Maleńka Dorrit/Część II/Rozdział I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Maleńka Dorrit
Podtytuł powieść
Data wydania 1925
Wydawnictwo Książnica - Atlas
Druk Zakłady graficzne „Książnica-Atlas“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Little Dorrit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


CZĘŚĆ II.
BOGACTWO.
ROZDZIAŁ I: W PODRÓŻY.

WCZESNY zmrok dnia jesiennego osłonił już doliny i podnosił się coraz wyżej na szczyty Alp szwajcarskich. Drogą na Wielki Bernard postępował zwolna szereg mułów, niosących do klasztornego schroniska nie zabłąkanych, ale spóźnionych podróżnych. Ostry chłód i ciemność nocy utrudniały drogę i zamykały usta, budząc w duszy znużonych jedno najważniejsze życzenie, aby się znaleźć u celu podróży.
Nakoniec ukazały się mury klasztorne. Wywołało to zadowolenie powszechne, które się wyrażało w wymianie zdań i żywszych ruchach. Wśród mgły niewiele teraz było widać, lecz gdy minęli bramę, błysnęły światełka, przewodnicy pomagali podróżnym zsiąść z mułów, i wkrótce całe towarzystwo znalazło się w obszernej, nisko sklepionej sali, która służyła teraz za jadalnię.
Byli zziębnięci i głodni, więc cisnęli się przedewszystkiem do kominka, na którym rozpalono suty ogień, i spoglądali z pewną przyjemnością na duży stół, nakryty do wieczerzy.
Podróżni dzielili się na dwa odrębne towarzystwa, które nie przybyły tutaj jednocześnie. Pierwsze składało się z dwóch starych gentlemanów, pięknej pani w dojrzałym wieku, bardzo dystyngowanej, dwóch młodych panien i młodzieńca z monoklem w oku, — druga, mniej liczna grupa, to młoda kobieta, bardzo miła i bardzo piękna i dwóch mężczyzn. Przybyli później i najlepsze miejsca przy ogniu zastali już zajęte. Młodszy widocznie był tem podrażniony, przygryzał usta i znać było z miny, że czeka sposobności, aby powiedzieć coś ostrego na ten temat, — drugi, starszy, usiłował zawiązać rozmowę w sposób nader uprzejmy.
— Podróż utrudzająca przy tym chłodzie — zwrócił się do całego towarzystwa, lecz głównie do starego gentlemana, który zdawał się być głową rodziny. — Dla młodych dam szczególniej mogła być uciążliwa.
— Dziękuję panu, o trudach podróży łatwo się zapomina wobec widoków natury.
— Panie dużo podróżowały? Może pierwszy raz w górach?
— Córkj moje, istotnie, pierwszy raz są w górach.
— Lecz dla pana zapewne to nic nowego?
— Dla mnie... hm... nic nowego — odparł starzec — chociaż w ostatnich latach nie tak wiele... hm... podróżowałem.
— Podróż na mule jest bardzo niewygodna — przemówił już wyraźnie do starszej z dwóch panien, która z przyjemnością grzała się przy ogniu.
— Musieliśmy zostawić powozy w Martigny (Martini) — wyniośle odpowiedziała piękna lady (ledi) — a tu, zdaje się, trudno marzyć o wygodzie.
— Dzika miejscowość!
— A jednakże zwiedzić i poznać ją trzeba — odezwała się poważnie starsza lady — bo każdy o niej mówi.
— Pani zapewne była tu już nieraz?
— Byłam już nieraz — odparła z godnością. — Pozwól sobie powiedzieć, droga miss — zwróciła się do Fanny — że zanadto przysunęłaś twarz do ognia po tym mroźnym wichrze i śniegu.
— Najuprzejmiej dziękuję za troskliwość, madame General (madam Żeneral) — odparła, nie zmieniając pozycji młoda dama — tak mi jest najwygodniej.
Młodzieniec z monoklem w oku, ubrany w podróżny kostjum, którego niezliczonych zalet nie wyczerpałaby nawet podróż dokoła świata, otworzył stojący pod ścianą fortepian, brząknął po klawiszach i wrócił do ognia, wystawiając plecy na działanie ciepła.
