<<< Dane tekstu >>>
Autor Deotyma
Tytuł Panienka z okienka
Wydawca Księgarnia i Skład Nut Stanisława Sadowskiego
Data wyd. 1898
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

XI.

Wtóre wesele.



O


(O!..... I znowu się gapią. I to nawet jakoweś Mościpany. A wżdy i tych trza przepędzić.
Tak mruczał Kuba Grubasek, spostrzegłszy kupkę ludzi zgromadzonych przed Bursztynowym Domem. Byli to widocznie przyjezdni, jacyś panicze polscy, dorodni, pełni buty, i pomimo przedpołudniowéj pory, odświętnie przystrojeni. Niebieskie i czerwone ich wyloty, migały w powietrzu jakby proporczyki, bo rękami podniesionemi pokazywali sobie w górze okrągłe okienko, i powtarzali z wykrzykami podziwu:
— Jakoż to? Oném oczkiem? Nie może być.
— A wszelako było.
— Istne mirabilium!
Grubasek onieśmielony wspaniałością przechodniów, przystąpił pokornie, i kłaniając się mówił:
— Mości Panowie! Śmiem upraszać..... aby kużden szedł jako chce..... jeno aby tu nie stoić.....
— A to znów co za exorbitancye? Co ty Kuba, mnie myślisz rozkazować?
Słowa te, wyrzeczone gromkim głosem, wyszły z samego środka gromady, i przed oczami Kuby ukazał się, ani mniéj ani więcéj, tylko sam Pan Burmistrz Freimuth.
— O Jezu! A zkąd ja mógł wiedzieć, że i Pan Burgemeister tutaj? Wybacz Wasza Dostojność, przepraszam uniżenie, aleć ja muszę tu ład czynić, bo Pan Schultz okrutnie poryża na to, że mu przed oknyma zawdy kupa ludzi przystawa, i wydziwia nad oném utrapioném okienkiem. Już mu — powieda — kamienica obrzydła. Owóż, kazał mi politycznie one kupy rozpędzać. Ja tedy dziesięć razy na dzień tędy chadzam, a zawdy kogo zdybię, i mam z tego sto nieprzyjemnościów, bo abo zdybani mię obiją, abo Pan Schultz mię wygrzmoci. Rób co chcesz, zawdy biéda.
— Nie boj-sa Grubasek. — Odparł ze śmiéchem Burmistrz. — Już dziś ja sam się z Panem Schultzem rozprawię.

Tu jeden ze stojących, piękny młodzieniec o błękitnych oczach i złocistym wąsie, zapytał:
— I wy mój człeczku, sami widzieli, jak ona panienka tamtędy wyleciała?
— Ja sam nie widział, jenom od téj liny mało żywota nie postradał, a com widział, to jako Pan Schultz tę panienkę z powrotem tu wnosił, to mglała i krzyczała jakoby ta biédna waryatka, za to co jéj zabili onego kawalira, co my po nim tak okrutnie płakali.
— A! Płakali wy po nim?
— Oh, i jak! Boć to był takowy siarczysty kawalir, że do dziś, co jest w Gdańsku pannów, to wszystkie po nim łzy lejom.
— No, a z tamtą panienką, co się potém działo?
— Tego ja nie wiem, bo już od onego dnia Pan Schultz ją trzyma w karceresie, że jéj ludzkie oko nie widziało.
— A to chyba ten jéj kawaler gotów zmartwychwstać, aby ją z takowéj oppressyi wydobyć.
— A dyć, zmartwychwstanie on, jeno za późno, bo aż na Sądny dzień.
— A może i wcześniéj? Taki siarczysty kawaler gotów i w to utrafić.
— E! Co też to Wasza Dostojność gada? Chybaby go jakowy Święty wskrzesił, a zkąd tu wziąść Świętego, jeszcze w takowém mieście, gdzie tyle plugastwa heretyckiego?
Kuba mówił to najspokojniéj, ale nagle.... oczy jego w słup stanęły, usta pozostały otwarte, i głęboki wykrzyk z nich się wydarł. W téj chwili bowiem, złotowłosy młodzieniec na bok nieco ustąpił, i po-za nim ukazała się postać JMci Pana Kaźmiérza Koryckiego.
Grubasek uległ tak wielkiemu wzruszeniu, że chwyciwszy za poręcz jednego z bliskich ganków, przysiadł na kamiennéj kuli, cały drżący jakby zimnica nim trzęsła.
— A widzisz? — Zawołał jeden ze stojących, kiwając mu palcem przed oczami. — Widzisz jakowy to affekt u tego kawalera, kiedy nawet z pod ziemi wrócił, ażeby salwować swoją pannę.
— A juści. — Szeptał Grubasek. — Dyć on! Jak Boga kocham zmartwychwstały! I nawet nieznać jako w ziemi leżał? Jeno kruszynę przybledniejszy.



