Maleńka Dorrit/Część II/Rozdział VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Maleńka Dorrit
Podtytuł powieść
Data wydania 1925
Wydawnictwo Książnica - Atlas
Druk Zakłady graficzne „Książnica-Atlas“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Little Dorrit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ VI: MARY PRZESZŁOŚCI.

Pan Dorrit towarzyszył Fanny Sparkler do Londynu w jej poślubnej podróży. Młoda para musiała wracać, ponieważ wszechpotężny ojczym zdobył dla swego pasierba godne zazdrości stanowisko. Jako etatowy urzędnik w służbie państwowej, Edmund Sparkler był obowiązany jedynie umieć podpisać swoje imię i nazwisko, resztę załatwiali za niego podwładni, zato piękny tytuł i wysoka pensja zabezpieczała mu łatwe i przyjemne życie.
Edmund Sparkler był dobrym chłopcem, choć zasługiwał na nazwisko głupca, Fanny też do pewnego stopnia miała słuszność, zapewniając siostrę, że robi dobrą partję. Fanny była bardzo logiczna.
— Zastanów się — mówiła — za kogo ja wyjść mogę. Każdy zapyta, skąd się wzięłam w świecie, do którego należę dzisiaj? Gdzie upłynęły moje młode lata? Przytem mąż rozumny będzie wymagał liczenia się z sobą, z jego rodziną, zdaniem, upodobaniem, a ja jestem samowolna i nie chcę ulegać nikomu. Edmund będzie zawsze moim niewolnikiem, bo sam nic nie wymyśli.
— Ale go nie kochasz — smutnie szepnęła Emi.
— Moja droga, nie każdy tego potrzebuje, mnie wystarcza to, co zdobywam. Możesz być o mnie spokojna.
Przyczyniało się do jej szczęścia, że mogła w przeddzień ślubu podarować swej pokojówce wobec pani Merdle kosztowną bransoletkę i kostjum dziesięć razy droższy od tego, który jej niegdyś podarowano. Był to słodki i miły dla niej triumf.
A teraz w pałacu Merdlów, do którego wchodziła niegdyś po upokorzenie, czuła się także dumną i szczęśliwą. Była tu panią. Otaczał ją zbytek, złocenia, bronzy, aksamity, służba, pochlebstwa, hołdy — czegóż żądać więcej?
Sam bankier Merdle, wielki Merdle oczekiwał na nią w salonie, gdy przyjechała z mężem, i witał z uprzejmością synową i piękną kobietę. Wielki Merdle. Jego dom stał się jej domem chwilowo, póki nie urządzi sobie własnego gniazda.
Pan Dorrit nie skorzystał z gościnności Merdlów, lecz stanął w pierwszorzędnym hotelu na Grosvenor Square, gdzie zajął odpowiedni godności swojej apartament. Przyjechał do Londynu głównie w sprawach majątkowych i, rzecz prosta, że pod tym względem pragnął zasięgnąć rady znakomitego Merdla, z którym obecnie był w powinowactwie.
Uczuł się jednak szczerze zakłopotanym nazajutrz, gdy w południe wszedł kamerdyner z oznajmieniem o przybyciu samego pana Merdla. Takiego zaszczytu, takiego honoru nie spodziewał się wcale. Doprawdy za wiele dobroci.
Zaczęła się wymiana komplimentów. Pan Dorrit podziwiał panią Merdle, pan Merdle podziwiał Fanny, i obaj byli zachwyceni.
Jednocześnie jakgdyby obaj byli zgorączkowani. Pan Merdle kilkakrotnie ocierał chustką czoło, głos pana Dorrit był chwilami drżący.
— Pan tak zajęty — mówił, wracając do myśli, że wielki bankier znalazł chwilkę czasu, ażeby go odwiedzić.
— Zapewne — odparł bankier — uważałem jednak za pierwszy obowiązek stawić się u pana i ofiarować mu swoje usługi. Bardzobym rad być panu pożyteczny. Chciałem też prosić, abyś pan był tak łaskaw obiadować z nami przez cały czas pobytu w mieście. Długo pan tu zabawi?
