, z osobnym wchodem.
5) W zamian za te wszystkie nieocenione dobrodziejstwa, Polacy zobowiązują się do dwóch rzeczy:
a) Założyć we Lwowie komitet w celu zbierania składek na pomnik dla Szyllera;
b) Utrzymywać wszelkiemi siłami i bronić od upadku teatr niemiecki we Lwowie.
Ażeby ocenić należycie szlachetność i bezinteresowność p. Bismarka, dość jest rozważyć, że daje on nam prawie wszystko, a w zamian nie żąda prawie niczego. Niczego, bo to co zawierają ostatnie dwa punkta powyższego traktatu, już się stało.
Istnieje komitet w celu zbierania składek na pomnik dla Szyllera, na którego czele stoi Polak, dr. Smolka.
Rada administracyjna fundacji Skarbkowskiej, popierana w tej mierze przez Radę miejską, — jedna i druga złożona z Polaków, bądź doktorów prawa, bądź demokratów narodowych — nie szczędzi starań, trudów i zabiegów, by zabezpieczyć i nadal byt sceny niemieckiej we Lwowie.
Tak tedy warunki, stawiane przez p. Bismarka, są dopełnione; prosimy teraz o federację, o aneksję Bukowiny i autonomię dla Kut. O dobicie Gazety Narodowej nie prosimy, bo jednakowo przyjdzie jej wkrótce umrzeć ze śmiechu, z powodu uciesznych hołubców i prysiud polemicznych, wykonywanych na gruncie znanych 12. programów Dziennika Lwowskiego.
Pozostaje mi tylko wytłumaczyć, jakim sposobem tajemne życzenia p. Bismarka zostały spełnione, nim jeszcze takowe objawił, t. j. jakim sposobem mamy komitet do składek na pomnik dla Szyllera, choć nie składamy się jeszcze na pomnik dla Mickiewicza, ani dla Słowackiego, i jakim sposobem p. König znalazł taką protekcję i w łonie Rady gminnej królewskiego stołecznego miasta Lwowa?
Oto po prostu, hr. Auersperg (Anastasius Grün) prosił dr. Smolkę, by się zajął zbieraniem składek, o których mowa, we Lwowie. Dr. Smolka wspominał o tem panu W. Smochowskiemu, emerytowanemu dyrektorowi sceny polskiej, już po oświadczeniu, które tenże umieścił w tej sprawie w Gazecie Narodowej. P. Smochowski odmówił swego udziału. Udawano się także do hr. Leszka Borkowskiego, z wątpliwym, jak dotychczas, skutkiem. Wielbimy bowiem Szyllera jako wielkiego poetę, ale prosta przyzwoitość wskazuje, że powinniśmy zacząć od stawiania pomników naszym mistrzom słowa, a dopiero skończyć na obcych.
Co do wspierania muzy niemieckiej, rzecz nie da się opowiedzieć tak jasno i węzłowato. Nie śledząc już dalszych źródeł i pobudek, powiem tylko, że pewien mecenas tutejszy zawikłał się — z grzeczności — w zawikłane nieco stosunki finansowe p. Königa. Gdy już mecenas ten był zaangażowany i zaplątany w stosunki, stało się jego interesem, by pan König miał jak najwięcej tej podłej mamony, bez której można być tak wielkim geniuszem, ale nie można popłacić długów. Skoro zaś to było interesem jednego adwokata, by p. König więcej miał pieniędzy, znalazło się zaraz kilku innych adwokatów, którzy wraz z syndykiem fundacji z przyjaźni poparli kolegę. Utworzyła się tedy wielka liga adwokatów, niby liga królów i książąt greckich ku odbiciu Heleny, a na czele tejże, jako nowy Agamemnon stanął dr. Smolka, Dla czego? O tem sam dr. Smolka może nie wie, tak jak Agamemnon nie wiedział, po jakich stukatów narażał się na guzy dla małżeńskich zatargów swego brata z żoną. Dość, że dr. Smolka głosował za podwyższeniem subwencji dla p. Königa o 4.000 złr. Głosował także tak samo dr. de Warnia Gnoiński, bo tak głosował książę Pruss Jabłonowski, i tak zdaniem dr. de Warnia Gnoińskiego, byłby głosował każdy prawdziwy karmazyn. — Wszak tradycje arystokracji rodowej są tradycjami konserwatyzmu i lojalności, i człowiek coś winien swemu urodzeniu, herbowi, przydomkowi i innym zaszczytom! Dziwna rzecz, że p. Pietruski, choć już niewątpliwie karmazyn, nie głosował z księciem Pruss Jabłonowskim i z dr. de Warnia Gnoińskim, i dziwna także, że dr. Rajski, choć adwokat, nie głosował z dr. Smolką! Snąć obydwaj ci panowie, tj. pp. Pietruski i Rajski, pozbawieni są wszelkiego esprit de corps, i nie zważają przytem bynajmniej, jakie wrażenie opozycja ich może zrobić w Wiedniu. Ale dość na tem, że gdyby większość szanownej Rady administracyjnej składała się była z pp. Watzla, Blaima i Funkensteina, uchwała jej nie byłaby wypadła bardziej na korzyść pana Königa — bo urzędnicy w dzisiejszych czasach już nauczyli się oglądać na głos opinii publicznej, a dygnitarze elekcyjni nie poczuwają się do żadnej odpowiedzialności, póki pomieniony głos opinii nie przybierze — mówiąc po prostu, rozmiarów tęgiej „besztaniny“. Lżejsze uwagi, aluzje itp. obijają się bez skutku o pancerz dygnitarskiej powagi: potrzeba pocisków cięższego wagomiaru, i to broń Boże nie obwiniętych w bawełnę, by który z tych panów raczył wytłumaczyć się że swoich czynności przed swoimi mandantami.....
