<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Książki i ludzie
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza tom XXXV
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1912
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom XXXV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

KSIĄŻKI I LUDZIE
Nowe dzieło Anatola France’a nie miało zwykłego powodzenia. Brunetière wyraził się o niem lekceważąco i złośliwie: publiczność czyta wprawdzie chętnie, ale nie szczędzi przygan. Dlaczego? Z różnych powodów. Przedewszystkiem może dlatego, że Anatol France zdaje się zapominać o jednej zasadzie: oto nowożytny autor powinien łacińską sentencyę: »Saepe stylum vertas» tłómaczyć nie tylko w znaczeniu: często styl poprawiaj, ale i często zmieniaj. Ton i sposób opowiadania są w najnowszej książce takie same, jakie były w całym cyklu poprzednich utworów, a mianowicie: w »L’Orme du Mail«, w »Le mannequin d’osier«, w »L’Anneau d’améthyste« i w »Monsieur Bergeret à Paris«. Ludzie, którzyby chcieli czegoś nowego pod względem formy, mówią sobie: już tę dyalektykę znamy, jużeśmy podobne dyalogi czytali.

I oto jest jedna przyczyna. O innych pomówię później, a tymczasem z góry muszę powiedzieć, że na każdą nową książkę Anatola France’a czekam z niecierpliwością i że tę ostatnią czytałem z większem może, niż poprzednie, zajęciem, dlatego, że przenosi mnie ona w świat, w którym jakiś czas żyłem, między dobrych moich znajomych — w czasy Petroniusza i Nerona.
A oto jej treść:
Kilku Francuzów, ludzi wykształconych, odwiedza pana Boni, dyrektora wykopalisk na Forum w Rzymie. Po krótkiej rozmowie o wykopanych zabytkach, o zamierzonych pracach, o mitologii rzymskiej, o pierwotnych mieszkańcach Italii i o rasach ludzkich, jeden z przybyszów wydobywa na prośbę towarzyszów rękopis i poczyna go odczytywać.
Jest to więc opowiadanie w opowiadaniu. Anatol France mógłby wydobyć ten rękopis z własnej kieszeni i czytać od siebie, nie czyni tego jednak dlatego, aby w ten sposób umożliwić dyalog. Osoby, które słuchają opowiadania, robią nad niem rozmaite uwagi, spierają się, wygłaszają zdania nieraz sprzeczne — i w ten sposób oświetlają rzecz z różnych punktów widzenia. Co na tem traci prostota, zyskuje rozmaitość.
A opowiadanie owo jest znów dyalogem, ale tym razem między ludźmi, żyjącymi za czasów cesarza Klaudyusza. Galion, brat słynnego Lucyusza Seneki, prokonsul Achai, zamieszkały w Koryncie, pan wielki a zarazem filozof, lubi w dobranem towarzystwie poruszać różne zagadnienia, roztrząsać je i rozmawiać de omnibus rebus. Zwykłymi uczestnikami takich rozmów są: brat Galiona, Mela, dwaj młodzi rzymianie Lucyusz Kasyusz i M. Loliusz, może brat lub krewny tej Lolii, którą chciano wydać za cesarza Klaudyusza, słynnej strojnisi, posiadającej najdroższą suknię w Rzymie, i wreszcie Grek Apollodon, filozof i zapewne trochę pieczeniarz — jak mniej więcej wszyscy filozofowie greccy z tych czasów.
Opowiadanie zaczyna się od krajobrazu. Jest ranek — jeden z takich świetlistych i cudnych poranków, jakie podziwiałem nieraz w Grecyi. Z ogrodów Galiona widać przez załamanie wzgórz błękit morski, w dali na północ śnieżne, skąpane w złotych i różowych blaskach trzy szczyty Parnasu, a niżej, u stóp wzgórza, bieli się Korynt, szeroko rozrzucony na piaszczystej, morskiej płaskości.