— Około dwóch tygodni. Pobyt zagranicą pod względem zdrowia jest nieoceniony, dla dwóch przyczyn jednakże wybrałem się osobiście do Londynu: po pierwsze, pragnąłem dostąpić zaszczytu poznania człowieka, o którym mówi Europa, a po drugie, myślę o korzystniejszem niż dotąd umieszczeniu swojego kapitału, w czem ośmieliłem się liczyć na pomoc i życzliwość najgenialniejszego z finansistów Anglji.
Pan Merdle gotów był służyć z całą przyjemnością. Jechał właśnie do City (Sity), a ponieważ pan Dorrit musiał zobaczyć się ze swoim bankierem, więc pojechali razem w karecie pana Merdla, budząc dokoła ciekawość i zazdrość.
Niemniejszem upojeniem były wspaniałe obiady, na których królowała pani Sparkler wśród wyboru towarzystwa i wszelkiego rodzaju tytułów. Bilety wizytowe jak śnieg posypały się w hotelu pana Dorrit, życie zaczęło mu się zdawać snem rozkosznym, a mijało tak szybko, iż zdziwił się prawie, gdy spostrzegł, jak bliski dzień wyjazdu.
Tak, pojutrze chce jechać, choć jeszcze tyle wizyt, że doprawdy nie ma pojęcia, jak załatwi te wszystkie sprawy. Za bilety trzeba zostawić bilety, a chociaż je odnosi kamerdyner, należy być w karecie, która się zatrzyma przed pałacami tylu dostojników.
Kiedy rozmyślał o tem, zrobił się ruch w korytarzu i służący go zawiadomił, iż jakaś dama przysyła swój bilet i pragnie go widzieć koniecznie.
Pan Dorrit nie znał wprawdzie nazwiska tej damy, ale nie mógł odmówić jej przyjęcia, i tym sposobem Flora, zacna córa patrjarchy, zdobyła audjencję.
Z wrodzoną wielomównością zasypała go gradem pytań, objaśnień, podziękowań i zapewnień, których nie mógł wcale zrozumieć, dopiero kiedy wspomniała o miłej maleńkiej Dorrit, którą lubiła serdecznie, która tak pracowicie i dokładnie spełniała obowiązek, gdy przychodziła szyć do niej, panu Dorrit zaczęła uderzać krew do głowy. Zapewnił wprawdzie damę, że nic nie wiedział o tem, lecz nie był nawet pewny, czy go słyszy. Nadaremnie chciał przerwać potok jej wymowy, zapytując, w jakim przyszła interesie, słyszał tylko nazwiska Clennam i Ska, Blandois, i widniał całą przeszłość, wywołaną z grobu, głośną, gadatliwą, straszną.
Nogi chwiały się pod nim i pot wystąpił na czoło, usiadł nawpół przytomny, już prawie nie rozróżniając wyrazów, słysząc tylko jakgdyby turkot młyna, głoszącego światu jego tajemnice.
Nagle Flora zauważyła stan biednego starca, gdyż w gruncie rzeczy miała dobre serce, i sama pospieszyła zakończyć wizytę. Wyjęła z kieszeni złożoną gazetę i wskazała mu miejsce zakreślone.
— Przyznaję się, że byłam niezmiernie ciekawa poznać ojca kochanej maleńkiej Dorrit — powiedziała z naiwną otwartością — lecz nie byłabym śmiała zabierać panu czasu, gdyby nie myśl, że mogę tylu ludziom oddać przysługę. Jakaż wdzięczność Artura, gdyby dzięki mojemu pośrednictwu można było sprawdzić, że ów Blandois żyje. Przyjechał z Rzymu, może pan go tam spotkał?
— Blandois? — powtórzył pan Dorrit zdumiony. — Znałem Blandois. A cóż mu się stało?
— Zginął bez wieści. Widziano go po raz ostatni w domu matki Artura, pani Clennam.
— Pani Clennam — powtórzył bezmyślnie pan Dorrit. — Cóż to jest za osoba?
— Matka Artura. Clennam i S-ka dom handlowy. Sparaliżowana. Jej wspólnikiem Flintwinch, nieprzyjemny starzec. Wogóle dom ponury. Tam znika ślad Blandois, choć napewno musiał wyjść stamtąd. Czy pan widział kiedy dom Clennama w City? Brrr! Nie lubię tam chodzić.
