Maleńka Dorrit/Część I/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Maleńka Dorrit
Podtytuł powieść
Data wydania 1925
Wydawnictwo Książnica - Atlas
Druk Zakłady graficzne „Książnica-Atlas“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Little Dorrit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ: IV DZIECKO MARSHALSEA.

Maleńka Dorrit od pierwszej chwili swego życia stała się jakby własnością ogółu, zamkniętego w obrębie murów więzienia Marshalsea. Wiedzieli o niej wszyscy i każdy pragnął ją zobaczyć, kobiety i mężczyźni podnosili ją na ręku, nadając jej, jakgdyby za wspólną umową, jedno imię — Maleńka!
Tak była bardzo mała i cichutka.
Powinna zostać moją chrzestną córką — odezwał się odźwierny, patrząc na maleństwo jakimś ojcowskim wzrokiem.
Pan Dorrit spojrzał na niego niepewny.
— Trzymałbyś ją pan do chrztu? — spytał wreszcie.
— Bardzo chętnie — zawołał dozorca z widocznem zadowoleniem.
Ochrzczono zatem małą w najbliższym kościele w niedzielę po południu, kiedy odźwierny był wolny, i chrzestny ojciec z dumą niósł ją zpowrotem do domu, zapewniając, że całem sercem wyrzekł się w jej imieniu wszelkich spraw szatana.
Odtąd miał pewne prawa do Maleńkiej i korzystał z nich chętnie. Skoro zaczęła chodzić i mówić cokolwiek, kupił dla niej wysokie drewniane krzesełko i stawiał je obok swego przed kominkiem, na którym płonął zwykle słaby ogień. Maleńka polubiła izbę odźwiernego, jej kominek i ciepło, swój wysoki stołek i tanie cacka, jakie na nim znajdowała. Przywiązała się także do chrzestnego ojca i często można było widzieć jej drobną postać, przebywającą z trudem kilka schodków, ażeby dostać się do jego stancji.
Zdarzało się, że zasypiała przed kominkiem na wysokim swoim stołeczku, — wówczas odźwierny lekko i ostrożnie zarzucał jej na głowę swoją dużą chustkę od nosa. Jeśli nie spała, ubierała lalki, rozmawiając dziecinnym językiem o częściach garderoby swego dziecka.
Ona sama prawdopodobnie nie umiałaby określić, kiedy zauważyła, że furtka żelazna, otwierająca się zczasem dla każdego z mieszkańców, dla jej ojca jedynie była zawsze zamknięta. Wtedy też poraź pierwszy zdała sobie sprawę, że tam za murem jest jakiś świat inny, bez murów, furtki, klucza i dozorcy. Może myślała o nim, kiedy usuwając się od zabawy z dziećmi, stawała przy kracie lub przez okno patrzyła na błękitne niebo i nieznaną jej przestrzeń, oną murami obcych, nieznanych jej domów.
— Myślisz zapewne o zielonej łące? — zapytał raz odźwierny, który od pewnego czasu zauważył ciche zadumy Maleńkiej.
— O zielonej łące... — powtórzyła z wielką rozwagą. — Co to znaczy zielona łąka?
— To... to jest takie pole — odpowiedział cokolwiek zakłopotany, kręcąc kluczem między palcami i mimowoli wyciągając rękę w stronę kończącego się miasta.
A czy ją także zamykają na klucz? — zapytała dziewczynka.
— Na klucz? — powtórzył zdziwiony dozorca. — Nie, zwykle nie, jakże?
— A czy tam ładnie, Bob?
Nazywała go Bobem nieśmiało i delikatnie zarazem, ponieważ bardzo prosił o tę poufałość.
— Ślicznie — zawołał. — O, bardzo prześlicznie! Trawa, kwiaty, żółte, niebieskie, różowe, wszystko wesołe, piękne, bardzo piękne.
— Tam przyjemnie jest chodzić, prawda?
— Spodziewam się! — zapewnił starzec.
— A ojciec był tam kiedy?
— Ojciec? hm, zdaje mi się, hm, myślę, że chodził dawniej.
— To jemu bardzo smutno, że teraz iść nie może?
— N... nie... niebardzo, moja mała — wyjąkał zakłopotany.
— I im wszystkim — mówiła Emi, spoglądając na drepczące po bruku gromadki.
Bob był mocno zmieszany, więc wyjął z szuflady kawałek owsianego cukru i ofiarował z uśmiechem gościowi. Był to najlepszy środek przerwania rozmowy, skoro wkraczała na tory drażliwe, i starzec umiejętnie go stosował.