Nie jest to już ów dawny grecki Korynt, pełen arcydzieł, ten bowiem zburzył jeszcze w 146 roku przed Chrystusem Mumiusz. Owo miasto, na które spogląda Galion i jego towarzysze, odbudował Juliusz Cezar. Położenie grodu sprawiło, że wzrósł on i zakwitł szybko. Handlarze greccy, rzymscy, żydowscy i syryjscy zapełnili go obficie, zawrzał ruch, wzrosło bogactwo, więc też Galion z dumą spogląda na szeregi białych domów, na długie linie portyków, na dachy świątyń i chwali rządy rzymskie i błogosławiony »pokój rzymski«.
Mówiąc nawiasem, i z tego cezaryańskiego Koryntu nie zostało dziś nic. Byłem tam z Pochwalskim, i oto cośmy widzieli: kilka kolumn i kilka zwalisk sterczy na wzgórzu, a nad zatoką Lepancką wznosi się brudna, licha mieścina, zwana Neo-Koryntem, podobna do różnych naszych dzisiejszych Koryntów, a nawet pod względem mieszkańców niewiele od nich różna.
Lecz w owych czasach Galion, który rządził i sądził, miał niemało zajęcia i mógł tylko wczesne godziny poświęcać swoim przyjaciołom. Były to jednak rozkoszne godziny. Przybrani w białe togi, wypoczęci, spokojni przechadzali się po szafrannym piasku wśród ciemnych cyprysów, oddychając rzeźwem powietrzem; spoglądali na Parnas, na morze i miasto, czasem siadali na wygiętych w łuk ławkach wedle fontann, i gdy powiew rzucał na nich tęczowy pył wodny, rozmawiali w lekki i wykwintny sposób o wszystkiem, co ich otaczało, lub co zajmowało chwilowo umysły.
Obraz jakby z pod pędzla Alma-Tademy, ale i na tem koniec. Jeżeli czytelnik spodziewa się znaleźć jakąś opowieść o losach jakiegoś bohatera lub bohaterki, to się zawiedzie. Cały interes skupia się właśnie w rozmowie, która schodzi z jednego przedmiotu na drugi, oświeca je, jak promień słońca, i posuwa się dalej, porusza rozmaite sprawy mniej więcej ważne, czasem takie, które dziś są dla nas bardzo ważne, ale które tym spokojnym i władnym ludziom wydają się błahemi — czasem polityczne, czasem estetyczne, to filozoficzne lub religijne — i znów leci dalej, zupełnie jak motyl — z kwiatu na kwiat.
Wdzięk jej stanowi o wdzięku książki, a zarazem jest jedną z najwybitniejszych cech talentu autora. Dyalogi Anatola France’a robią wrażenie życia. Znać w nich wpływ i dyalogów platońskich, i rozpraw Cycerona, i »Rozmów umarłych« Lucyana, i »Snu« tegoż autora, i neo-platoników, a nawet ojców Kościoła. Żaden współczesny beletrysta nie wczytał się tak i nie wżył w starożytnych autorów. Żaden nie przejął się tak ich stylem i ich sposobami rozumowania. Ale nie jest to uczoność, ani narzucająca się czytelnikowi, ani uciążliwa. Nie uczyniła ona też z Anatola France’a naśladowcy starożytnych, ale uczyniła go dzieckiem duchowem Grecyi i Rzymu. Pisze on tak, nie inaczej, albowiem wypływa to z jego natury. Taką stała się jego dusza. Jest to subtelny Ateńczyk, filozof, a raczej — nie biorąc tego koniecznie w złem znaczeniu — sofista grecki. »O każdej rzeczy (powiada Protagoras) można stosownie do potrzeby wydać dwa sądy wprost przeciwne, albowiem ostateczną i jedyną miarą wszystkiego jest człowiek«. Czytając Anatola France’a, miałem, aż do ostatnich czasów, wrażenie, że ów duch protagorasowy przepływa przez wszystkie jego książki. Było to jego stanowisko i filozoficzne, i artystyczne.