— Lecz cóż ja zrobić mogę? — odezwał się pan Dorrit, zbierając rozproszone myśli.
— Pan powraca do Włoch, do Rzymu, pan tam z pewnością spotka owego Blandois, pan o niego zapyta i da znać, że podejrzenia są niesłuszne i że nie mogą ciążyć na nazwisku Clennam.
— Ciążyć na nazwisku Clennam — powtarzał pan Dorrit, jakby to mu pomagało rozumieć treść zdania. — Jakież to podejrzenie? — spytał znowu.
— Pan Blandois wszedł do domu pani Clennam i odtąd nikt go nie widział. Dopóki się nie znajdzie, biedna sparaliżowana staruszka jest pod nadzorem policji.
Podała zakreślony ustęp w gazecie. Pan Dorrit czytał go, usiłował zrozumieć i zapewniwszy nakoniec Florę, że gotów zrobić wszystko, co będzie w jego mocy, uwolnił się szczęśliwie od jej towarzystwa.
Pozostawszy sam, odetchnął głęboko. Straszna mara przeszłości zniknęła mu z oczu, ale była i żyła, krążyła wpobliżu, przenikając go drżeniem trwogi.
Usiadł przed kominkiem, ażeby odpocząć i zebrać wreszcie myśli. Napisał do pana Merdle, że nie może być dziś na obiedzie, i to był pierwszy jego czyn spokojny. Nie miałby siły pokazać się wśród ludzi. Wyczytaliby z jego twarzy wrażenia — hm — niepożądane.
Zwolna się uspokajał, przychodził do siebie. Wziął gazetę i uważnie z namysłem przeczytał ogłoszenie policji o zaginionym Blandois. Co powie na to Gowan i inni znajomi?
Nagle wezbrała w nim dziwna ochota pojechać tam, na miejsce, do domu sparaliżowanej kobiety, zasięgnąć informacyj. Nikt go przecie nie zna, a będzie mógł dokładniej zdać sprawę z wypadku w gronie wspólnych znajomych.
Wolał jednakże zrobić to o zmroku. Sam dzisiaj obiadował i sam wyszedł z domu, wsiadł do powozu, który stał na placu, i rozkazał jechać do City, do domu Clennam i S-ka.
Posępna, pusta, mroczna, słabo oświetlona dzielnica oddziałała na nerwy starca tak przygnębiająco, że gdy woźnica zatrzymał się wreszcie przed wymienionym domem, pan Dorrit nie miał prawie odwagi wyjść z powozu.
Widział na murze wielkie ogłoszenie, przylepione z obu stron wejścia. Migotliwe światło pobliskiej latarni rzucało na nie z wiatrem jakieś błędne cienie, które zdawały się na coś wskazywać. W cieniach nocy widocznie kryła się policja, gdyż zaledwie stanął przed domem, z jednej strony ulicy zjawił się jakiś człowiek i, mijając go, uważnie w twarz mu spojrzał, a z drugiej strony zjawił się tak samo drugi.
Pan Dorrit wysiadł i zapukał do drzwi. Miał wrażenie, że już nie może się cofnąć. Usłyszał wewnątrz kroki, drzwi się uchyliły, i ujrzał przez szparę kobietę z zarzuconym na głowę fartuchem i zapaloną świecą.
— Kto tam? — zapytała.
Pan Dorrit, zadziwiony tem zjawiskiem, oświadczył, że przyjechał z Włoch i przybył tutaj zapytać o zaginionego cudzoziemca, który jest jego znajomym.
— Jeremjaszu! — zawołała wówczas kobieta w fartuchu.
Niski starzec z głową pochyloną nabok i końcami chustki na szyi, niby odciętym postronkiem, zjawił się zaraz, krzycząc na staruszkę.
— Otwieraj, ty warjatko! proszę — spokojnie zwrócił się do pana Dorrit. — Dom otwarty dla wszystkich. Nie mamy tu, żadnych tajemnic.
— Jeremjaszu, a kto tam? — rozległ się głos z góry.
— Znów to samo. Pytania. Jakiś gentleman z Włoch.
— Przyprowadź go tutaj.
— Proszę pana na górę — rzekł Jeremjasz. — Pani Clennam tego żąda.