Nareszcie jednak i dr. de Warnia Gnoiński ujrzał się zniewolonym wyłuszczyć w Radzie miejskiej powody, dla których głosował za podwyższeniem subwencji p. Königowi, i poparli go pp. Starzewski i Komora, którzy to w imieniu syndykatu fundacji Skarkowskiej wypracowali wniosek podwyższenia subwencji, a którzy obydwaj uważają to za trzynasty artykuł wiary, że teatr niemiecki we Lwowie istnieć będzie i musi do skończenia świata, i jeszcze kilka lat potem. P. Żaak, znany czytelnikom Kroniki niniejszej z wiele obiecujących prób swojego literackiego talentu, o których miałem raz zaszczyt wspominać, uważał za stosowne poprzeć tych trzech panów, i Rada miejska omal nie dała wyłącznego wotum ufności dr. de Warnia Gnoińskiemu. Przeszkodził temu tylko dr. Hönigsmann. Szanowni ojcowie miasta, połykając skwapliwie argumenta pp. Gnoińskiego, Starzewskiego, Komory i Żaaka, ani na chwilę nie zastanowili się, że pp. Pietruski i Rajski są także prawnikami, jak tamci trzej pierwsi, że znają także i przywilej Skarbkowski, i wszystkie inne okoliczności, i że nakoniec nie są tak zapalonymi radykałami i rewolucjonistami, by głosowali za krokiem nie rozważnym i szkodliwym — a jednak obydwaj sprzeciwiali się podwyższeniu subwencji dla p. Königa!
W istocie, jedynym argumentem, przytoczonym przez stronników i protektorów p. Königa, było to, że w razie ponownego ulotnienia się dyrektora niemieckiego, fundacja musiałaby wziąć teatr niemiecki we własny zarząd, i traciłaby na tem ogromnie, bo „rząd, gdy prowadził administrację teatru, wydawał po 20 i po 40.000 złr. rocznie“. Nas nie dziwi to, że rząd wydawał po 40.000 złr., ale to, że nie wydawał po 200.000 i więcej, bo któżby mu był w tem przeszkodził? Rada administracyjna, gdyby nawet w istocie musiała utrzymywać teatr niemiecki, nie potrzebowałaby wydawać ani grosza, bo 6.000 złr. wystarczy na utrzymanie kilkunastu bänkelsängerów dla amatorów sztuk pięknych tego rodzaju, a bale maskowe, odstąpione dziś dyrektorowi niemieckiemu, i procenta od widowisk przynoszą rocznie daleko więcej niż 6000 złr. Zresztą, gdyby się okazała strata, nic trudnego wyrobić u rządu pozwolenie odstąpienia pewnej ilości przedstawień dyrektorowi polskiemu, który je przyjmie bez subwencji i z podziękowaniem. Wszak rząd w czasach przedkonstytucyjnych sam uwolnił teatr niemiecki od 40 przedstawień rocznie. Potrzeba tylko dobrej woli, potrzeba, ażeby Rada administracyjna czuła się organem krajowym, zostającym pod opieką sejmu i Wydziału krajowego, a nie dalszym ciągiem policji i namiestnictwa. Przykro nam, szczerze przykro i gorzko wypowiedzieć, że mężowie zaufania, wyszli z wolnych wyborów, w taki sposób reprezentują kraj w sprawowaniu jego interesów! Rada administracyjna w postępowaniu swojem lekceważy opinię publiczną więcej, niżby to uczyniła komisja, złożona z urzędników. Rada administracyjna proteguje teatr niemiecki na niekorzyść polskiego, na niekorzyść sprawy oświaty narodowej, na niekorzyść dobroczynnej fundacji. Jakim to się sposobem dzieje, i w jaki sposób winni będą odpowiadać za to, że pan König dotychczas nie złożył kaucji, że w razie, gdyby interesa fundacji lub osób prywatnych były zagrożone, nie będzie na czem poszukiwać szkody? Na subwencję całoroczną, jeszcze niewypłaconą p. Königowi, już jacyś wierzyciele położyli zakaz, kaucji niema, majątku p. König żadnego niema. Wszak dyrektor teatru ma powierzoną sobie własność fundacji, garderobę, instrumentu muzyczne i t. d. W razie, gdyby fundacja poniosła szkodę z tego powodu, członkowie Rady administracyjnej własnym swoim majątkiem powinni odpowiadać za wszystko — ale czemże odpowiedzą za szkodę moralną, jaką wyrządzają miastu, scenie narodowej, interesom naszej oświaty?

(Gazeta Narodowa, Nr. 48. z d. 28. lutego r. 1869.)





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Lam.