Maleńka Dorrit/Część I/Rozdział V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Maleńka Dorrit
Podtytuł powieść
Data wydania 1925
Wydawnictwo Książnica - Atlas
Druk Zakłady graficzne „Książnica-Atlas“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Little Dorrit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ V: ZAMKNIĘTA FURTKA.

Przed ósmą Artur zaczął się przechadzać po przeciwnej stronie ulicy, rzuciwszy badawcze spojrzenie na słabo oświetlone okna pokoju matki.
Wkrótce furtka skrzypnęła i drobna postać Dorrit szybko przemknęła w mroku. Artur podążył za nią.
Szła prędko, widać dobrze znaną drogą, skręcając to na prawo, to na lewo, nagle — zniknęła za żelazną kratą posępnego budynku, otoczonego murem.
Artur zbliżył się także. Wczesny wieczór październikowy nie pozwalał mu objąć wzrokiem zabudowania, które nie wyglądało na dom zwykły. Obejrzał się dokoła, ulica była dość pusta, nie miał kogo zapytać.
Wtem do furtki zbliżył się zgarbiony starzec w lichym płaszczu i pomiętym kapeluszu. Pod pachą niósł jakiś instrument muzyczny, owinięty w ciemny pokrowiec.
Artur podszedł i lekko dotknął jego ramienia.
— Przepraszam pana — rzekł bardzo uprzejmie — chciałbym zapytać, co to za budynek?
Starzec patrzył na niego poblakłemi oczami, z trudem zbierając myśli.
Aha, budynek... To?... To Marshalsea — odezwał się nakoniec.
— Marshalsea? Więzienie za długi?
— Tak, panie.
— Przepraszam pana, że jeszcze zapytam, czy każdy tu wejść może?
— Wejść?... tak — odpowiedział znowu starzec.
— W takim razie, przepraszam bardzo, że pana zatrzymuję, ale to nie ciekawość z mojej strony. Pan, zdaje się, znasz to miejsce, czy nie słyszałeś pan kiedy nazwiska Dorrit?
— Mego nazwiska? — spytał nieznajomy ze szczerem zadziwieniem.
Artur zdjął kapelusz i złożył mu ukłon.
— Jestem Clennam — rzekł żywo. — Przed paru tygodniami wróciłem do Anglji z długiej i dalekiej podróży. W domu matki spotkałem młodą dziewczynę, która zarabia u niej szyciem. Nazywają ją Dorrit. Obchodzi mię to dziecko w sposób bardzo poważny, muszę zasięgnąć o niej pewnych wiadomości i właśnie dziś przed chwilą widziałem, jak weszła w tę furtkę.
— Hm... hm... — powtarzał starzec. — Mała Dorrit. Wiem, że pan mówi prawdę. Emi mówiła mi o pani Clennam. Skoro się pan poważnie nią interesuje, to... to proszę.
Postąpił ku furtce i znów się zatrzymał.
— Widzi pan — zaczął znowu — to jest córka brata mojego, Wiljama. Jestem Fryderyk Dorrit. Brat zamknięty tutaj od lat bardzo wielu, bardzo wielu. Za długi. Jakie długi? Mniejsza o to. O wielu rzeczach nie wie. Nie można mówić przy nim o tem, co się dzieje za kratą. Nie wie, że jego córka zarabia szyciem. Nie wie. Więc bądź pan ostrożny i mów tylko o tem, o czem inni rozmawiać będą.
Na końcu długiej sieni odźwierny otworzył furtę i puścił obu, nie pytając, dokąd idą. Znaleźli się na ciemnem i ciasnem podwórzu, w oknach dokoła jaśniały światełka. Fryderyk skierował się do drzwi dobrze znanych i, wstępując na schody, odwrócił się do towarzysza.
— Schody strome, a ciemno, ale droga prosta — rzekł uspokajająco.
Zatrzymał się na górze jeszcze chwilę, czekając na towarzysza, nakoniec, kiedy Artur znalazł się tuż za nim, pchnął przed sobą niewielkie drzwiczki.