Podczas gdy Kuba dziwił się, jakim sposobem ten zabity wyszedł z trumny taki zdrów i strojny, młodzi ludzie wziąwszy między siebie nieboszczyka, z wielkiemi śmiéchami przeszli na drugą stronę ulicy, wstąpili na ganek Bursztynowego Domu, i już jeden z nich bił kołatką, a jeszcze Pan Burmistrz powtarzał błękitnookiemu:
— Jeno supplikuję abyś Waszmość mitygował rankory, bo jabym rad wszystko spacyfikować. Nasz Herr Schultz nie taki bies, jak go malują. Polityką z nim wszystko nadrobi.
— A no, obaczym co dziad powie. I jaby rad pacifice zakończyć, jeno wżdy niech nam się Niemiec okóniem nie stawi, bo juści krew nie woda.
W téj chwili Mina odsunąwszy rygiel, wychyliła swoją twarz wiecznie spłoszoną. Ale widok Pana Freimutha ją rozjaśnił.
— O Jezu! Pan Burgemeister! Jakoż my to dawno gościa tak wielkiego nie widali! A toż Meister będzie kontenty!
— A gdzie Meister?
— Jak zawdy, na pierwszym treppie, dłubie wedle swoich kamyczków.
Ale w téj chwili, spostrzegłszy gromadę mężów, tłoczącą się do progu, spojrzała z trwogą na Burmistrza.
— A to co za Herry? Czy wedle bursztynów?
— Puszczajcie ich matko śmiało, to piękna kompania, któréj spieszy się do Pana Rajcy.
Mówiąc tak, Burmistrz szedł ku schodom, ale nagle stanął w pół sieni, zdumiony zaszłemi w niéj zmianami.
Ze ścian zwieszały się, na wpół poprzyczepiane kobierce i zapony, które, uwijający się po drabinach robotnicy, rozmierzali i przybijali. Wszędzie leżało pełno pak, zawiniątek, a zwłaszcza grubych wieńców z gałęzi sosnowych i modrzewiowych; niektóre już były rozpięte na zaponach; inne wplatano w poręcze schodów, tak, że woń choiny wszędzie się rozchodziła.
— Co to za preparacye? — Spytał Burmistrz.
— A no co? Na jutrzejsze wesele. Dziś jeno zieleń wieszamy, ale jutro to będzie i kwiatów huk.
— Jakie wesele?
Na to zapytanie, Mina się zatroskała.
— Jakoż to, Wasza Dostojność niewié? A ja myślałam, że to właśnie z onéj racyi Pan Burgemeister nawiedza naszego Pana Młodego.
— Jakowyż to Pan Młody?
— A jakowyż ma być? Wszakci to nasz Pan Meister się żeni.
Na te słowa, między zgromadzonemi powstały groźne szmery, szczękanie szablami, przyczém krzyżowało się mnóstwo pytań:
— Co? Co? Jutro? Żeni się? Schultz? I z kim? Czy z nią?
— A no, pewnie z frajleiną Hedvich.
— Z nią? Sam ci to gadał?
— Nie, proszę Waszmościów. — Mówiła jąkając się przestraszona kobieta. — Pan Meister nie mówił z kim, jeno mi powiedział temu onegdaj: «Słuchaj Mina, pojutrze się żenię, przyjdą tu robotniki co ustroją dom, zamów jeszcze dwie mödchen do kuchni, bo musi być wielki łustyk.» Z kim żeby jenszym się miał żenić? Chyba że ja niewiem..... Aleć Meister już dawno upatrzył sobie naszą frajlein.
— A Panna Hedwiga co na to mówi? — Zapytał złotowąsy młodzieniec. — Czy chce takiego starego dziada? Czy już nie płacze po tamtym kawalerze, co to ją wykradał?
— Płacze-ci ona, i precz się zarzeka: «Nie!» I «Nie!» Aleć to jeno dziecinne gadanie, boć kiedy tamten nieżyw, to i co jéj po nim? I dla tego że jéj kawalera zabili, to już ma na cały żywot ostać się bez męża? I jeszcze kiedy taki personat i bogacz jak nasz Pan Meister chce jéj uczynić ten onor? Namówim ją, namówim, — a nie, to na rękach zaniesiem do kościoła.
— No, no, babo nie pleć, jeno pokazuj drogę! — Krzyknął błękitno-oki, a obejrzawszy się na drugich, dodał:
— Jako widzę, w sam czas my tu zjachali. Żeby tak jutro, toby tu była tragedya.
Mina, znów przestraszona brzękiem szabel i groźnemi spojrzeniami, nic już nie odpowiedziała, tylko biegła przodem po krętych schodach, gdzie nogi jéj się plątały w niedoplecionych wieńcach. Stanąwszy na pierwszém piętrze, rozwarła drzwi, przez które kolejno zaczęli wchodzić nowo-przybyli, najprzód Burmistrz, potém błękitno-oki, potém siedmiu młodzieńców, jeden od drugiego świetniejszy i dorodniejszy, nakoniec..... zjawił się gość ostatni, który dotąd trzymając się za drugiemi, pozostawał niewidzialnym dla Miny. Teraz, na jego widok, zmartwiała.
Plecami przytłoczyła się do ściany, sama blada jak ściana, i szepnęła.
— Co to? Upiór? W biały dzień? Panie Jezusie, zmiłuj się nad nami!
Pan Kaźmiérz posłyszawszy te słowa, tknięty młodz.eńczą pustotą, zwrócił się nieco ku Minie, kłapnął zębami jak zwykły czynić upiory, i zcicha jęknął niby mara.
Poczém wsunąwszy się do komnaty, stanął nietylko za plecami drugich, ale i za wystérkającym piecem, tak, że Pan Majster nie mógł go wcale widziéć.
Za to, nieszczęsna kobiecina widziała go ciągle, i nie spuszczając zeń przerażonych oczu, stała jak żona Lota, z głową pół obróconą, w słup zastygła.