Od tego czasu jednak zaczęły się dla małej w przerwach dwutygodniowych wycieczki za miasto. Bob miewał wtedy popołudnie wolne, więc jeśli tylko pogoda sprzyjała, brał maleńką za rękę i zwolna, poważnie kroczyli przez ulice aż het, het, daleko, na jakąś łąkę lub pomiędzy drzewa, na miejsce starannie wybrane zawczasu, gdzie dziewczynka biegała i zrywała kwiatki, a on spokojnie palił swą fajeczkę. Zwiedzali w ten sposób publiczne ogrody, kupował jej ciastko, cukierek, krewetki, a jeśli się zmęczyła, niósł ją zpowrotem na ręku i często oddawał rodzicom uśpioną.
Sam oddalał się zamyślony, gdyż w tym czasie zaczęła go już dręczyć troska, jakim sposobem mógłby zostawić dla Emi swe skromne oszczędności, ale tak, żeby nikt nie mógł odebrać jej tego majątku. Radził się o to najmądrzejszych ludzi, jakich spotykał w swojem otoczeniu, lecz nie znalazł środka i śmierć zaskoczyła go niespodziewanie bez testamentu i jakichkolwiek rozporządzeń.
Maleńka Dorrit miała wtedy lat szesnaście, ale już od lat ośmiu, to jest od śmierci matki zmieniła się jej rola względem własnej rodziny.
Pan Dorrit mocno odczuł stratę żony. Gdy po kilku dniach samotności ukazał się znów dzieciom, Emi zauważyła z przerażeniem jego zbielałą głową i poblakłe oczy. Jej serduszko ścisnęło się wtedy boleśnie i po raz pierwszy uczuła pragnienie okazania w jakiś sposób użyteczny swego przywiązania do ojca.
Cóż jednak może zrobić ośmioletnie dziecko? Duch miłości i poświęcenia nasunął jej jedyny sposób: wyrzec się tak przyjemnych wycieczek i gawęd w izdebce odźwiernego, a być więcej z ojcem.
I pozostała przy nim. jeśli był sam w pokoju, nie wychodziła także, umiała sobie zawsze znaleźć jakieś zajęcie, i starzec prędko przywykł do jej obecności. Skoro wyszła, natychmiast mu jej brakowało.
Więc spędzała długie milczące godziny, rozmyślając o wszystkiem, co ją otaczało, o ojcu, siostrze, bracie, o świecie za kratą, o tem życiu w zamknięciu i pod kluczem, i w jej niewinnej i dziecięcej duszy wytwarzać się zaczęły jakieś pojęcia o rzeczach, których nie znała wcale i zrozumieć jeszcze nie mogła.
Jedynym jej nauczycielem na tej drodze była prosta, głęboka miłość. Kochała ojca, kochała rodzeństwo i pragnęła im służyć. Ale jak im służyć? Co dla nich zrobić może?
W trzynastym roku umiała już czytać i pisać, i ona prowadziła domowe rachunki. Do czytania nie miała odpowiednich książek, a pisanie ograniczało się na tem, że umiała nakreślić nazwę, ilość, cenę przedmiotów pierwszej potrzeby. Od czasu do czasu z duże mi przerwami uczęszczała do szkółki początkowej, do której zaprowadził ją jej chrzestny ojciec. Naturalnie nie było nawet mowy o jakiejś systematycznej nauce, ale zawsze zdobyła trochę wiadomości, kilka drobniejszych ziarnek, które potem zwolna kiełkowały w jej myśli i często wydawały owoc.
Pierwszym owocem było gorące pragnienie, aby Fanny i Edward, zwany w domu Tipem, mogli także chodzić do szkoły. A spełnienie tego marzenia — to jej pierwszy triumf, to nieświadome, ale rzeczywiste objęcie stanowiska głowy i opiekunki rodziny.
Fanny i Edward nie mieli bynajmniej wielkiego zamiłowania do nauki, lecz szkoła stanowiła w ich jednostajnem życiu pewne urozmaicenie, zadowalała próżność. Nauki naturalnie było mało, dużo zbijania bąków i opuszczania, ale ponieważ trwało to lat kilka, musiało pozostawić pewne ślady.
Przezorna Emi widziała tymczasem, że Fanny jest już duża, i co będzie potem, gdy do szkoły chodzić przestanie? Czyż można, nic nie robiąc, kręcić się tylko ciągle po dziedzińcu? W zmiennej fali, przepływającej przez Marshalsea, różnych widziała ludzi, większość tam poza kratą miała zwykle jakieś zajęcie, które dawało dochód. A pieniądz tak potrzebny. Tyle rzeczy kupićby można. Tyle rzeczy potrzebowali ojciec, brat i siostra.
Tylko jakim sposobem i jakie wynaleźć dla rodzeństwa zajęcie?