Stan ten rzeczy zmienił się obecnie — powiem, ze szkodą autora — albowiem przechylanie się ku jednej stronie pozbawiło go tego sceptycznego, a zarazem i figlarnego uśmiechu, z którym patrzył na sprawy ludzkie i roztrząsał wszelkie zagadnienia. Zwłaszcza o życiu współczesnem zaczął wydawać »stosownie do potrzeby« już tylko jeden sąd, w skutek czego przestał być sobą, a co większa, stracił dawną pogodę, która stanowiła jego wielki urok. Duch autora unosił się ponad wszelkiemi zjawiskami, wprawdzie nie tak wysoko, jak orzeł, ale natomiast tak pociesznie, jak chochlik. Jedyną filozoficzną jego tendencyą było salomonowe: vanitas vanitatum, z tą wszelako różnicą, że, co Eklezyastes mówi z troską i smutkiem, to on wypowiadał bez troski i wesoło. Że zaś wypowiadał to zarazem w sposób pełen wdzięku, przeto czytanie jego książek było literackim epikureizmem, w powszechnie przyjętem znaczeniu tego słowa, lubowaniem się w stylu, w formie, w wytworności i artyzmie słów i w greckiem, pogodnie sceptycznem przedstawieniu rzeczy.
A wtem nagle ludziom, którzy do tego przywykli i nie szukali w książkach autora niczego innego, zabrzmiało w uszach wirgiliuszowskie ostrzeżenie:

»Qui legitis flores et humi nascentia fraga
»Frigidus, o pueri, fugite hinc — latet anguis in herba.

Co znaczy, że wśród kwiatów i poziomek znalazł się w trawie wąż. I wszystko jedno, czy był jadowity, czy nie, dość, że coś się taiło w zieleni — i już nie można się było położyć i wyciągnąć na tej łące równie niedbale, z równem jak dawniej, bezpieczeństwem i z równą rozkoszą. Więc oto gotowe nieporozumienie: książka przedstawia tak rzecz, jakby chodziło tylko o vanitas vanitatum, gdy zaś czytelnik spostrzega się, że chodzi także o co innego, zaraz i autor wydaje mu się mniej szczerym, i mniej szczerą, a zatem mniej artystyczną, jego forma.
I temu to zapewne przypisać należy, że »Sur la pierre blanche« nie miało już równego dawnym opowiadaniom powodzenia.
Jednakże z początku trudno odkryć węża in herba. Lekki i subtelny, przypominający »Rozmowy umarłych« dyalog między Galionem a towarzyszami toczy się o wszystkiem, co im podpada przed oczy. Siadłszy na ławce, patrzą na bijącą przed nimi fontannę, na posąg Afrodyty, wychodzącej z kąpieli, na fauna, który zbliża się do niej, grając na flecie, i rozmawiają o rzeźbie. Artystyczne złudzenie jest wielkie: tak mogli istotnie rozmawiać starożytni. Podziwiają więc marmurowe ciało Afrodyty, po którem zdają się przebiegać dreszcze rozkoszy, podziwiają fauna, wielbią umiejętność Greków, którzy tworzyli takie arcydzieła, i czynią nad niemi uwagi, które, naturalne w ustach Rzymian, dziwnie brzmią dla naszych dzisiejszych uszu.
— Trzeba przyznać Grekom — mówi Galion — że umieli dać twarzom bogów wyraz dostojny i wyrazić w marmurze majestat tych panów świata. Któż nie podziwia Jowisza olimpijskiego Fidyasza, a któż jednak chciałby być Fidyaszem?...
— Dlaczego? — zapyta zdziwiony tą uwagą czytelnik.