I oto Artur zrozumiał natychmiast, dlaczego mała Dorrit nie chciała jeść razem obiadu.
Klęczała w tej chwili przed niskim kominkiem i na małej patelni rozgrzewała kotlet, który przyniosła z sobą. Przy stoliku w szlafroku siedział tymczasem jej ojciec, oczekując z apetytem na wieczerzę. Stół był nakryty czyściutką serwetą, przy talerzu na podstawce leżał nóż i widelec, a dalej stała szklanka i butelka piwa, solniczka i pieprzniczka, chleb pokrajany starannie, — zastawa sprawiała przyjemne wrażenie.
Mała Dorrit na widok gościa szeroko otworzyła oczy, twarz jej oblała się nagie rumieńcem, a potem zbladła bardzo. Artur starał się uspokoić ją gestem i spojrzeniem.
— Wiljamie — zaczął Fryderyk, zbliżając się do stołu — pan Clennam, przyjaciel Emi, pragnął cię odwiedzić i poznać.
— Miło mi złożyć uszanowanie ojcu miss Dorrit, którą miałem przyjemność poznać — odezwał się Artur.
— Bardzo mi przyjemnie, witam pana, panie Clennam — mówił starzec tonem ojcowskim. — Fryderyku, krzesło. Proszę, niech pan spocznie.
Artur dziękował, niebardzo wiedząc, o czem mówić.
— Witam pana uprzejmie — powtórzył pan Dorrit z uroczystą powagą patrjarchy. — Jestem przyzwyczajony do tego rodzaju odwiedzin, bo... może Emi mówiła panu, że jestem ojcem Marshalsea?
— Słyszałem o tem — odparł Artur w przekonaniu, że sprawia mówiącemu przyjemność.
— Wiesz pan także zapewne, że Emi się tu urodziła? Dobre dziecko, bardzo dobra córka, cała moja pociecha. Emi, kochanie, podaj talerz i dla pana. Pan wybaczy, że posiłek nasz jest skromny, panie Clennam.
— Dziękuję bardzo, jestem po kolacji.
Emi podała kotlet, przysunęła ojcu talerz z chlebem, nalała mu piwa i usiadła spokojnie obok niego, niby jedząc kawałek chleba, choć Artur widział, że była zanadto wzruszona, aby przełknąć cokolwiek. Nie rozumiał on dobrze tej rodzinnej sceny, lecz widział jej kochające spojrzenie, które z wyrazem najwyższej miłości i serdecznego żalu ogarniało poważną postać ojca.
— Co robi dzisiaj Fanny? — zapytał pan Dorrit, zwracając się do brata.
— Wybiera się na miasto z Tipem. Zaraz pójdziemy razem.
— Tip i Fanny to moje dzieci — zwrócił się do Artura. — Pan tutaj poraz pierwszy?
— Poraz pierwszy.
— Rozumie się, byłbym pana widział. Nie bywa nikt w Marshalsea, żeby mi się nie przedstawił. To jest słuszne. Odwiedza mię czasem po pięćdziesiąt osób, w niedzielę zwłaszcza. Prawdziwa audjencja.
— Pan ma dużo przyjaciół.
— Jestem ojcem Marshalsea, panie. Każdy uważa sobie za honor i obowiązek złożyć mi uszanowanie i... i... Emi, jak się nazywał ten gentleman, który... który w sam dzień Bożego Narodzenia...
— Nie pamiętam, ojcze — odparła z niespokojnym błykiem w oczach.
— Nie pamiętasz? ta pelargonja, taka piękna? To był prawdziwie szlachetny postępek, piękny czyn, panie Clennam. Muszę panu to opowiedzieć.
— Po co, ojcze? szepnęła nagle Emi, kładąc mu delikatnie rękę na ramieniu i oblewając się znowu rumieńcem.
Artur widział, że ręka jej leciuchno drżała, a spuszczone powieki zasłaniały oczy, ukrywając wstyd i smutek.