Pan Johann Schultz siedział jak zawsze przy swoim robotnym stole, pomiędzy mnóstwem drobnych naczyń i misternych narzędzi. Ale na ten raz, narzędzia leżały bezczynnie. Pan Majster miał rozłożony przed sobą swój cudowny sztuciec, i z rozlubowaniem właściwem człowiekowi, co jutro ma być «Panem Młodym», wpatrywał się w zachwycający posążek Wenery.
Widok tylu wchodzących, zdziwił go i zaniepokoił, a najwięcéj go zdumiało przybycie Burmistrza, który po zabiciu Kaźmiérza mocno się z Panem Schultzem przemówił, wyrzucał mu narażenie Urzędu Gdańskiego na niełaskę królewską, przepowiadał mu zemstę całéj Wodnéj Armaty, łajał go za twarde obejście się z Hedwigą, i od owéj rozprawy, już nogą nie postał w Bursztynowym Domu.
Teraz, Pan Majster widząc go w towarzystwie samych ludzi młodych i wojennych, pomyślał sobie:
— Oho! Jest owa wróżona zemsta. Cała Wodna Armata na kark mi się zwali. Zła sprawa, i to jeszcze w sam przeddzień Hymenu!
Nie pokazał jednak żadnego zmieszania wstał powoli z patrycyuszowską wspaniałością, i rękę o stół oparłszy, czekał na wybuchnięcie burzy.
Tymczasem zamiast burzy, czekało go zupełnie co innego.
Pan Freimuth słodko uśmiechnięty, szedł ku niemu z otwartemi objęciami, jedną ręką dłoń jego ścisnął, a drugą klepał go po ramieniu, i mówił:
— Kochany Rajcusiu! Stary amikusie! Przynoszę ci złote nowiny! Ale to szczerozłote!
— Co takiego? — Pytał, jeszcze nierozchmurzony Majster.
Pan Burmistrz, pokazując młodzieńca o błękitnych oczach, rzekł z niejaką dumą:
— A najprzód, oto jest JMci Pan Starościc Władysław Nałęcz, Rotmistrz chorągwi pancernéj, brat Panny Hedwigi.
— Co? Znowu brat? — Zapytał Pan Schultz z przekąsem.
— A tak, znowu brat. Ale na ten raz veritabilis, najveritabilszy. Dziś rano, Pan Starościc razem z temi oto swojemi świadkami, stawił się u nas w Urzędzie, i wylegitymował dokumentnie prowenencyę Panny Hedwigi.
— Aha! I gdzież ten dokument? — Zapytał drwiąco Majster.
— Oto jest. — Odparł Pan Władysław, pokazując Szkaplérz, i wyjmując z niego zżółkłą kartkę. — To babki naszéj pisanie, propria manu. I Szkaplirz Pani Matka poznała, i szatki niebieskie ze złotemi forbotkami sama ona dla dziecięcia szyła. Tandem, jest plenitudo argumentów.
Pan Majster nagle spoważniał. Przeczytał kartkę raz i drugi, zamyślił się i mówił:
— A! To ciekawe. I bez tyle czasu my mieli ten papier i nic nie wiedzieli! Ale cobym ja chciał wiedzieć, to kiedy to Hedwiga ten Szkaplirz otworzyła?
— To nie ona otworzyła, jeno wy, Panie Rajco, wy sami otworzyli.
— Exkuzuj Wasza Miłość, ale ja się pytam na seryo.
— A i ja gadam na seryo, Było to w pewnej cyrkumstancyi, któréj tu wolę nie cytować.
— Tak, tak..... — Poparł ze śmiéchem Burmistrz. — Pomnij Panie Johann, kiedyś to oną panienkę gonił, i komuś ją z rąk wydzierał, toś aż na niéj porozrywał krézę, no, a razem z krézą i Szkaplirz się rozerwał, i tak jéj sprowadziłeś to wielkie szczęście. Widno że czy chcesz czy niechcesz, zawdy jesteś jéj benefaktorem.
— Tak jest. — Ozwał się uroczyście Pan Władysław. — Z téj téż racyi, nie usłyszysz Waszeć odemnie innych słów, oprócz gratulacyi. Byłoby może niejedno do rekryminowania, byłoby..... no..... Bóg widzi jakobym ja tu mógł niejeden kamień rzucić na Waściną głowę, boć teraz już jam z prawa jest protektor mojéj rodzonej, ale na tę pamiątkę żeś Waszeć ją salwował od pogan i w domu swoim żywił, wolę rekryminacye zagrzebać w silentium, i jeno flores gratitudinis złożyć Waszeci, tak od siebie jak od całéj naszéj familii, przednio zaś od naszéj Pani Matki. Poczém, śmiem się dopraszać téj łaski, abym nakoniec mógł przywitać moją Pannę Siostrę.
— Wszystko to dobrze, — odparł ciągle zamyślony Majster — jeno bym ja rad wiedział, jakowym to sposobem Hedvich zwąchała się z tą swoją nową familią? Gdzie znalazła takowego mądrego ambasadora, co wszystko to zweryfikokował? Boć ona i na krok nie wyszła z domu, a przecie duchy niebieskie jéj nie usługowały?
— A właśnie że duch jéj usłużył. — Ozwał się jeden z młodzieńców. — Duch umarłego. On człek coś go Waszeć zabił, ten z Boskiego wyroku stał się jéj mścicielem.
Tu młodzieńcy rozsunęli się z brzękiem szabel, i sam IMci Pan Kaźmiérz Korycki stanął przed Panem Rajcą.
Spojrzeli sobie oko w oko.
Nastała chwila ciężkiego milczenia.
Wszyscy przypatrywali się Majstrowi z ciekawością, ale twarz Pana Schultza nie okazała owego przestrachu ani przygnębienia, jakich się po nim spodziewano. Po chwili tylko szyderczo się uśmiechnął, i rzekł:
— Aha! To on tak był zabit? No, teraz rozumiem.....
Tu Burmistrz położył mu obie ręce na ramionach, i mówił z rodzajem rozczulenia:
— A co? To druga złota nowina jaką ci przynoszę. Ciesz-że się Majsterku. Już krew zabitego nie będzie cię po rękach piekła. Już sumnienie po nocach nie będzie cię demolowało.
— Ależ — odparł Majster, wydzierając się dość szorstko z uścisku — mnie sumnienie w żaden manier nie dezolowało. Za co? Jam tego kawalera nigdy nie zabijał, jenom odbierał co kradzione, a że się doigrał guza, to ja temu nie krzyw, sam go szukał. Ale Waszeć Panie Burgemeister, po coś mię to tak szpetnie oszukiwał, straszył kaźnią i pomstą, acz wiedziałeś że to udanie?
— Ja? Wiedziałem? Jak mi Bóg miły, niewiedziałem. I nikt niewiedział. Xięża go tam w Oliwie schowali, a oliwą precz smarowali, aż się wylizał. Ale to była siurpryza. Jam się dopiero dzisia, przed godziną dowiedział, i niemogę nachwalić się Pana Boga, boć za taki mordunek toby my wszyscy mogli dostać pokutę.
Na to Pan Majster odrzekł z jakimś dziwnym uśmiéchem:
— A no, to i ja powiem: Chwalić Boga że kawaler się wylizał, témci bardziéj że teraz już on mi nie zawadza.
Słowa te zadziwiły obecnych. Wszyscy po sobie spojrzeli pytająco. Pan Kaźmiérz zaś, hamując wzruszenie co mu na twarz wybuchało krwawemi rumieńcami, odrzekł z widoczném wysileniem:
— Słusznéj inwidyi mógłbym ja popuścić cugle, i byłoby to może dla mnie miłém, ale wolę brać model z Pana Starościca, i zmilczéć moje rekryminacye, przynajmniéj do czasu aż obaczę, co Waszeć zamyślasz daléj czynić.
Stojąca ciągle we drzwiach Mina, złożyła ręce i szepnęła:
— On gada! W biały dzień?
Gdy Pan Majster nic nie odpowiadał Kaźmiérzowi, Rotmistrz zapytał z niejaką już niecierpliwością:
— Śmiem upraszać po raz wtóry: pokaż mi Waszeć moją Pannę Siostrę, i pozwól abym co żywo zawiózł ją do naszéj Pani Matki, która tam usycha z tęskności.
Pan Schultz i teraz jeszcze nic nie odpowiadał. Stał nieruchomy, ze zmarszczonemi brwiami, czasem usta nieco roztworzył, poczém znów je zaciskał coraz twardziéj. Czy odbywała się w nim jaka walka? Czy tylko na złość, tak przetrzymywał ciekawość słuchaczy? Trudno to było zgadnąć. Nakoniec podniósł oczy, spojrzał po wszystkich drwiąco, i mówił cedząc słowa:
— A i owszem. Panna Starościanka pojedzie do Mutterki; jeno wprzódy upraszam Waszmościów, abyście jutro wszyscy raczyli assystować na mojém weselu.