— Nudzą dziś z tą kolacją — mruknął z niezadowoleniem — ciekawym, co nam takiego podadzą? Chyba nikt nie zgadnie.
— Pewno nie pieczonego człowieka — zauważył młodszy mężczyzna z drugiej grupy, siedząc obok pięknej pani, która wspierała głowę na jego ramieniu.
— Przypuszczam... ale... co pan chce przez to powiedzieć?
— Tylko to, że ponieważ nie przypuszczam, aby pan był przeznaczony dla nas na kolację, sądzę, że nie masz wyłącznego prawa do ognia, który jest własnością nas wszystkich.
Młody człowiek z monoklem zmieszał się, gdyż istotnie obracał się przed ogniem, niby kurczę na rożnie, odstąpił, lecz po chwili uznał za stosowne odpowiedzieć jakoś z godnością, gdy wtem zauważono, że piękna pani, wsparta na ramieniu męża, osunęła się nieprzytomna.
Zrobiło się powszechne zamieszanie, mąż mówił, że zaniesie ją do jej pokoju, Fanny wezwała na pomoc pokojówki, Emi zbliżyła się ze szklanką wody.
Nadbiegły dwie służące i przy ich pomocy piękną damę wyprowadzono z pokoju.
Starszy towarzysz z grupy trzech osób pozostał, i podnosząc wąsy do nosa, gładził je starannie białą ręką.
— Pański przyjaciel — zaczął po chwili poważnie stary gentleman, siedzący przy ogniu — hm... jest... że tak powiem... niecierpliwy. Jest niecierpliwy i z tego powodu może zapomnieć czasem... hm... może zapomnieć... Lecz dajmy temu pokój. Pański przyjaciel jest trochę niecierpliwy.
— Być może — odparł, gładząc wąsy, nieznajomy — lecz poznałem go w Genewie w najlepszem towarzystwie, podróżujemy razem, i wybaczy pan, że nie pozwolę człowiekowi nawet z pańskiem stanowiskiem wyrażać się o nim w sposób, przynoszący ujmę.
— Nic takiego pan nie słyszałeś — odparł gentleman z godnością — powiedziałem tylko, że jest niecierpliwy.
— Bardzo dobrze, i na tem koniec. Proszę przyjąć ode mnie zapewnienie szacunku. A teraz mogę przyznać, że mój przyjaciel istotnie bywa... sarkastyczny.
— Ma bardzo piękną żonę.
— Prawdziwa perełka. Niedawno się pobrali. Jadą do Włoch dla męża, w celach artystycznych.
— Jest artystą?
— Malarzem. Młody malarz z wielkim talentem. A przytem z arystokratycznej rodziny!
— Sądzę, że słabość żony... hm... prędko przeminie. Zmęczenie...
— Mały wypadek w drodze: muł potknął się i spadła. Podniosła się, śmiejąc, ale odtąd narzekała na ból w boku.
Podano wieczerzę, wszedł młody zakonnik i zajął pierwsze miejsce, grając rolę gospodarza. Powrócił i artysta.
Widział w sieni trzy piękne Bernardy i zaczął na ten temat rozmowę z zakonnikiem. Mówiono o surowym klimacie i śniegach, o smutnem życiu zakonników podczas zimy, zamkniętych, jak w więzieniu. Stary gentleman milczał i pierwszy wstał od stołu, gdy skończono wreszcie wieczerzę.
Goście powrócili znowu do kominka, uprzejmy nieznajomy spytał zakonnika, czy nie możnaby podać gorącego wina. Projekt znalazł powszechne uznanie.
Tymczasem młodsza córka gentlemana nieznacznie wysunęła się z pokoju, błądziła trochę po nieznanych korytarzach, nakoniec ktoś ze służby pokazał jej drogę do pokoju lady, która zachorowała.
Była to posępna i sklepiona cela, z oknem zakratowanem i nagiemi ścianami, — wiało z niej chłodem, wilgocią i pustką. Na łóżku, pod kilku ciepłemi derkami, leżała piękna pani.
Emi stanęła przy niej i patrzyła długo na piękną twarz zmęczoną i zamknięte oczy. Potem leciuchno dotknęła jej czoła.