Z przyczyny, która jest wiadoma każdemu, kto zetknął się przez studya ze światem rzymskim, ale niewiadoma może większości naszych rzeźbiarzy, uważających się za nadludzi. Oto Rzymianie uwielbiali do szaleństwa dzieła rzeźbiarskie i nie żałowali na nie milionów, ale pogardzali ich twórcami. Obywatel rzymski mógł od biedy zostać malarzem, ale nie mógł zajmować się rzeźbą albo snycerstwem. Osławiony Werres, który nie tyle był złodziejem, ile nie przebierającym w środkach kolekcyonerem, gotów był złupić dla jednego posążka lub dla jednej czary pół Sycylii i narazić się na gromy Cycerona, ale nie byłby zaprosił do swego stołu Fidyasza, ani Praksytela, ani Mirona, ani Skopasa. Lucyan, pisarz grecki, mówi, że przyszły do niego we »Śnie« dwie niewiasty: jedna piękna, szlachetna i delikatna, druga o grubych rysach i narobionych dłoniach. Obie ciągnęły go w swoją stronę: owóż pierwsza z nich była to literatura, druga — rzeźba. Takie były ówczesne pojęcia, Galion mógł więc słusznie powiedzieć to, co Anatol France wkłada mu w usta, również jak zupełnie naturalne jest odezwanie się drugiego uczestnika kompanii Apollodora, który, gdy Loliusz rzekł, że woli Wenerę od Fauna, odpowiada na to następną filozoficzną uwagą:
— Słodki Loliuszu, zastanów się tylko przez chwilę, a sam przyznasz, że takie zdanie mógłby wypowiedzieć raczej prostak, którym powoduje instynkt, nie zaś mędrzec, jakim ty jesteś. Postać Wenery nie może być równie piękna, jak postać tego Fauna, albowiem ciało kobiece jest mniej doskonałe od ciała mężczyzny, a zatem i kopia rzeczy mniej doskonałej nie może być lepsza od kopii rzeczy doskonalszej. Nie można zaś zaprzeczyć, o Loliuszu, że ciało kobiece musi być mniej piękne od męskiego, albowiem zawiera w sobie duszę mniej piękną. Kobiety są kłótliwe, próżne, zajęte drobiazgami, niezdolne do wzniosłych myśli i wielkich czynów, a przytem choroby mącą często ich rozum.
Jakby się słyszało choćby takiego Senekę, który jednak w małżeństwie nie trafił tak bardzo źle, jak np. Sokrates.
Przytaczam te rozmowy, jako wielce charakterystyczne. Osobistości, które wprowadza Anatol France, mogły i musiały myśleć za pomocą takich, nie innych, pojęć i wypowiadać je takim, nie innym, stylem. W ten sposób wywołuje autor złudzenie artystyczne, pełne uroku, zwłaszcza dla ludzi tak zwanych kulturalnych.
Myśl i słowa w jego dyalogach ślizgają się, jak to wspomniałem już wyżej, z przedmiotu na przedmiot, nakształt promienia słonecznego, oświecając każdy z kolei wesołem światłem, przyczem, jeżeli przedmiot jest drażliwy, to i dyalog staje się cyniczny, ale niby naiwnie, niby ze zbytku prostoty. Jest to jakby zabawny podstęp ze strony autora, albowiem istotnie są rzeczy, których poruszanie byłoby niezgodne z naszym dzisiejszym zmysłem moralnym, a o których np. Galion, Mela, Kasyusz, Loliusz i Appollodor mogli rozmawiać z całą swobodą, nie krępując się w wyrażeniach.
Tak też mniej więcej rozmawiają o stworzeniu ludzi przez Prometeusza, o bogach i o ich sprawkach. Potem przychodzi na stół Rzym. Nie tylko prokonsul, ale i wszyscy z obecnych patrzą z ufnością w przyszłość, głównie dlatego, że panujący miłościwie Cezar Klaudyusz adoptował właśnie młodzieńca wielkich nadziei i wielkiej dobroci — Nerona. Jest przecie Nero uczniem Lucyusza Seneki, brata Galiona, a przyjacielem Lukana, syna Meli. Mela, wnosząc z tego, co słyszał od syna, jest niemal pewny, że, gdy ów młody książę obejmie rządy, nastaną prawdziwie złote czasy. Ale i obecnie nie są najgorsze. Wszędy panuje »pokój rzymski«, i wszystkie ludy potrafiły już ocenić dobrodziejstwa, płynące z rzymskiego panowania. Trudno przypuścić, żeby piaski libijskie lub lody Północy mogły zrodzić jeszcze jakich nowych barbarzyńców — więc szczęście powszechne i niewzruszona wieczność Rzymu są zupełnie zapewnione.