Pewnego dnia pomiędzy innymi więźniami znalazł się także nauczyciel tańca. Emi natychmiast błysnął wielki pomysł.
Fanny miała wrodzone zdolności do tańca i ogromne zamiłowanie. Nie mając żadnych wskazówek i wzorów, tańczyła wiecznie po więziennym bruku i wzbudzała podziw i zachwyt. Dlaczegóżby więc taniec nie miał stać się dla niej korzystnem zajęciem?
Nazajutrz trzynastoletnia dziewczynka z małym woreczkiem w ręku zapukała do celi baletnika.
— Przepraszam pana, ja się tutaj urodziłam.
— Aha! więc to ty jesteś! — zawołał wesoło, obejmując spojrzeniem drobną postać.
— Tak, proszę pana, i chciałam pana prosić — mówiła coraz ciszej i bardzo nieśmiało — czyby pan nie chciał przez ten czas, co pan tu będzie, uczyć tańca moją siostrę... po niedrogiej cenie...
— Moje dziecko, najchętniej — zawołał nauczyciel — ale bez żadnej ceny.
I zamknął jej mały woreczek.
Tegoż dnia jeszcze rozpoczęła się nauka, i Fanny okazała niepospolite zdolności. Nauczyciel i uczennica byli sobą nawzajem zachwyceni, nie żałowali czasu ani pracy, a postępy budziły podziw widzów i rozweselały całe zgromadzenie.
Nauczyciel tańca krótko zabawił w Marshalsea, ale przyrzekł odwiedzać swoją uczennicę i nie zapomnieć o niej. Słowa dotrzymał i obiecywał teraz — rozumie się bez wiedzy pana Dorrit — że zrobi z Fanny wyborną tancerkę i otworzy jej wstęp do teatru.
Emi była zadowolona, a ponieważ nie mogła jeszcze wymyślić nic dla Tipa, zaczęła myśleć poważnie o sobie. Doświadczenie ją nauczyło, że szycie w domu jest bardzo potrzebne, i zapragnęła się wydoskonalić w tej umiejętności.
Ale znów trzeba czekać szczęśliwej okazji.
Wreszcie i modystka zjawiła się w Marshalsea.
Nazajutrz Emi zapukała do jej pokoju.
— Przepraszam panią bardzo, ja się tutaj urodziłam.
— Ach, to ty dziecko! Bardzo cię żałuję. I przykro mi, że nie mam nic dla ciebie.
Modystka była smutna i płakała.
— Nie po to przyszłam tutaj, proszę pani, tylko... czyby pani nie chciała nauczyć mię krawiectwa... za niedrogą cenę.
— Moje dziecko — rzekła modystka — widzisz, do czego doszłam na tej drodze.
— Bardzo pani żałuję, ale chciałabym nauczyć się szycia. Ja tak mało wymagam i to byłoby dla mnie wielkim skarbem.
— Jesteś mała i wątła, moje dziecko — zaczęła dość niechętnie smutna mistrzyni igły.
— Tak, jestem bardzo mała — szepnęła Emi, tłumiąc łzy w obawie, że jej prośba zostanie odrzucona — jestem mała, ale jestem dosyć silna, pracowałabym szczerze, bo .. tak pragnę...
Nie mogła mówić więcej i załkała cicho.
To wzruszyło biedną kobietę, przygnębioną własnemi kłopotami, przytuliła dziecko do piersi i zajęła się nią serdecznie.
Tym sposobem obiedwie siostry miały w ręku kawałek chleba, ale żeby z niego korzystać, trzeba znów było użyć dyplomacji.
Pan Dorrit czuł się zawsze zrujnowanym panem i, choć łaskawie przyjmował daniny, należne mu w tem miejscu od poddanych, rozpłakał się na pierwszą wzmiankę, że córki jego mają pracować dla chleba. Nie, na to nie pozwoli, póki żyje!
Więc jakże zrobić? Trzeba go przecież oszczędzać. Dosyć smutne ma życie w tem zamknięciu.
Emi myślała o tem.
Pan Dorrit miał rodzonego brata, który był na wolności, ale często odwiedzał go w Marshalsea. Majątek obu braci zginął jednocześnie w zawiłych interesach ojca Emi, który jednak sam tylko był odpowiedzialny za pozostałe długi, jako wspólnik firmy. Stryj Fryderyk, skromny i cichy, na wieść o ubóstwie pochylił się ku ziemi, jakby pod wielkim ciężarem, i nie głosząc skarg żadnych, stał się człowiekiem złamanym. Niegdyś z amatorstwa uprawiał muzykę, teraz dostał miejsce w orkiestrze jakiegoś drugorzędnego teatru i skromny dochód wystarczał mu na utrzymanie. Zajmował na poddaszu ubogą izdebkę, chodził zaniedbany w starej zniszczonej odzieży, miał wstręt do zimnej wody i mycia, mało się troszczył o to, czem głód zaspokajał.