— Czyn tak piękny powinienem opowiedzieć... hm... właściwie niema powodu go taić. Rzecz wiadoma, że odwiedzający Marshalsea życzą sobie zazwyczaj złożyć mi uszanowanie i, hm... pozostawić... hm... upominek, w dowód życzliwości. Rozmaicie się zdarza — mówił dalej, jedząc i popijając piwem. — Przynoszą cygara, jakiś owoc, czasem... hm, trochę pieniędzy. Sądzę zresztą, że to forma najwłaściwsza. Lecz ów gentleman przyniósł mi doniczkę kwitnącej pelargonji, bardzo pięknej barwy. Na złożonym papierze, którym była owinięta, znajdował się napis: „Dla Ojca Marshalsea“, a w papierze znalazłem, hm, dwie gwineje.
Artur szukał w myśli, coby odpowiedzieć, kiedy rozległ się dzwonek, a jednocześnie w sieni dały się słyszeć kroki, drzwi się otworzyły i na progu stanęła piękna, wysoka dziewczyna w towarzystwie młodego człowieka.
— Fanny, pan Clennam, mój syn. Dzwonek ten zapowiada, że zamykają bramę, więc dzieci przyszły się ze mną pożegnać, ponieważ wychodzą na miasto. Załatwiajcie, dzieci, swoje interesy. Pan Clennam wybaczy. Mamy tylko jeden pokój.
— Moja biała suknia, Emi.
— Moje ubranie. Czy zreperowane?
Mała Emi otworzyła coś w rodzaju komody, co było zarazem łóżkiem, i podała rodzeństwu dwa przygotowane pakiety. Stryj Fryderyk podniósł się także i umieścił pod pachą swój instrument.
— Pójdźmy, zamykają — rzekł do pana Clennam.
Lecz Artur pragnął jeszcze załatwić dwie rzeczy. Po pierwsze, zostawić panu Dorrit upominek w taki sposób, żeby córka nie widziała, a po wtóre — pomówić z Emi.
— Odprowadzą pana — rzekł, podnosząc sie, ojciec Marshalsea.
— Za nic w świecie — zawołał Clennam i spostrzegłszy, że Emi pobiegła za rodzeństwem, wsunął w rękę jej ojca parą monet.
— Bardzo... bardzo... — zaczął pan Dorrit, ale Artur żegnał go śpiesznie i wybiegł za innymi.
W sieni nie spotkał Emi, nie zauważył jej i na dziedzińcu i już przypuszczał, że się gdzieś ukryła, kiedy spostrzegł, że powracała do domu.
Postąpił ku niej żywo.
— Muszą panią bardzo przeprosić — rzekł serdecznie — że przyszedłem za nią aż tutaj. Pragną być użytecznym pani i jej rodzinie. Proszę bardzo widzieć we mnie życzliwego. Pani widziała mój stosunek z matką, wiec nie dziwisz się chyba, że tam nie zbliżałem się do ciebie. To, co widziałem dzisiaj, utrwaliło moje uczucia. Tem gorecej pragną w tej chwili pozyskać pani zaufanie i stać ci się w jaki sposób użytecznym.
W pierwszej chwili wyczytał przestrach na jej twarzy, lecz się uspokajała, słuchając, co mówił.
— Pan jest bardzo dobry — rzekła nakoniec. — Pan mówi szczerze, ale... bardzo mi jest przykro, że pan tu przyszedł za mną.
Zrozumiał, że chodziło jej o ojca.
— A przytem — rzekła znowu — tak wiele winna jestem pani Clennam... gdyby nie praca u niej, doprawdy, nie wiem czasem, coby było. Więc nie chciałabym za to być niewdzięczna, mieć przed nią tajemnice.
— Pozwól mi, nim odejdę, zadać sobie jedno pytanie. Czy dawno znasz moją matkę?
— Blisko dwa lata. Już przestali dzwonić, zamkną furtkę.
— Czy przysłała tutaj po ciebie? Jakim sposobem cię znalazła?