Galion jest także tego zdania, przerywa jednak te hymny pochwalne, albowiem musi iść na forum i sądzić. Na porządku dziennym jest jedna ze zwykłych w Koryncie, a zarazem bardzo nudnych spraw. Oto Żydzi miejscowi oskarżyli niejakiego Szawła z Tarsu, że opowiada nową naukę, niezgodną z ich »zakonem«. Trzeba to będzie rozważyć i wydać wyrok.
Towarzystwo udaje się więc na forum, i w tem właśnie miejscu książki wirgiliuszowy wąż poczyna wysuwać głowę z pod kwiecia.
Ale pomówimy o nim dopiero w następnej pogadance.





Galion, Mela, Kasyusz, Loliusz, a zwłaszcza Apollodor nie byli to ludzie głupi. Ich pojęcia metafizyczne nie wznosiły się ponad poziom ówczesnej nauki, ale umysły ich były od młodości ćwiczone i otwarte. A jednak ci ludzie obiecywali sobie, że, gdy Nero dojdzie do władzy, nastaną dla całego świata czasy błogosławione. Doczekali się ich rzeczywiście i potonęli w morzu krwi. Przykłady podobnych nadziei, tak tragicznie zawiedzionych, powtarzają się w ciągu wieków niejednokrotnie. Leży w nich to, czego Anatol France poszukuje we wszystkich swych utworach ze szczególną usilnością i upodobaniem, a mianowicie: wielka ironia życia. Mógłby ktoś wprawdzie zarzucić, że zbyt sobie poszukiwanie owej ironii ułatwia, wiedząc bowiem z historyi, kto był Nero, każe go wychwalać i wyczekiwać od niego dobra ludziom, którzy tego przedwcześnie odgadnąć nie mogli, a następnie mówi czytelnikom: Patrzcie, jak się ci mędrcy mylili! patrzcie, czem są sądy ludzkie i jak mało mądrość różni się od głupoty! Prawda! sposób jest wogóle łatwy, ale zarzut w tym razie nie całkiem słuszny. Anatol France miał prawo wkładać takie słowa w usta Galiona lub Meli, bo wiemy, że tak myślał o Neronie i takie łączył z jego imieniem nadzieje cały ówczesny świat. Młody książę był zdolny, tkliwy, wymowny, nadto był uczniem mędrca, który wszczepiał mu miłość literatury, filozofii i cnoty. Wszystkie oczy były na niego zwrócone, wszystkie serca umiłowały go, jeśli tak można rzec, na kredyt. Tego, że w tym księciu drzemie cyrkowy woźnica, i lichy aktor, i estradowy śpiewak, i mierny poeta, słowem: »kabotyn« ze straszliwą zawiścią i potworną miłością własną, która stanie się tragedyą wszechludzką, nie przewidywał nikt. Zresztą i podobne kabotyństwo będzie się powtarzało w historyi; nieraz popróbuje mistrzować w muzyce, malarstwie, poezyi, wymowie, i trzoda ludzka, a nawet rozmaici mędrkowie, nie przestaną go nigdy podziwiać w przekonaniu, że tak liczne role na teatrze świata — począwszy od Augusta Oktawiana aż do Augusta z cyrku, potrafi odgrywać tylko geniusz.

I to jest także wielka ironia życia.