W słabo oświetlonym pokoju pani Clennam siedziała przy stoliku, na którym rozłożone były książki.
— Pan z Włoch? — spytała krótko. — Czego pan sobie życzy? Może pan nam co powie o panu Blandois?
— Przeciwnie... hm... chciałbym się czegoś dowiedzieć — przemówił wreszcie pan Dorrit.
— Na szczęście, nie mam panu nic do powiedzenia. Jeremjaszu, pokaż panu ogłoszenie. Poświeć panu. Daj mu kilka egzemplarzy, może zabierze z sobą.
Pan Dorrit machinalnie odczytał znów w całości ogłoszenie.
— Teraz pan wie tyle, co i my — rzekła pani Clennam, kiedy odłożył papier. — Czy to pański przyjaciel?
— N... nie... hm... znajomy.
— Czy pan ma do niego jakie polecenie?
— Ja?... nie!... żadnego... Spotykałem go w Wenecji, Rzymie. Teraz, będąc w Londynie... dowiedziałem się przypadkiem o... o tem zdarzeniu, i... chciałbym... radbym jego przyjaciołom zawieźć... hm... pewniejsze wieści. Czy pani pozwoli zadać sobie trzy pytania?
— Trzydzieści, jeśli się panu podoba.
— Czy dawno pani zna pana Blandois?
— Około roku. Można to sprawdzić w książkach, przybył tu z polecenia paryskiego korespondenta, co nie ma wielkiego znaczenia.
— I często tutaj bywał?
— Wszystkiego był dwa razy. Raz wtedy... przed rokiem... i... drugi raz teraz.
— A czy wolno mi spytać jeszcze hm... pan Blandois był zapewne ten ostatni raz... hm... w interesie?
— On tak to nazwał.
— Czy można wiedzieć w jakim?
— Nie.
Odpowiedź była krótka i stanowcza, wypowiedziana zimno.
— Zadawano nam to pytanie — odezwała się znowu pani Clennam — lecz nie mamy żadnego obowiązku opowiadać całemu światu o naszych interesach.
— Chciałem tylko wiedzieć, czy nie otrzymał tu pieniędzy.
— Nie.
— I pani nie umie wytłumaczyć sobie tej zagadki?
— Owszem. Ja tłumaczę ją sobie jasno. Pan Blandois się ukrywa.
— Ukrywa?... A dlaczego?
— Powiedziałam, że rozumiem tę zagadkę, lecz nie mówiłam, że ją mogę panu wytłumaczyć. Nie chcę i nie mam obowiązku.
Pan Dorrit skłonił się, jakby przepraszając, a pani Clennam utkwiła wzrok w ziemię i zdawała się czekać na nowe pytanie.
Nagle Efri krzyknęła, upuściła świecę i kryjąc głowę w fartuch, powtarzała głosem drżącym, z przerażenia.
— Słyszycie? ach, słyszycie! Znowu, znowu!
Panu Dorrit wydało się, iż rzeczywiście usłyszał w tej chwili delikatny szelest jakby spadających liści.
— Ty warjatko! — krzyknął Jeremjasz, grożąc małżonce pięścią, a następnie z powagą zwrócił się do gościa.
— Może panu poświecić na schodach?
Pan Dorrit z ukłonem opuścił komnatę, zszedł nadół, wyszedł za drzwi, które zamknęły się za nim z łoskotem, i tutaj znów minęło go dwóch ludzi, oglądając uważnie.
To też rad był, gdy znalazł się wreszcie w powozie i wyjechał z ciemnej, posępnej dzielnicy.
Lecz gdy wysiadł na placu, woźnica mu oznajmił, iż w czasie jego bytności w „tym domu“ wynotowali szczegółowo numer powozu, nazwisko stangreta, czas najęcia, drogę, którą przebywali, słowem, nie można wątpić, że w tej chwili znajdują się obaj pod dozorem.
Nic dziwnego, że następstwem takich wrażeń była noc niespokojna i gorączkowe marzenia. Widział siebie w Marshalsea, ponury dom pani Clennam, starą kobietę w fartuchu na głowie i nieszczęsnego Blandois, który jęczał zamurowany gdzieś w ścianie, czy w piwnicy.