Z ojcem Marshalsea stanowił przeciwieństwo tak pod względem powierzchowności, jak usposobienia, pomimo to bracia kochali się bardzo.
Tego to właśnie stryja Fryderyka wybrała teraz Emi na opiekuna Fanny. Jako tancerka Fanny nie mogła mieszkać w więzieniu, które o godzinie ósmej zamykano, trzeba było zyskać pozwolenie ojca, aby zamieszkała ze stryjem.
Oświadczyła więc ojcu, że stryj potrzebuje opieki, że Fanny będzie mu bardzo użyteczna, a dla niej także lepiej, że czasem wieczorem będzie mogła zabawić się w teatrze.
Sama rzadko wychodziła na miasto dla zarobku, nie miała stosunków i była nieśmiała, niekiedy dostawała trochę roboty do domu od swojej nauczycielki lub ukradkiem pomagała jej w pracowni. Lecz teraz główną troską był dla niej los brata.
Tip nie miał chęci do niczego, przedewszystkiem nie chciał pracować. Poczciwy Bob, mając o nim wyrobione zdanie, z którego się nie zwierzał swojej chrzestnej córce, namawiał go do wojska lub do służby na okręcie, ale chłopiec odrzucił obie propozycje. Z wielkim trudem udało się nakoniec Emi namówić go do przyjęcia miejsca woźnego w sądzie, które mu przy pomocy dobrych ludzi wyrobiła. Ale w kilka dni wrócił, oświadczając, że jest zmęczony.
Umieściła go potem w składzie chmielu, w browarze, w owocarni, w fabryce kapeluszy, w dokach, lecz każda próba trwała bardzo krótko.
Wreszcie po niezliczonych najrozmaitszych próbach zjawił się dnia któregoś z oznajmieniem, że znalazł sobie miejsce i nie będzie już dla niej kłopotem. Była to jakaś spółka podejrzanych handlarzy końmi. Tip brał w niej udział przez kilka miesięcy, opowiadano o nim, że ma dużo pieniędzy, w Marshalsea nie pokazywał się zupełnie.
Ale pewnego razu zjawił się niespodziewanie — jako więzień. Za marne czterdzieści gwinej[1].
Na tę wieść biedna Emi wybuchnęła płaczem. Nadewszystko lękała się o pana Dorrit — i błagała brata, aby to ukrył przed ojcem.
Tip nie mógł jej zrozumieć. Wielkie rzeczy! Zgodził się wreszcie zachować przed ojcem w tajemnicy powód swojego powrotu. Jemu to wszystko jedno w gruncie rzeczy.
W takich warunkach i okolicznościach upłynęło dzieciństwo i młodość maleńkiej Dorrit. W chwili powrotu Artura Clennam do Londynu miała rok dwudziesty trzeci. Pracowała na mieście i zarabiała igłą na potrzeby ojca i brata. Kryjąc się ze swą pracą, i nieśmiało, lękliwie przemykając się wieczorem i rano przez furtkę więzienia. Swoim pracodawcom nie mówiła nigdy, skąd przychodzi, gdzie mieszka, i ta tajemnica jeszcze bardziej czyniła ją nieśmiałą.
Stosunek z ojcem zawsze pozostał serdeczny, otaczała go troskliwą opieką, czuwała jak nad dzieckiem. Musiała go opuszczać często na dzień cały, bo skądżeby czerpała na jego potrzeby? Wiedziała, że zostaje wśród życzliwych. Nigdy jednak nie mówiła, dokąd idzie, i starzec jej nie pytał. Nie chciał wiedzieć o niczem. Tak było daleko wygodniej.
Spotkanie z Arturem w domu pani Clennam zbudziło pewien niepokój: zauważyła jego ciekawe spojrzenia, zauważyła, że podczas bytności u matki bacznie śledzi ją wzrokiem, a ponieważ w przeciągu pierwszych paru tygodni bywał prawie co dziennie w sprawach swego wycofania się ze spółki, maleńka Dorrit uznała za najbezpieczniejsze poprosić panią Clennam o kilkodniowy urlop.
Wtedy Artur zdecydował się wykryć miejsce jej schronienia i poznać bliżej przeszłość tajemniczego dziewczęcia.


Przypisy

  1. Gwinea — dawna moneta angielska, wartości 21 szylingów; funt sterling, będący od 1818 roku w obiegu, ma 20 szylingów.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.