Lecz Galion, Mela i ich towarzysze popełnili owego dnia daleką większą omyłkę, tak olbrzymią, że na wspomnienie o niej Ernest Renan nie może się wstrzymać od okrzyku: «Que les gens d’esprit ont parfois peu de prévoyance!» I tak było istotnie. Oto Galion, pożegnawszy przyjaciół, udał się do bazyliki, aby sądzić sprawę niejakiego Szawła z Tarsu, którego jeden z członków miejscowej synagogi oskarżył o szerzenie nowej nauki, przeciwnej zakonowi mojżeszowemu. Po niedługim czasie prokonsul wyszedł z twarzą niechętną, znudzoną i na pytania towarzyszów, jaka to była sprawa, machnął ręką i odrzekł, mniej więcej, co następuje:
— Najmarniejsza w świecie! Zwyczajna kłótnia, przy której Zydkowie odgryzali sobie nosy, wrzeszcząc, jak opętańcy, a szło, jak prawie zawsze, o nic... o jakieś błahostki, o drobiazgi i tym podobne rzeczy. Ledwie też posłuchawszy, rzekłem: »O, Hebrajczykowie! gdybyście przyszli skarżyć się na jakąś niesprawiedliwość lub występek, sądziłbym was cierpliwie, ale skoro sprzeczacie się o słowa, o formułki swojej wiary i swojego zakonu, to radźcie sobie, jak możecie, albowiem ja wcale się nie chcę tem zajmować«. To powiedziawszy, wyszedłem, a oni tam już kłócą się i czubią sami.
A Mela, Loliusz, Kasiusz i Apollodor, usłyszawszy taką odpowiedź, pochwalili mądrość Galiona i zaczęli zlekka rozmawiać to o Zydach, to o owym Szawle z Tarsu, nie przywiązując zresztą żadnej wagi do rozmowy, której przedmiot wydawał im się tak błahym.
I znów ironia życia! Przed godziną ci sami ludzie rozprawiali o dynastyach bogów, o tem, że, wedle powszechnej wiary, panowanie Jowisza musi się kiedyś skończyć. Starali się odgadnąć, jaki nowy Bóg obali tak Gromowładnego, jak on obalił Saturna — i wogóle starali się odgadnąć przyszłość.
A oto ta wielka przyszłość, ta nowa epoka stanęła w postaci Szawła oko w oko z Galionem. Ale filozof-prokonsul nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi: machnął ręką i poszedł gawędzić dalej z towarzyszami.
Czy jednak mógł nic nie zauważyć?
Istnieje przecie legenda o stosunkach św. Pawła z Seneką, których zapoznać miał z sobą Galion, uderzony wielkością nauki tkacza z Tarsu. Krytyka napracowała się niemało nad obaleniem tego podania. W swoim czasie zdarzyło mi się czytać wielce uczone dzieło, w którego pierwszej części autor dowodzi, że św. Paweł nie znał Seneki, a w drugiej, że Seneka nie znał św. Pawła. To mi się nazywa ścisłość! Ernest Renan twierdzi także, że nie mogli być w stosunkach, a oczywiście nie wierzy w nie i Anatol France.
Niewątpliwie też krytyka ma słuszność. Skoro Galion widział św. Pawła w Koryncie, to i Seneka mógł go widzieć przypadkiem w Rzymie, gdzie apostoł często przebywał. Ale widzieć, a poznać i zbliżyć się i chcieć zbadać — to są rzeczy różne. Rzymianie wogóle byli to żelazni filistrzy, ale filistrzy. Mieli nadzwyczaj twarde serca i jasny, praktyczny rozum. Natomiast brakło im zdolności do uniesień, brakło wrażliwości duszy i wyobraźni. Chwycić się czegoś z zapałem, przeczuć przyszłość, mieć jej widzenie i poszybować w nią na skrzydłach wyobraźni nie leżało nigdy ani w ich usposobieniu, ani w ich mocy. Anneusze pochodzili wprawdzie z Hiszpanii, ale byli Rzymianami z duszy, z wychowania, ze sposobu myślenia i z urzędów, dlatego Galion nie odgadł olbrzyma, nie przeczuł w jego nauce świtu nowej epoki — i tak samo nie byłby przeczuł i Seneka.