Na szczęście światło dzienne spłoszyło te mary. Wszak musiał zebrać dzisiaj całą siłę ducha, całe poczucie godności, gdyż oczekiwał go wielki obiad pożegnalny w najbardziej doborowem towarzystwie.
Zapanował nad sobą i zachował wyraz twarzy odpowiedni, wiedząc, że do dna myśli nikt człowiekowi nie sięgnie. Zresztą wrażenia tej wspaniałej uczty upoiły go wkrótce i zatarły wszystko. Czuł się tu otoczony szacunkiem, przyjaźnią, Fanny tak czarująco grała rolę pani domu, z taką godnością przyjmowała hołdy, iż był rozrzewniony jej widokiem.
Kiedy odjeżdżał, wielki Merdle chciał go sprowadzić aż na dół. Cała służba była świadkiem pożegnania, to też wracał zadowolony i upojony prawie swym triumfem.
Wtem w korytarzu, w swym własnym hotelu, spostrzega... kogo? kogo? skąd tu zjawił się John Chivery? czy to mara?
— Młody człowiek — objaśnia portjer — chciał koniecznie widzieć się z panem.
Pan Dorrit patrzy prawie nieprzytomnie, lecz przemawia spokojnym głosem:
— Ah... młody człowiek... John... jak mi się zdaje?
— Tak jest, John Chivery — powtarza wzruszony młodzieniec.
— Bardzo pięknie. Możesz iść za mną. Pomówimy na górze.
Kamerdyner wprowadził pana Dorrit na schody, zapalono w pokoju świece, służba się oddaliła.
Wtedy Ojciec Marshalsea zwrócił się do Johna z twarzą, pałającą gniewem.
— Jak pan śmiałeś! — syknął przez zęby — jak śmiesz mię tu nachodzić!
John zbladł jak ściana, nogi zachwiały się pod nim, w oczach odmalowała się trwoga, zdumienie.
— Kto pana upoważnił! — syczał Dorrit, stłumionym głosem. — To zuchwalstwo, obraza! Czego tu chcesz, u licha!
— Ja... ja... — jąkał się biedny młodzian — ja myślałem, że mogę... panu ofiarować paczkę cy...
— Możesz ją sobie zabrać do stu djabłów. Nie palę.
— Przepraszam... nie wiedziałem... dawniej...
— Milcz! — krzyknął pan Dorrit i rzucił się prawie na gościa, jakby mu chciał te słowa wtłoczyć z powrotem w gardło.
John cofnął się ku drzwiom, drżący z przerażenia.
— Stój! — zawołał pan Dorrit, widząc, że młodzieniec gotów w tym stanie wybiec na korytarz. — Usiądź, do licha, usiądź!
Gość padł na krzesło przy drzwiach, nie będąc w stanie dłużej utrzymać się na nogach. Pan Dorrit gwałtownie chodził po pokoju.
Chodził długo i coraz wolniej, nakoniec stanął w oknie, oparł czoło o chłodną szybę.
Po długiej chwili odwrócił się znowu.
— Po co przyszedłeś, Johnie?
— Ch... chciałem... chciałem spytać o zdrowie pana i miss Emi... Nie wiedziałem, że pan się tak rozgniewa — szeptał i jąkał biedak drżącym głosem.
Pan Dorrit odwrócił się znowu do okna i znów na zimnej szybie trzymał czoło. Wreszcie wyjął chustkę, otarł załzawione oczy i ukazał twarz bladą, ogromnie zmęczoną.
— Przykro mi, Johnie, że się tak uniosłem... hm... bardzo przykro — rzekł niepewnym głosem. — Widzisz... pewne wspomnienia nie mogą być miłe.... powinieneś to był rozumieć... i nie przychodzić do mnie.
— Teraz to rozumiem — szepnął John ze łzami w głosie — nie pomyślałem o tem. Bardzo przepraszam pana.
— Daj mi rękę, Johnie... Dobry z ciebie chłopiec. Daj mi rękę, poczciwy chłopcze!
John podał rękę, lecz na pobladłej twarzy pozostał wyraz przerażenia.
— Siadaj, Johnie — prosił łaskawie pan Dorrit. — Cóż u was słychać? Ojciec, matka, zdrowi? Interes dobrze idzie? Zawsze pełno? Bywasz tam czasem...