Chora podniosła powieki.
— Niech się pani nie gniewa... proszę... — rzekła Emi — chciałam się przekonać, czy pani już lepiej. Może się na co przydam?
— Dziękuję... już mi dobrze... Bólu nie czuję żadnego.
— Może zostać przy pani, aż ktoś przyjdzie?
— Dziękuję... tu tak chłodno...
— Nie boję się chłodu. Nie jestem tak wątła, jak się z pozoru wydaje.
Przysunęła krzesełko i usiadła przy łóżku, a chora zarzuciła na nią koniec szala, którym także była przykryta.
— Zdaje mi się, że pani przyszła do mnie stamtąd... z domu rodziców — rzekła ze smutnym uśmiechem.
— Tu mi bardzo przyjemnie.
— Myślałam o rodzicach... w tym pustym pokoju... nim zadrzemałam. Im też pusto beze mnie samym...
— Zdaje mi się — zaczęła Emi — chociaż nie powiedziano mi pani nazwiska... lecz z tego, co słyszałam... wyobrażam sobie, że trochę panią znam i... i mam do pani list. Czy tak? — dodała, podając kopertę.
Chora ze zdziwieniem otworzyła arkusz, na którym nakreślone było kilka linij, i szybko przebiegła je wzrokiem. Lekki rumieniec okrył twarz jej bladą, przyciągnęła Emi do siebie i złożyła na jej czole pocałunek.
— Dobry przyjaciel mówi, że mogę w pani znaleźć pocieszycielkę — rzekła. — I tak się stało przy pierwszem spotkaniu.
— Pani nie wie, kto jestem? Czy mówił pani o mnie?
— Nie, nic nie wiem.
— Tem lepiej. Nie mam prawa dziś mówić o tem. Zasmuciłabym innych. Ale to nic ciekawego.
— Schowaj pani ten list — rzekła chora. — Mąż mógłby o nim wspomnieć i narazić się na nieprzyjemność. U ciebie będzie bezpieczniejszy.
Emi złożyła list bardzo troskliwie i ostrożnie wsunęła za stanik. Na korytarzu dały się słyszeć kroki, więc wstała, aby odejść, przypuszczając, że mąż nieznajomej nadchodzi.
— Napiszę mu, że panią widziałam, że pani zdrowa i szczęśliwa, prawda? Tak trzeba napisać.
— Tak, tak — szepnęła chora. — Jestem bardzo szczęśliwa... dziękuję mu z całego serca... i nigdy nie zapomnę o... jego przyjaźni.
— Zobaczę panią może jutro rano, a potem... mam nadzieję... spotkamy się znowu — mówiła Emi. — Dobranoc!
— Dobranoc, droga pani... bardzo ci dziękuję.
Wysunęła się na korytarz, ale tu się przekonała, że nikt nie szedł do celi, tylko przed nią ku schodom zmierzał uprzejmy nieznajomy. Posłyszawszy za sobą kroki, przystanął, a ponieważ było tu prawie ciemno, z największą grzecznością sprowadził ją ze schodów i towarzyszył aż do sali, w której pozostawiła resztę towarzystwa.
Już się wszyscy rozeszli, zmęczeni podróżą, tylko siwy gentleman siedział jeszcze przed kominkiem.
Uprzejmy nieznajomy przyniósł nową butelkę wina.
Starzec wstał z przed ognia i podał rękę córce.
— Pójdziemy — rzekł. — Dobranoc.
Szedł przez pokój z godnością, zbliżając się do drzwi, które grzeczny jegomość pośpieszył otworzyć przed nim własnoręcznie, kłaniając się nieskończoną ilość razy i powtarzając swoje zapewnienia szacunku i życzenia dobrej nocy.
Ale młoda dziewczyna z jakąś instynktowną trwogą przysunęła się do ojca, ażeby jak najdalej być od nieznajomego, który rzucał na nią błyszczące spojrzenia i podnosił wąsy do góry, aż krył się między niemi koniec długiego nosa.
Zostawszy sam w pokoju, wstrząsnął się i obejrzał jakby z trwogą.
— No, i człowiek musi się także położyć — rzekł z niezadowoleniem. — Tak im wszystkim pilno, jakby noc nie była długa, a sen przychodził na rozkazy.