Po tych słowach zrobił się w komnacie szmer złowróżebny. Pan Władysław chwycił za rękojeść szabli, przystąpił gwałtownie do Rajcy, i zapytał głosem, w którym drgało źle przytłumione oburzenie:
— Więc to prawda? Waszeć się żenisz? I z kim, jeśli wolno wiedziéć?
Pan Majster wcale się niezmieszał.
— Z kim? Zara się to pokaże. Ja moją przyszłą żonkę sam Waszmościom zaprezentuję. Czy tu jest Mina? Co ty tam tak stoisz, jak ten słup do podpierania drzwiów? Chodź-no tu.
Mina cała drżąca weszła do komnaty, i palcem wskazując na Pana Kaźmiérza, zapytała półgłosem:
— Herr Meister, co to jest?
— Jakto, co? Czyż nie widzisz? To IMci Pan Korycki, stara znajomość.
— On? Wszakci on był zabit? Czy to upiór?
Na te słowa, mimo poważnego nastroju, powstały w komnacie wielkie śmiéchy. Sam Pan Majster uśmiechnął się i odrzekł:
— Nie upiór, jeno niedobitek. No, nie rozdziawiaj próżno gęby, jeno ruszaj duchem na drugi trepp, i proś aby przyszły tu obiedwie, i frau i frajlein.
Mina znów osłupiała z podziwienia:
— Proszę Meistra, tedy frajleinie już wolno wyjść z izby?
— Co tu gadać? Powiedz jéj, że ja każę aby tu przyszła. I frau także.
Mina rozradowana pobiegła na górę.