John odpowiadał cicho. Wszyscy zdrowi i zawsze pełno. On zastępuje ojca. Już pójdzie.
— Czekaj, Johnie. Dajże mi te cygara. Bardzo ci dziękuję. Powinieneś pamiętać, że wam jestem bardzo życzliwy, bardzo życzliwy, ale dzisiaj... lepiej mię nie odwiedzać... Jeszcze chcę cię prosić... chcę przez ciebie posłać tamtym upominek. Rozdasz wedle uznania, kto potrzebuje najbardziej.
— Z przyjemnością, panie Dorrit... Wielu jest potrzebujących.
Pan Dorrit wyjął książeczkę czekową, lecz ręka mu tak drżała, że z trudem stawiał litery. Podał mu wreszcie czek na sto funtów, uścisnął dłoń, dziękował, pożegnał życzliwie.
— Spodziewam się, że nie masz zamiaru opowiadać tutaj, z jakiej racji do mnie przyszedłeś?
— Oh! — zawołał John z takim wyrazem godności, że pan Dorrit uspokoił się zupełnie.
Ale się cieszył, że jutro o świcie wyjeżdża. W starej Anglji niema dla niego spokoju.
Wschodzące słońce ujrzało go w drodze do Duwru, potem witało w Calais (Kale), a następnie przez Paryż, Alpy, wygodnym powozem, pod opieką kamerdynera i służby, dążył do Rzymu z możliwym pośpiechem.
Drogi w owych czasach były uciążliwe, a często niebezpieczne, pomimo to pan Dorrit zatrzymywał się późno, rzadko odpoczywał dłużej, pozwalał się obdzierać i zmierzał do portu, jak okręt, skołatany burzą.
W Rzymie oczekiwano go w domu z dnia na dzień, ale służba nie przypuszczała, aby mógł przyjechać w nocy, i dlatego nikt prawie nie wyszedł na jego spotkanie.
Pan Dorrit doznał przykrego uczucia.
— Miss Emi niema w domu? — spytał pierwszego lokaja, który zjawił się wreszcie.
— Miss w domu.
Wysiadł bardzo zmęczony i udał się na górę, aby odszukać Emi.
Znalazł ją w jej pokoju, który był jakby rodzajem namiotu, oddzielonego portjerami od wielkiego salonu. Siedziała przy kominku, na którym płonął ogień, naprzeciw stryja Fryderyka. Tak byli zajęci rozmową, że nie spostrzegli, gdy stanął na progu.
— Stryj naprawdę daleko lepiej wygląda — zapewniała maleńka — patrzę na to z przyjemnością, bo to dowód sił i zdrowia.
— Tobie to zawdzięczam — zapewniał Fryderyk — chociaż twój ojciec młodziej wygląda ode mnie. On nie poddał się nigdy troskom. A... jesteś!
Ujrzał brata i podniósł się na powitanie. Emi uszczęśliwiona przytuliła się do ojca, w którym walczyła radość, rozrzewnienie i coś w rodzaju nieśmiałej zazdrości, z której nie umiał sobie zdać wyraźnie sprawy.
— Nie liczyliśmy już dziś na twój powrót — mówił Fryderyk — podróż nocą męczy.
— Czuję się zdrów i silny — odparł Wiljam Dorrit. — Dziękuję ci, Emi, sam sobie poradzę. Każ tylko podać wina, trochę ciasta.
— Kolacja będzie w tej chwili, ojczulku, już dzwoniłam i podadzą nam natychmiast — mówiła, nie spuszczając z niego oczu, gdyż wydał jej się zmęczony, mizerny, jakgdyby postarzały.
— I cóż tak patrzysz na mnie? — spytał niezadowolony. — Cóż takiego we mnie spostrzegłaś?
— Dawno nie widziałam cię, ojcze, nic więcej.
— Może ci się wydaje, że nie jestem zdrów zupełnie?
— Myślę tylko, że ojciec musi być zmęczony.
— Ani trochę. Czuję się zdrowszym i silniejszym, niż przed wyjazdem do Anglji.
Usiadł pomiędzy nimi przed kominkiem i na chwilę się zdrzemnął. Ale trwało to kilka minut. Nagle otworzył oczy, zwrócił się do brata i rzekł stanowczym tonem.