Przechodząc koło fortepianu, wziął do ręki księgę przejezdnych i rzuciwszy okiem na ostatnią kartę, zaczął czytać półgłosem.
Wiljam Dorrit, Esquire (eskuajr — szlachcic), Fryderyk Dorrit, Esquire, Edward Dorrit, Esquire, Miss Fanny Dorrit, miss Emi Dorrit, Madame General — ze służbą w drodze z Francji do Włoch.
Państwo Gowan — w drodze z Francji do Włoch.
Wziął pióro i dopisał:
Blandois — Paryż — z Francji do Włoch.
Pani General, polecona panu Dorrit przez pierwszorzędne biuro rekomendacyjne, była, zdaniem jego, osobą niezbędną, jako dystyngowana opiekunka młodych panien, nie mających dostatecznego doświadczenia w sprawach życia towarzyskiego w wielkim świecie. Córki nie zgadzały się z ojcem pod tym względem, każda naturalnie z innego powodu, lecz Wiljam Dorrit w rzeczach, dotyczących powagi i honoru rodziny, nie był łatwy do ustępstw. Tym sposobem już przez samą swą obecność wnosiła pani General w stosunki rodzinne pewne niezadowolenie.
Nazajutrz dosyć wcześnie podróżni mieli opuścić mury klasztorne, lecz zdrowie pani Gowan wymagało pozostania tu trochę dłużej, więc tylko Dorritowie w wielkim refektarzu pili śniadanie, oczekując chwili, w której służba ich zawiadomi, że wszystko gotowe do drogi.
— Gowan zostaje — zauważył Edward — powinien rad być z tego, gdyż miałem zamiar dać mu porządną nauczkę. Ale nie warto! Jak tam jego żona? ty, Emi, wiesz z pewnością.
— Czuje się lepiej, ale zostanie dziś w łóżku.
— Mówisz jak pielęgniarka, moja droga, nie możesz zapomnieć swoich przyzwyczajeń.
— Weszłam do niej tylko na chwilę zapytać, czy nie mogę być w czem użyteczną. Proszę cię, Tip...
— Drugi nałogi — przerwał Edward, otrząsając się ze wstrętem.
— Przepraszam cię, Edwardzie, zapomniałam. Tak się przyzwyczaiłam uważać to za twoje imię, że...
— Trzeba się odzwyczaić, głupie dziecko — przemówiła Fanny surowo — i od tego i od wielu innych rzeczy. Trzeba zapomnieć. Myślisz, że nie wiem dobrze, dlaczego się tak interesujesz panią Gowan.
— Nie gniewaj się, Fanny...
— Ach, moja kochana, każdemu z nas zabraknie wkońcu... cierpliwości, skoro nie możesz zrozumieć, czem jesteś.
— Co to znaczy, Fanny? — zapytał pan Dorrit. — Nie rozumiem, o co ci chodzi.
— Emi mię rozumie — zapewniła Fanny — a zresztą wolałabym nie wymieniać tej osobistości, o której istnieniu chcielibyśmy wszyscy zapomnieć. On jest dla nas tem wszystkiem, co powinno zniknąć na zawsze z przeszłością, której nie mamy zamiaru wspominać. Człowiek, który narzucił nam swoją znajomość i jeszcze w ostatniej chwili upamiętnił się brakiem wszelkiej delikatności.
— Wiesz dobrze, Emi, że najczęściej stoję po twojej stronie — odezwał się Edward — lecz w tym wypadku nie mogę zrozumieć, co cię wiąże z człowiekiem, który obszedł się ze mną w tak grubjański sposób. Czyż nie pojmujesz, że to prosty niegodziwiec, z którym nie mamy więcej nic wspólnego!
— To prowadzi do tego — zawołała Fanny — że w obecności całej naszej służby Emi, jak pokojówka, niesie szklankę wody, aby ratować zemdloną kobietę, której przedtem nie znała.
— Toby jeszcze można wybaczyć — rzekł Edward — lecz co innego Clennam.