Inna jednak rzecz, czy prokonsul nie powinien był zwrócić uwagi na nową naukę, jako filozof, jako mąż stanu i jako urzędnik. Czasy były po temu. Religia rzymska była religią państwową, należała poniekąd do administracyi. Była, jak z samej nazwy widać, istotnie wiązadłem społecznem i politycznem. Owóż węzeł ów począł się, jeszcze przed Galionem, rozluźniać nie na żarty. Stało się tak może właśnie dlatego, że był zbyt urzędowy, a zatem oschły. Bogów rzymskich można było czcić, można było sobie ich zjednywać za pomocą publicznych ceremonii i prywatnych ofiar, można się było obawiać — nie można było ich kochać. W tem tkwiło zło. Duszom ludzkim stało się ciasno i tęskno. Poczęły szukać koło siebie — i wkrótce Rzym stał się wspólną gospodą dla wszystkich kultów świata. Judaizm, kult Mitry, kult Izydy i rozmaite inne zataczały coraz szersze kręgi. Chrystyanizm szerzył się z tak niepojętą szybkością, że w kilkanaście lat później, gdy wybuchło pierwsze prześladowanie, okazało się, że w samem mieście jest jego wyznawców »multitudo ingens» — mnóstwo niezmierne. Szczególnie kobiety szukały, o coby mogły zaczepić serce i duszę. Za kobietami szli mężczyzni a przedewszystkiem ludzie uciskani i nieszczęśliwi. Religia urzędowa jęła się kurczyć i kostnieć. Ceremonie państwowe stawały się coraz bardziej martwemi; próchniało jedno z głównych wiązadeł; państwu poczęło grozić niebezpieczeństwo.
Czy wobec tego wysocy urzędnicy nie powinni byli zwracać pilnej uwagi na wszelkie nowe nauki, badać, co w nich jest, i zastanawiać się nad tem, która w powszechnem życiu może najgłębsze zmiany wprowadzić? — Zdaje się, że tak.
Tymczasem za czasów Galiona chrystyanizm zalewał już świat jak powódź — a jednak Galion nie zwrócił uwagi na wielkiego apostoła.
Que les gens d’esprit ont parfois peu de prévoyance! — woła Renan — i dziwi się temu. Anatol France nie. Przeciwnie, wzrusza ramionami razem z Galionem. Coby mogli sobie powiedzieć i jak się porozumieć ze sobą ten ogładzony, wykwintny i umiarkowanie sceptyczny prokonsul w białej todze i ów fanatyczny, mały, brzydki Zydowin, o kręconych włosach i czerwonych oczach, przybrany we włosiennicę? Nic! Tu znajduje się przymówka i do mego Quo vadis? »Tylko w ładnych romansach — mówi autor — apostołowie pierwotnego Kościoła mogą rozmawiać z filozofami albo z elegantami cesarskiego Rzymu i przedstawiać zachwyconemu Petroniuszowi najświeższe piękności chrystyanizmu«. — Otóż, co do tego, to naprzód Petroniusz w »Quo vadis« nie słuchał św. Pawła z zachwytem, ale, co najwyżej, z pewnem uznaniem i znudzeniem. Powtóre, ludzie, stojący na wszelkich szczeblach drabiny społecznej, mogą rozmawiać z sobą, jeśli skłoni ich do tego ciekawość, albo zetkną okoliczności. Sułtan może rozmawiać z derwiszem, a wice-król indyjski z fakirem. Paweł zresztą był obywatelem rzymskim. Gdyby wysoce urodzeni Rzymianie nie rozmawiali nigdy z nizko urodzonymi wyznawcami Chrystusa, to jakimby sposobem można wytłómaczyć, że zaraz w początku znaleźli się wśród wielkiego świata rzymskiego tacy wyznawcy nowej nauki, jak Korneliusz, jak Pomponia Graecina, jak Plautilla, jak później św. Cecylia i niektórzy z Flaviuszów i mnóstwo innych? Nie! ludzie zawsze mogą rozmawiać z sobą, i że tak czynią, dowody na to możnaby znaleźć nawet w książce Anatola France’a. Anneusz Mela, brat Seneki i Galiona, należał przecie do zupełnie tej samej sfery towarzyskiej, nawet do tego samego kółka, co Petroniusz, a jednak posłuchajmy, co mówi przez usta Anatola France’a:
— Raz spotkałem w Aleksandryi pewnego starca Zyda, któremu nie brakło inteligencyi, i który nawet znał literaturę grecką. Cieszył się on postępami swej religii w cesarstwie i mówił mi, co następuje... i t. d.