— Kochany Fryderyku, radzę ci, idź się położyć.
— Wolałbym zostać z wami przy kolacji.
— A ja cię bardzo proszę, abyś się położył. Musisz być niezdrów dzisiaj.
Widząc go rozdrażnionym, Fryderyk wstał z krzesła i powiedział bratu dobranoc.
Po jego odejściu Wiljam zasnął znowu. Córka czuwała nad nim, aby nie spadł z krzesła. Po chwili się przebudził.
— Czy stryj nie chorował w czasie mojej nieobecności? — zapytał.
— Nie, ojcze.
— Bardzo źle wygląda. Bardzo się zestarzał w ciągu tych paru tygodni. Ogromną w nim znalazłem różnicę. Biedny starzec.
Przy kolacji Emi siedziała przy ojcu, jak niegdyś tam, w Marshalsea, i byłoby to dla niej wielką przyjemnością, gdyby nie stan znużenia pana Dorrit. Starzec jadł bardzo mało, zasypiał kilkakrotnie, zawsze na parę minut, budził się czasem jakby przestraszony i rozglądał się po ścianach, żeby zdać sobie sprawę, gdzie jest rzeczywiście. Gdy przychodził do siebie, rozmawiał o bracie i ubolewał nad tem, że się zmienił, że starość wycisnęła na nim swoje piętno.
Zapytał o znajomych, o panią Merdle i dowiedział się od córki, że ta wspaniała dama powraca do Anglji i pojutrze wydaje obiad pożegnalny. Bardzo się troszczyła, czy pan Dorrit wróci, ażeby go pożegnać osobiście.
Z trudnością wszedł na schody do swego pokoju i natychmiast usiadł w wygodnym fotelu. Odesłał służbę, siedział, drzemał, budził się znowu i dopiero o świcie udał się do łóżka.
Nazajutrz był zmęczony, — nic dziwnego po tak dalekiej podróży. Posłał jednak do pani Merdle bilecik, dziękując za uprzejme zaproszenie i obiecując stawić się nazajutrz.
Wyszedł do obiadu, lecz chociaż zapewniał, że czuje się zupełnie dobrze, zasypiał kilka razy i ubolewał ciągle nad widoczną bezsilnością Fryderyka. Chciał popłynąć gondolą, czas jednak upływał tak prędko, że odłożył na jutro tę rozrywkę, sam zaś wcześnie udał się na spoczynek, nie dlatego wcale, że czuł się zmęczonym, — bynajmniej, — lecz chciał wypocząć ze względu na jutro.
Pierwszy raz się zdarzyło, że Emi ubrana czekała, aż pan Dorrit będzie gotów. Ukazał się nakoniec i prawie przeraził ją bezbarwną cerą i zamglonemi oczami. Nie chcąc jednak wyrządzić mu przykrości, nie wspomniała, że źle wygląda, i oboje spokojnie wsiedli do gondoli.
Pani Merdle przywitała ich bardzo uprzejmie, pan Dorrit ożywił się nieco w towarzystwie, złożonem przeważnie z Anglików. Przy stole zajął miejsce koło pani Merdle, Emi zaś posadzono dość daleko, tak, że ojca widzieć nie mogła.
Po chwili służący oddał jej karteczkę, napisaną przez panią Merdle.
„Proszę do ojca, zdaje się, że chory“.
Emi wstała cichutko, ale jednocześnie pan Dorrit podniósł się także z hałasem, wołając głośno:
— Emi! Emi! Emi!
— Jestem tu, ojcze! — szepnęła, obejmując go, maleńka Dorrit, przerażona nietylko stanem ojca, lecz wrażeniem, jakie sprawiło niezwykłe jego zachowanie się.
Wszyscy umilkli nagle, wszystkie spojrzenia zwróciły się na nich.
— Emi, moje dziecko, idź, poszukaj Boba. On najlepszy z dozorców, a mnie tak słabo... tak słabo... Niech przyjdzie Bob sprowadzić mię ze schodów.
— Chodź ze mną, drogi ojcze — cicho błagała Emi — oprzyj się na mnie, zejdziemy wygodnie.