— Wcale nie co innego — zaprzeczyła Fanny — bo jego przyjaciele okazują jawnie, że nas lekceważą, pozwalają sobie na niewłaściwe żarty. Ale to naturalne, bo przecież pan Clennam nie omieszkał z pewnością opowiedzieć im wszystkiego, co wyszpiegował o nas.
— Fanny! ojcze! to nieprawda! To nieprawda! — zawołała maleńka Dorrit z uniesieniem. — Państwo Gowan zupełnie nic o nas nie wiedzą Nie słyszeli nawet naszego nazwiska!
— Tem gorzej — upierała się przy swojem Fanny — bo nic nie zmusza cię do tego, ażebyś się starała o przyjaźń tych ludzi. To jest w tobie poprostu brak godności, piętno urodzenia w wiadomem ci miejscu. Ale skoro wiesz o tem, bo ci to ciągle powtarzam, powinnaś wreszcie zapomnieć o sobie i kierować się myślą, żeby nie szkodzić rodzinie.
Pan Dorrit skinął ręką na znak, że chce mówić.
— Kochana Emi — zaczął — twoja siostra wyraża się... hm... energicznie, ale w gruncie rzeczy ma słuszność. Nie powinnaś zapominać, że obecnie zajmujesz pewne... hm... dość wysokie stanowisko... że zajmujemy je wszyscy. Musimy więc czuwać nad swoją godnością, unikać wszystkiego, co może... hm... przynieść jej pewną ujmę, np. nasuwać służbie przypuszczenie, że kiedyś służyliśmy sobie sami.
— A co do pana Clennam — mówił dalej — nie sądzę o nim tak, jak twoja siostra, ale... hm... nie widzę, co w przyszłości może mieć z nami wspólnego ten... hm... przemysłowiec. Zajmujemy bardzo różne stanowiska i jeśli jest człowiekiem delikatnym, sam to uzna i... hm... zapomni o nas. A, pani General!
Przybycie tej damy przerwało rozmowę o przeszłości i sprawach osobistych. Służba zaczęła wynosić pakunki, rodzina Dorrit wyszła na dziedziniec.
Pan Gowan stał zdaleka i palił cygaro, ale pan Blandois zbliżył się uprzejmie, życząc szczęśliwej podróży. Maleńkiej Dorrit przy świetle dziennem wydał się dziwnie wstrętny, lecz nie śmiała tego okazać, ponieważ Fanny grzecznie odpowiedziała na ukłon.
Obejrzała się jeszcze, kiedy zjeżdżali w dolinę, i widziała zdaleka jego wysoką postać na tle ciemnych murów klasztoru.
Dzień był pogodny, słońce grzało dosyć mocno i górskie krajobrazy rysowały się wspaniale po obu stronach drogi. Jechali po zielonych łąkach, nad strumieniami, wzdłuż jezior i po stromych ścieżkach górskich. Niekiedy droga rozszerzała się o tyle, że Emi mogła jechać obok ojca. Wtedy czuła ogromne szczęście, widząc go obok siebie wolnym, bogatym i pięknie ubranym, zamiast ciemnego muru i żelaznej kraty, mającym przed oczami szeroki świat Boży.
Stryj Fryderyk nie umiał już cieszyć się tem wszystkiem: kładł kosztowne ubranie, jakie mu podano, i jadł smaczne potrawy, jakie zastawiano przed nim, lecz w gruncie rzeczy spełniał tylko wolę brata. Na troskliwe wymówki odpowiadał, że jest zanadto zmęczony i stary, — więc mu to wszystko jedno. Dla Emi jedynie miał jakieś własne uczucie i przy każdej sposobności okazywał jej najgłębszy szacunek. We wszystkiem ustępował jej pierwszeństwa, nie siadał, póki ona nie usiadła, przy powitaniu zdejmował kapelusz i nisko schylał przed nią siwą głowę.
Ponieważ pan Dorrit płacił bardzo hojnie i poprzedzał go zawsze kurjer, który w oberżach zamawiał pokoje, oberżyści kłaniali mu się aż do ziemi i witali niby udzielnego księcia. Wybierając się na Wielki Bernard, zostawił w Martigny (Martini) zamówione pokoje i tam właśnie zajechał teraz dwoma ekwipażami, nie licząc podwód dla służby i pod rzeczy.