— Pani Clennam nie wie, gdzie mieszkam. Nigdy nie mówiłam jej tego. Bardzo potrzebowałam roboty, więc napisałam o tem ogłoszenie i prosiłam jednego znajomego, bardzo dobrego przyjaciela ojca, ażeby je bezpłatnie umieścił, gdzie można. Podałam jego adres. Pańska matka zgłosiła się do niego, on mię zawiadomił i natychmiast poszłam. Niech się pan śpieszy, zamykają furtkę.
Szybko, życzliwie skinęła mu głową i pobiegła do ojca. Artur jeszcze się wahał, jakby chciał skończyć zaczętą rozmowę, wreszcie z wymownym gestem skierował się ku wyjściu.
Ale furtka była zamknięta. Nie pomogły kilkakrotne uderzenia i zaczął przewidywać, że spędzi noc pod gołem niebem, gdy usłyszał głos tuż za sobą.
— W pułapce, hm? To pan, panie Clennam?
— Ach, to pan? Więc i pan został? — rzekł Artur, poznając Tipa.
— Ja? To co innego. Jestem tutaj u siebie. Tylko Emi, nie wiem dlaczego, nie chce, żeby ojciec wiedział.
— W takim razie, jako gospodarz, może mi pan co poradzi. Jest tu gdzie przenocować?
— Najlepiej zawołam Emi — rzekł Tip, przyzwyczajony do opieki siostry.
— Za nic w świecie! — zawołał Clennam. — Ostatecznie głupstwo. Noc prędko upłynie.
— Zwłaszcza, że deszczyk kropi — żartował Tip złośliwie. — Patrz pan — mówił, wskazując okno — poszła teraz czytać ojcu. A za godzinę pobiegnie tu znowu do siebie. Mieszka w tym domku obok odźwiernego, na pierwszem piętrze, zacząwszy od nieba. Ale chodź pan, bo mokro! Ulokuję pana w kawiarni.
W jednym z domków więźniowie drogą składki opłacali mały i ciemny pokoik, który stanowił dla nich klub, resursę, a nosił skromne miano: kawiarni Marshalsea.
Z kilku krzeseł naprędce Tip i Clennam zrobili łóżko, mniej wygodne, ale lepsze od żadnego, i Artur, podziękowawszy za pomoc, został sam wreszcie ze swemi myślami.
Leżał, lecz zasnąć nie mógł. W głowie krążyły mu tysiące myśli, wśród ciemności najfantastyczniejsze przypuszczenia wydawały się prawdopodobne.
Co zetknęło panią Clennam z maleńką Dorrit? Czy w istocie było to tylko ogłoszenie? Czy nie miała tego nazwiska, wypisanego w duszy płonącemi wiecznie głoskami? A jeżeli tak było? Jeśli ten starzec w jakikolwiek sposób jest ofiarą jego rodziców?
Biedny starzec. Biedna maleńka! Jak wyświetlić prawdę?
W takich myślach doczekał świtu. Zaledwie mógł rozróżnić otaczające go w zmroku przedmioty, podniósł się i wyszedł na podwórze.
Słońce zapewne już wstało nad ziemią, ale tutaj panowała jeszcze prawie ciemność. Na szarym bruku rozróżniał rzucone papiery, odpadki, ogryzki, obok drobnych zbiorników wody po nocnym deszczu. Ciemne, zamknięte okna świadczyły wyraźnie, że mieszkańcy tego przybytku niedoli nie śpieszą rano witać dnia wracającego. Nie spotkał też nikogo, aż do chwili, kiedy nakoniec klucz zaskrzypiał w zamku i furtka znowu stanęła otworem.
Wyszedł na ulicę i zauważył zaraz snujący się tłum drobnych przekupniów, którzy zaspokajali potrzeby pozbawionych wolności biedaków.
Wtedy przyszło mu na myśl, że za parę godzin Emi będzie szła tędy do pracy i byłoby wygodnie dokończyć z nią rozmowy. Zwrócił się więc uprzejmie do jednego z ubogich przechodniów i zapytał, czy wpobliżu można zjeść śniadanie.