Ale pomiędzy młodemi ludźmi, coraz niespokojniejsze krążyły pytania:
— Co to będzie?
— Ej! Źle się skończy.
Po chwili, jeden z nich, czupurny Pan Dederko, przystąpił do Majstra, i zagaił:
— Panie..... tego..... Pomnij Waszeć że my wszyscy jak nas tu widzisz, zjachali nietylko dla dawania naszego testimonium Panu Starościcowi, ale i dla bronienia Panny Starościanki od wszelakiéj krzywdy.
— A jakaż jéj krzywda?
— Ha! Pono Waszeć ją dusisz w karceresie?
— Pokażę ja Waszmościom komnatę, gdzie ja pono duszę tę frajlein, i sami powiécie, czy wszelaka królewna nie chciałaby do śmierci siedziéć w takowym karceresie? To najpiękniejsza komnata z całéj mojéj kamienicy.
Wypowiedziawszy to z górnym uśmiéchem, odwrócił się do stołu, z którego zaczął zbierać sztućcowe figurki.
Ale jego spokój nie udzielał się zgromadzonym. W komnacie coraz mocniéj wrzało.
— Ponoć to nie zawdy tak było.....
— Siedziała-ci ona i w ciupie pod dachem.....
— O chlebie i wodzie.....
Już się zaczynało trzaskanie szablami, już zaniepokojony Burmistrz łamał sobie głowę nad nowym sposobem zażegnania burzy, gdy nagle sposób sam się znalazł.
W komnacie przycichło jakby makiem zasiał.
Wszystkie oczy zwróciły się ku drzwiom.
Na progu stały dwie kobiety, prześliczne jakby dwa kwiaty.
— Która to? Która? — Pytano półgłosem.
— Czy ta różowa?
— Ale gdzież znowu! To tamta, ze złotą główką.
— A juści, bo też i do Pana Rotmistrza kubek w kubek podobna.
— A! Trza przyznać, jako stary umié dobierać gładkie buzie.