Przed oberżą jednak spotkał ich gospodarz z kapeluszem w ręku i z rozpaczliwą miną, tłumacząc się i przepraszając, że jakaś przejezdna dama zajęła na pół godziny jeden z zamówionych pokoi i dotąd nie ustąpiła.
Trudno wypowiedzieć oburzenie pana Dorrit, nie chciał wysiąść i zapewniał gospodarza, że będzie omijał jego zajazd. Darmo biedak tłumaczył się pokornie i przepraszał, wkońcu widząc, iż rzeczywiście znakomity gość chce jechać dalej, pobiegł do owej damy o ratunek.
Powóz angielskiej lady stał już zaprzężony i gotowy do drogi, a w tejże prawie chwili ukazała się i właścicielka obok nieszczęśliwego oberżysty. Poprzedzał ją młody człowiek, który z ukłonem zbliżył się do pana Dorrit.
— Przepraszam bardzo — zaczął — bardzo przepraszam pana... mama bardzo przeprasza i prosi, żeby to się załatwiło bez hałasu.
W tej chwili niewymowny syn angielskiej lady spostrzegł Edwarda i zwrócił się z większą śmiałością do niego.
— To pan tutaj! — zawołał — Pan mi pomoże, prawda? Mama sobie bardzo życzy, żebyśmy to załatwili, bez hałasu.
— Przyzna pan, że oddawać komuś cudzy pokój — przemówił Edward.
— Edmundzie — odezwała się wspaniała lady, stając na progu oberży — czyś wytłumaczył państwu, że ten człowiek nic nie winien. Postąpiłam samowolnie w tym wypadku.
— Przepraszam pana osobiście — dodała, postępując parę kroków w stronę pana Dorrit — chciałam tylko zjeść obiad w jednym z pokoi, przez pana zajętych, i nie wątpiłam, że przez uprzejmość dla damy właściciel apartamentu wybaczy mi to nadużycie. Nie przypuszczałam zresztą, że państwo tu będą tak prędko. Mam więc nadzieję...
Nagle urwała w pół słowa, jakby zamieniona w słup soli. Jej nieruchome źrenice utkwione były w siostrach Dorrit z wyrazem nieskończonego zdumienia. Fanny, oparta lekko na ramieniu Emi, odpowiadała uśmiechniętą twarzą i nieco wyzywającem spojrzeniem, wachlując się swobodnie drugą ręką.
Maleńka Dorrit stała też nieporuszona, poznając w nieznajomej panią Merdle, a w niewymownym młodzieńcu odgadując owego wielbiciela siostry, który przyczynił matce tyle trwogi.
Nakoniec pani Merdle zapanowała nad swojem zdumieniem, oznajmiła, iż sądzi, że sprawa załatwiona i znakomity gość nie zechce za nią karać niewinnego oberżystę. Pan Dorrit, uspokojony jej słowami, oświadczył z galanterją, iż pozostaje mu tylko nazwać się szczęśliwym, skoro taką drobnostką mógł oddać przysługę damie. Wymieniła z obu siostrami najuprzejmiejszy ukłon ze słodkim uśmiechem i rozstała się ze spotkanem towarzystwem, jak z obcymi, których poprzednio nigdy nie widziała.
Pan Sparkler zachował się nieco inaczej. Na widok Fanny również oniemiał, skamieniał i nie był w stanie odzyskać ruchu ani mowy. Kiedy matka zwróciła się do niego ze słowami: Edmundzie, podaj mi rękę — to właściwie ona wzięła go pod rękę, z trudem doprowadziła do karety i z trudem wepchnęła do niej. Lecz i tutaj młodzieniec przylgnął oczami do szyby i patrzył na swoje bóstwo nieprzytomny.
Niespodziewane i triumfalne to spotkanie wprawiło Fanny w tak wyborny humor, że przestała dręczyć Emi wymówkami i zadziwiła panią General swą wesołością.