— Tutaj zaraz na rogu jest traktjernia — odparł mężczyzna — idę także w tę stronę.
Szli zatem obok siebie i Artur zapytał, czy nieznajomy częstym jest gościem w Marshalsea i czy zna pannę Dorrit.
— Są dwie panny Dorrit — odpowiedział natychmiast. — Jedna taka maleńka, urodziła się w więzieniu. Ah, o tę panu chodzi. Bo tamta mieszka u stryja na tej samej ulicy, kilka kroków.
To objaśnienie zmieniło zamiary Artura. Zamiast zaczepiać Emi na ulicy, wolał ją spotkać u stryja. Wstąpił więc do traktjerni, napisał karteczkę i przez tegoż człowieka posłał ją maleńkiej, a sam według najdokładniejszych wskazówek skierował się do pana Fryderyka.
Szczegółowe wskazówki były niezmiernej wagi, gdyż w ogromnej ruderze mieszkało tylu lokatorów, że mógł łatwo nie znaleźć, kogo szukał.
Trafił jednak po stromych, bardzo brudnych schodach, prowadzących prawie do nieba, i zapukał ostrożnie.
Stryj Fryderyk sam mu otworzył.
— Aha — zaczął powoli, jakby się budził ze snu — to pan wczoraj... zamknęli pana?
— Ośmieliłem się prosić panny Emi, aby zechciała dzisiaj spotkać się ze mną u pana. Wszak wolno?
— Aha — zaczął znów starzec, jakby zbierał myśli — mój brat pana krępuje? Tak, tak, naturalnie.
Artur usiadł ostrożnie na jednem krześle, które na pierwszy rzut oka nie zdradzało poważniejszego kalectwa, i rozejrzał się po ciasnej izdebce. Była ciemna i brudna. Pomimo wysokiego piętra okno wychodziło na jakiś mur szary. Na sprzętach wszędzie pełno rozrzuconych rzeczy, łóżko-komoda jeszcze nie zamknięte, na stole dwie szklanki kawy i kilka bułek na jakimś papierze.
Stryj Fryderyk z wahaniem patrzył na swoje zaczęte śniadanie, mruknął coś niewyraźnie, że Fanny uciekła, i widocznie chciał ją sprowadzić, gdyż ostrożnie zbliżył się do drzwi przymkniętych od sąsiedniej izby, ale skoro chciał je otworzyć, zatrzasnęły się nagle i Artur spostrzegł mimochodem parę nóżek kobiecych, brzeg krótkiej spódnicy i usłyszał niezbyt uprzejme:
— Stary głupcze!
Przestraszony Fryderyk Dorrit cofnął się śpiesznie do stołu, usiadł z miną niepewną, zacierając ręce.
— Co pan myślisz o moim bracie? — spytał wreszcie, jakgdyby przypomniał sobie gościa.
— Sądzę — odparł Artur, dość zakłopotany — że cieszy się dobrem zdrowiem i nie został przygnębiony tem... nieszczęściem.
Odpowiedź ta była właściwie porównaniem obu braci i podkreśleniem różnicy, która tak uderzyła Artura.
— A tak — powtórzył starzec — nie został przygnębiony.
Znowu długa chwila milczenia, w której pan Fryderyk zdawał się myślą być bardzo daleko.
— A Emi — spytał nagle. — Co pan myśli o niej?
— Wzrusza mię wszystko, co widziałem wczoraj i co wiem o niej — żywo odpowiedział Clennam.
— Tak, tak — powtórzył starzec. — Nie wiem, coby brat zrobił bez niej. Nie wiem, co zrobiliby wszyscy. Dobra dziewczyna. Uczciwie spełnia obowiązek.
— Czy tylko obowiązek? — myślał Artur w milczeniu. — Czy ta drobna, najmłodsza z nich wszystkich istota, rzeczywiście ma obowiązek dźwigać ciężar całej rodziny, która przywykła do jej czujności i pracy? Czy to wymowne, choć ciche świadectwo jej miłości i poświęcenia nie maluje zarazem barwami kontrastu całej otaczającej ją rodziny?