Więc jednak Zyd rozmawiał z Melą, a ów słuchał opowiadania o pięknościach judaizmu?
Lecz na św. Pawła wzrusza Anatol France ramionami, według niego, prokonsul nie zwrócił uwagi na Apostoła — i była to rzecz zupełnie naturalna, a nawet dobra, bo św. Paweł nie mógł go niczego nauczyć! I oto wszystko.
A zarazem tu siedzi wąż. Trzeba z przykrością powiedzieć, że Anatol France czuje wprost niechęć do chrześcijaństwa i że umyślnie je zapoznaje i umniejsza. Wedle niego, to nie chrystyanizm, ale właściwie judaizm, dał światu nowego Boga i tchnął weń nowe życie. Rzym, zgodnie z przewidywaniem Galiona i Meli, stał się istotnie wiecznem miastem, ale nie dlatego, że był historyczną stolicą Papieży i stąd promieniał na okrąg ziemski, jeno dlatego, że przekazał nam cywilizacyę rzymską, że wyłonił z siebie Odrodzenie i t. d. Otóż na Kastora i Polluksa! jedno i drugie to przecie ze stanowiska nawet czysto historycznego poprostu nieprawda. Judaizm zbyt był formułkowaty, zbyt skostniały, zbyt skrępowany i krępujący przepisami, żeby mógł tchnąć w ludzkość nowe życie, a Rzym, gdyby nie był został stolicą papiestwa, byłby w biegu wieków niczem. Olbrzymiego przewrotu, olbrzymiego wpływu na ludzkość i cywilizacyę — i zapoczątkowania nowego życia nie można chrześcijaństwu zaprzeczyć. Filozof i historyk, który to czyni, łudzi tylko siebie i innych.
Jednakże Anatol France zapoznaje, ogranicza i zmniejsza umyślnie chrześcijaństwo.
A szkoda, że tak jest. Szkoda, nie mówiąc o wszelkich innych względach, nawet ze stanowiska artystycznego i literackiego. W ten sposób bowiem przestaje on być tym pogodnym sceptykiem greckim, tem dzieckiem wesołej i szczebiotliwej, ale zarazem dowcipnej Hellady, tym pyrrońskim motylem, unoszącym się na barwnych skrzydłach nad wszelkimi objawami życia. Dzieła jego przestają być także słodkim wywczasem, literacką rozkoszą, albowiem twórca ich staje się człowiekiem partyi, członkiem stronnictwa, czy nawet sekty, doraźnym politykiem, drejfusistą, kombistą i czem kto chce — tylko nie samym sobą.
A przedewszystkiem, przemycając pod formą, niby beztendencyjną, tendencyę, traci artystyczną szczerość, w której tkwił tak wielki jego urok i która obok talentu, obok dowcipu i zwrotnej, niezmiernie barwnej myśli, zapewniła mu i we Francyi i poza jej granicami tak wielką poczytność.
Szkoda nakoniec i dlatego, że jest to jednak trochę nowożytny Petroniusz. Nie znosi on zła, przemocy, ciemnoty, barbarzyństwa i okrucieństwa — zarazem dlatego, że ma duszę szlachetną, i dlatego, że jako esteta, brzydzi się wszelką szpetotą.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.