— Nie, nie... przyprowadź Boba... poszukaj go... poślij po niego!
Obejrzał się dokoła przytomniejszym wzrokiem, a ujrzawszy tak liczne zgromadzenie, wyobraził sobie, że jest w kawiarni w Marshalsea.
— Szanowne panie i panowie — zaczął — hm... moim obowiązkiem powitać was tutaj, jako ojciec Marshalsea. Trochę nam tutaj... hm... że tak powiem... ciasno, ale można... zczasem przyzwyczaić się do tego... a powietrze wogóle zdrowe... Ta kawiarnia, szanowne panie i panowie, jest naszym klubem, który utrzymujemy z dobrowolnych składek... hm... daje nam to pewne dogodności. Nie mówię, że w tem niema i mojej zasługi... Jako najstarszy tutaj obywatel, piastuję pewną godność, uznaną przez wszystkich, którzy też czują się obowiązani zaznaczać mi swoje uznanie... szacunek... hm... przez pewnego rodzaju podarki. Jestem dumny, szanowne panie i panowie, lecz nie wstydzę się z tego, ponieważ pieniądz w życiu...
W ciągu tej długiej mowy Emi nadaremnie usiłowała wyprowadzić ojca. Nie wstydziła się go, ani tego, co mówił, lecz była przerażona tem zdarzeniem, zdawała sobie sprawę, że jest ciężko chory. Goście po większej części przeszli do innych pokoi, wzywani przez zgorszoną panią Merdle, pozostało niewielu świadków, oprócz służby.
Udało się nakoniec biednej Emi skłonić ojca do wyjścia pod pozorem, że poszukają Boba, pierwszego odźwiernego, który dawno umarł. Z wielkim trudem z pomocą służby sprowadziła go po szerokich schodach, które mu się zdawały stromemi schodami w Marshalsea. Umieszczono go nakoniec w karecie, przewieziono do domu, ułożono w łóżku.
Przez kilka dni następnych aż do śmierci nie odzyskał zupełnie przytomności. Nie uskarżał się na nic, nic go nie bolało, lecz zapomniał o wszystkiem, prócz życia w Marshalsea. Oprócz Emi i Fryderyka nie znosił przy sobie nikogo, wołał niekiedy Boba, rozmawiał z więźniami, interesował się wszystkiemi szczegółami więziennego życia ogółu, posyłał Emi po wino do kawiarni, kazał jej zastawić kosztowny zegarek, potem pierścionki, spinki... i wino niby za te pieniądze kupione lepiej mu smakowało.
Maleńka Dorrit nie odstępowała go ani na chwilę, nie spała i nie jadła, nie odpoczywała. Jej oczy nie odwracały się od jego twarzy, na której zachodziły coraz nowe zmiany. Znikały z niej zwolna troski, niepokoje, wygładzały się nawet zmarszczki. Głos stawał się słabszy, odzywał się rzadziej — starzec coraz częściej i dłużej zasypiał, aż przyszedł sen, z którego już się nie obudził.
Rozpacz Fryderyka była w pierwszej chwili tak gwałtowna i rozdzierająca, że biedna Emi musiała panować nad sobą, aby uspokoić stryja.
— Stryju kochany, zlituj się nade mną, dla mnie oszczędzaj siły — prosiła błagalnie, uspokajając go, jak małe dziecko.
Do późnej nocy siedzieli oboje w przyległej komnacie, płacząc, pocieszając się, mówiąc o zmarłym. Wkońcu znużenie przypomniało Emi, że stryjowi należy się też wypoczynek. Odprowadziła go więc do jego pokoju, widziała, jak się rzucił w ubraniu na łóżku, i sama go przykryła.
Potem udała się wreszcie do siebie i zasnęła mocno, spokojnym snem utrudzenia i młodości.
Dnia tego księżyc w pełni późno wszedł na niebo i jeszcze później zajrzał do komnaty, gdzie zgasło życie, pełne trosk i wzruszeń. Ujrzał tu obok siebie dwie martwe postacie: jedna leżała spokojnie na łóżku, druga klęczała przy niej z załamanemi nad głową rękami, przyciskając raz ostatni martwe usta do zimnej ręki zmarłego.
Fryderyk Dorrit nie przeżył Wiljama.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.