Stryj Fryderyk bezmyślnie zajął się swojem śniadaniem, kiedy wreszcie na schodach dały się słyszeć kroki i Emi weszła do pokoju.
Widocznie biegła prędko i była wzruszona, gdyż na bladej twarzyczce zakwitły rumieńce, a usta wpółotwarte chwytały przyśpieszony oddech. W prostej ciemnej sukience, której całą ozdobę stanowiła czystość, wyglądała skromnie i wdzięcznie, niby polny kwiatek, lekkomyślną ręką porzucony na bruk uliczny.
— Pan Clennam chciał cię widzieć — zaczął stryj Fryderyk.
— Bardzo przepraszam panią — tłumaczył się Artur — pragnąłem skończyć wczorajszą rozmowę. Czy pani idzie dziś do mojej matki?
— Nie, panie, dziś nie idę.
— W takim razie pozwoli pani, że ją odprowadzę tam, gdzie pani idzie. Możemy rozmawiać po drodze, nie wyzyskując dłużej gościnności stryja.
— Jak pan sobie życzy — odparła nieśmiało, widocznie zakłopotana.
Gdy znaleźli się na ulicy, Artur zapytał znowu:
— Jeżeli to dla pani wszystko jedno, chodźmy przez most wiszący. Unikniemy tym sposobem turkotu i gwaru.
— Jak pan sobie życzy — powtórzyła znowu, biernie stosując się do jego woli.
Było błoto po nocnym deszczu i silny wiatr przeszkadzał iść swobodnie. Artur uprzejmie prosił, aby Emi przyjęła jego rękę.
— Będzie nam łatwiej rozmawiać — zapewniał.
— Przykro mi, że pan musiał nocować w Marshalsea — odezwała się wreszcie cicho.
— Wszystko jedno. Było mi bardzo wygodnie.
— O tak! — odpowiedziała z przekonaniem — w kawiarni można dostać doskonałe łóżko.
Artur nie odpowiedział, zdając sobie sprawę, że kawiarnia w oczach Emi była wspaniałym przybytkiem wygody.
— Wiem, że wszystko jest bardzo drogie — odezwała się po chwili — ale ojciec mówi, że w kawiarni można mieć wyborny obiad i nawet dobre wino.
— Pani jada tam czasem?
— Ja? — spytała zdziwiona. — O, nie, nigdy tam nie chodzę.
— Jeszcze raz przepraszam panią — zaczął znowu Artur — za wczorajszą wizytę bez jej pozwolenia. Pragnę wiedzieć dokładnie, jak się pani poznała z moją matką. Czy pani przedtem nigdy nie słyszała jej nazwiska?
— Nigdy, panie.
— Ojciec nie znał go także? Jest pani pewna?
— Jestem pewna — odpowiedziała ze zdziwieniem. — Ojciec mówi ze mną o wszystkiem, lecz nie wspominał go nigdy.
Widział jej zadziwienie i niepokój, jaki budził mimowoli swemi pytaniami, i zdjęło go jakieś ojcowskie uczucie dla tej małej dziewczynki, która szła obok niego, niby dziecko, i zarazem pomyślał, że sądząc po jej zachowaniu się, on musi wydawać się jej jakgdyby ojcem.
Wiatr szarpał wściekle, więc zaproponował, żeby wsiedli w dorożkę, ale odmówiła mu prawie z przestrachem. Nic nie robiła sobie z niepogody, przywykła chodzić po deszczu i słocie.
Wiedział, że mówi prawdę, lecz to wzbudziło tem żywsze współczucie. Czuł ból w sercu, kiedy pomyślał, jak to maleństwo biegnie w nocy, wśród ciemności, przez deszcz i wicher, do ogniska domowego, które oglądał wczoraj.