Pogoda ducha Fanny cieszyła maleńką Dorrit, ale jej się nie udzielała. Dręczyła ją bezczynność i przymusowe stosowanie się do otoczenia, do nieznanych jej dotąd ceremonialnych wymagań. Siedząc naprzeciw ojca w wygodnym powozie i patrząc na malownicze krajobrazy, myślała o więzieniu, o swoim pokoiku na poddaszu, z którym się nie żegnała i nie rozstawała. Zbudziła się odrazu w jakimś innym świecie i zadawała sobie zapytanie, czy to wszystko nie sen łudzący, który się nagle rozwieje i zniknie?
Bo czyż było rzeczywistością to dziwne nieznane jej życie, bez pracy, bez zajęcia, bez troski o swoich, skrępowane niewidzialnemi więzami, które jej nie pozwalały nawet służyć ojcu. To było ze wszystkiego dla niej najsmutniejsze i nie mogła pogodzić się z tą nową rolą, póki pan Dorrit w długiej rozmowie sam na sam nie zażądał ojcowską władzą posłuszeństwa, aby nie podsuwać służbie niepotrzebnych myśli.
Czyż to jest rzeczywistość? Im wspanialsze otaczały ją widoki, tem bardziej wydawały się sennem widziadłem. Wszystko snem było, oprócz Marshalsea, chociaż nie mogła sobie wyobrazić, jak wygląda Marshalsea bez jej ojca.
A tymczasem przesuwały się przed jej oczami coraz nowe, nieprzeczuwane nawet w snach zjawiska. Góry, doliny, potoki, wille, pałace i olbrzymie miasta. Złocone pokoje, kolumnowe ganki, balkony, w oknach festony świeżej zieloności i cudne, wonne kwiaty. To znów dalekie drogi pośród winnic, wysadzane drzewami, i stacje pocztowe, gdzie jedynie ludzie ubodzy wydawali się rzeczywistemi istotami. Gdy widziała biedną dziewczynkę, prowadzącą ojca staruszka, łzy zasłaniały jej oczy i przeszłość jak żywa stawała w pamięci. Rozdawała ubogim pieniądze, jakie miała, i siedziała w kąciku, cicha, zamyślona, marzeniami odbiegająca stąd daleko.
Mijając miasta i liche wioseczki, pałace i lepianki, zatrzymując się nieraz po kilka tygodni w jakiemś miejscu, gdzie trzeba było zwiedzać galerje obrazów, kościoły i osobliwości mało zrozumiałe, rodzina Dorrit przybyła wreszcie do Wenecji.
Tu mieli zamiar pozostać czas dłuższy, zamieszkali w jednym pałacyku, urządzali pyszne obiady, wycieczki, bawili się, przyjmowali, młodzi używali świata, spędzali wesołe noce poza domem, a dzień na wypoczynku.
Emi Dorrit, dla której światowe uciechy najmniejszej nie stanowiły przyjemności, zdołała po jakimś czasie wyprosić sobie choć tyle swobody, że wesołe rodzeństwo pozostawiało ją w spokoju. Wówczas siadała niekiedy w gondolę i płynęła sama po długich kanałach, patrząc na dziwne domy i ulice, podobniejsze do sennych widziadeł niż wszystko, co oglądała dotąd.
W innych gondolach zwracano uwagę na samotną dziewczynę, zawsze zamyśloną, z wyrazem twarzy poważnym i smutnym — lecz Emi nie domyślała się tego.
Lubiła także marzyć na swoim balkonie, jakgdyby zawieszonym nad kanałem, i pieszcząc oczy cudnemi barwami południowego nieba, szafirowej wody, tonących w mroku wieczornym konturów, lub blaskiem gasnącego na zachodzie słońca, myślała o świecie fantastycznych baśni, który stał się rzeczywistością.
Wkońcu na ciemnem niebie ukazywały się gwiazdy i mrugały jej jakieś ciche pozdrowienie, a wówczas przypominała sobie chłodny wieczór i noc samotną, którą spędziła z Maggi pod murem więzienia. I wtedy gwiazdy widziały ją także.
Wtedy! — W jej duszy żyła ta przeszłość miniona, i ona żyła ciągle tą przeszłością. To była dla niej rzeczywistość.
A teraz!... Czy zbudzi się znowu i kiedy?... Po co ona żyje?... Komu jest potrzebna?... Czyż sen taki może trwać wiecznie?...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.