— Wiem — zaczęła teraz Emi głosem drżącym — że pan wczoraj był dla ojca... bardzo dobry... ale... ale... — mówiła dalej, opanowawszy wzruszenie — przyszłam dzisiaj głównie dlatego, że... że nie chciałabym, ażeby pan mylnie sądził o moim ojcu. Nie można go tak sądzić, jak człowieka wolnego. Od tylu lat zamknięty jest w więzieniu. Jestem pewna, że bardzo zmienił się od tego czasu.
— Bynajmniej nie sądzę ojca surowo... — chciał się tłumaczyć Artur, ale przerwała mu żywo.
— On nie ma się czego wstydzić — rzekła z przekonaniem. — Mogę być dumna z niego! Trzeba go tylko poznać. Żądam sprawiedliwości, nic więcej. Wszystko, co mówił wczoraj, jest zupełną prawdą: szanują go w Marshalsea. Każdy uważa za swój obowiązek przedstawić się jemu, uznają jego zwierzchność wszyscy, bez wyjątku. Wszyscy mówią, że jest prawdziwym gentlemanem. Sama widzę, że nikt się z nim równać nie może. I dlatego ofiarowują mu podarki. Ubóstwo nie jest wstydem. Któż może się wzbogacić, siedząc ćwierć wieku w więzieniu?
— Ukrywam swój adres — zaczęła znów po chwili — nie dlatego, żebym się wstydziła Marshalsea. Nie mam się czego wstydzić. Tam są dobrzy ludzie, a nawet uczeni. A wszyscy wspomagają się nawzajem. Byłabym niewdzięczna, gdybym nie pamiętała, ile tam doznałam dobroci od ludzi, ile miłych spędziłam godzin, jako dziecko. Tam nauczyłam się pracować, tam spokojnie śpię każdej nocy. Byłabym zła, bez serca, gdybym się nie przywiązała do tego smutnego miejsca.
Odetchnęła głęboko, wypowiedziawszy to wszystko z coraz większym zapałem i uczuciem — widocznie to zwierzenie sprawiło jej ulgę.
— Przepraszam pana, że tak dużo dziś mówiłam — zaczęła znów po chwili. — Nie miałam zamiaru nudzić pana tem wszystkiem, tylko chodzi mi o to, żeby pan źle nie sądził tego, co widział wczoraj.
Zapewnił ją, że o nikim źle nie myśli, a tem bardziej o panu Dorrit, i zwracając rozmowę do przeszłości, starał się ją wybadać, co wie o wierzycielach swego ojca i przyczynach długoletniego więzienia.
Ale Dorrit wiedziała bardzo mało i zapewniała Artura, że pan Dorrit również nic nie wie. Należał do jakiegoś domu handlowego, tam pieniądze zginęły, i on za to odpowiada, ale nie wie dlaczego. I już nikt się nie dowie, bo z samego początku starali się to zbadać bardzo uczeni prawnicy, ale wszystko napróżno.
— Jednakże — zaczął Artur — mam ochotę spróbować jeszcze. Może się co zmieniło w przeciągu lat tylu. Nikt dzisiaj o to nie dba, a czyż nie byłoby dla ojca wielkiem szczęściem odzyskać wolność?
Szła zawieszona u jego ręki i pogrążona w myślach. Wiatr szarpał bezlitośnie jej lekką sukienkę, i Artur zatrzymywał się niejednokrotnie, ażeby ją osłonić od najgwałtowniejszych porywów.
— Nie wiem — odezwała się nakoniec cicho — czy to byłoby szczęściem. Nie mogę sobie teraz wyobrazić ojca poza murami Marshalsea. Jakiem byłoby między ludźmi jego życie? Coby robił na świecie i czy byłby tak szanowany, jak w więzieniu. Może inni ludzie byliby gorsi dla niego.
I łzy cicho popłynęły jej po twarzy.
— A czy chciałaby pani, żeby brat był wolny? — spytał Artur po długiej chwili.
— Oh — zawołała — byłabym szczęśliwa.
— Więc może się da zrobić co dla niego. Kto jest ten przyjaciel, o którym wspominała pani wczoraj?
— Ach, to ubogi człowiek — rzekła Emi — mularz. Wyrabia też na sprzedaż różne przedmioty z gipsu. Ale cóż on pomoże? Nazywa się Plornish.
— Proszę o jego adres.
— Mieszka w Rozdartem Sercu. To taka uboga dzielnica. Kilka domów. W ostatnim znajdzie pan znak jego. Ale cóż on pomoże?
— Zobaczymy. Pani wraca do Marshalsea. Nie wychodzi pani dzisiaj do zajęcia? To zawrócimy, odprowadzę panią. Tylko raz jeszcze proszę, proszę szczerze być przekonaną o mej życzliwości, uważać mię za przyjaciela. Czy dobrze?
— Wierzę panu — odparła. — Pan jest bardzo dobry.
Patrzył na nią z uśmiechem. Wyciągnął rękę i łagodnie uścisnął małą rączkę, którą położyła na jego dłoni z zaufaniem.
— Matusiu! matusiu! — rozległ się nagle gruby głos o kilka kroków, i spojrzawszy w tę stronę, Artur zobaczył jakąś kobietę, biegnącą ku nim z krzykiem tak gwałtownie, że potknęła się i upadła w błoto, rozsypując z kosza kartofle.
— Ach, Maggi, Maggi (Madżdżi)! — zawołała Emi — jakaż jesteś niezgrabna.
Maggi podniosła się szybko ze śmiechem i przy pomocy Emi i Artura zbierała rozsypane po błocie kartofle. Gdy skończyła tę pracę, miała twarz rozpromienioną, ale tak śmiesznie powalaną błotem, że oboje, spojrzawszy, wybuchnęli śmiechem.
Emi wyjęła chustkę i otarła oblicze tej dziwnej istoty. Artur zaś pytał w duszy, co znaczy ta nowa zagadka.
— Matusia, matusia! — powtarzała Maggi, tęga, trzydziestoletnia dziewczyna, o brzydkiej twarzy, rozjaśnionej tylko tym szczerym, miłym śmiechem.
— To Maggi — rzekła Emi, widząc znak zapytania w spojrzeniu towarzysza. — Wnuczka mojej mamki, która umarła dawno, a Maggi... Ile masz lat? — spytała, zwracając się do dziewczyny.
— Dziesięć lat, matusiu — odpowiedziała Maggi z miłym śmiechem.
Emi spojrzała wymownie.
— Ona jest bardzo dobra — zapewniła Artura po chwili — bardzo uczciwa, bardzo przywiązana, umie kupić, jak każda inna, i pomaga w robocie, jak umie najlepiej. Zarabia na życie. Zarabia na siebie uczciwie.
Maggi śmiała się ciągle, rozpromieniona pochwałą.
— Jakieś nieszczęście? wypadek? — zauważył Artur pół głosem.
— Zachorowała na jakąś gorączkę, kiedy miała lat dziesięć, i odtąd pozostała dziesięcioletniem dzieckiem.
— Byłam w szpitalu! — zawołała Maggi. — Jak tam pięknie! Ach, jakie łóżka! Jakie zupy! I wino! pomarańcze! Ach, jak dobrze mieszkać w szpitalu!
— Potem nie wiedzieliśmy długo, co z nią zrobić — mówiła jeszcze Emi — ale powoli, powoli, Maggi, choć ma lat dziesięć, nauczyła się być posłuszną, robić wszystko, co jej kazano, i dzisiaj biedne dziecko sama daje sobie radę.
— Matusia! matusia! — powtarzała, śmiejąc się, wielka dziewczyna i lekko, delikatnie głaskała rękę Emi.
Stanęli wreszcie przed furtką Marshalsea i Artur pożegnał małą Dorrit silnem uściśnieniem ręki. Potem stał jeszcze chwilę i patrzył, jak szła obok wielkiej Maggi przez podwórze. Nigdy nie wydała mu się tak maleńką.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.