Hedwiga musiała już wiedziéć przez Minę o przybyciu Pana Kaźmiérza, bo żaden krzyk podziwu nie wydarł się z jéj piersi. Tylko była niezmiernie blada, i w pochodzie słaniała się na ramieniu Pani Flory, która przeciwnie kwitła tryskającemi rumieńcami.
Kto wié nawet, czy jaka tajemna poczta nie powiadomiła już tych pań od rana, o mających się zjawić gościach, obiedwie bowiem były, co się zowie świątecznie ubrane; jedna różowo, druga jak zawsze, niebiesko; przy szyi obie miały przejrzyste krézy, we włosach bramki ze wstążek, przepięte kwiatami; u jednéj pęk róż gorących, u drugiéj białe stokrotki.
Pan Schultz nie patrząc wcale na Hedwigę, wziął Panią Florę pod rękę, i wyprowadził ją na środek pokoju, poczém uroczyście przemówił:
— Oto zacna dama, która przez mizerykordyę nademną, sakryfikowała się na złe języki. Figurujcie sobie Waszmoście, sprowadziła się do mego domu, niby dla strzeżenia frajleiny, a w rzeczy dla konsolowania mnie biednego, com już niémiał przy sobie żadnéj życzliwéj duszy. Owóż, jam wonczas dopiero wyrozumiał, gdzie jest dla mnie prawdziwa szczęśliwość. Powiedam Waszmościom, nie można przeżyć kilku niedziel obok tak szacownéj białogłowy, bez umiłowania jéj przyjaźnią dozgonną, i, żeby teraz ofiarowano mi wszelkie niewiasty świata na wybranie, żebyś nawet Panie Rotmistrzu częstował mię Panną Starościanką, jabym powiedział: Rekuzuję wszystkie, jeno proszę o śliczną rączkę przezacnéj Pani Flory Korwiczkowéj.
Pani Flora, za całą odpowiedź, uśmiechnęła się czarownie, i swoją pierścienistą rączkę podała Panu Rajcy, który ją ucałował płomieniście, a potém potoczył po zgromadzeniu tryumfującym wzrokiem.
Tryumf jego był istotnie wspaniały. Sam zrekuzował Hedwigę, a ta rekuza tak dobrze wszystkim wypadała na rękę, że obecni, zamiast okazania obrazy, rzucili się owszem ku niemu z głośnemi powinszowaniami.
Nikt się téż nigdy nie dowiedział, czy Pan Schultz istotnie już od kilku niedziel myślał o zaślubieniu Pani Flory, czy dziś dopiero ukuł ten zamiar na prędce, dla wydobycia się z ciężkiego położenia? Jedna może Pani Flora wiedziała co ma sądzić o téj sprawie, ale nikomu się ze swych myśli nie zwierzyła, bo przekonania mądréj wdowy, jak przystało bogini kwiatów, spoczywały zawsze «sub rosa».



Teraz, otoczona przez młodzieńców, zachwyconych jéj powabnością, rozdawała wszystkim urocze uśmiéchy, a Pan Schultz tymczasem, przyprowadzał Pana Władysława przed Hedwigę, i mówił:
— Patrz Hedvich, oto twój brat, nie żaden kłamany, ale na ten raz pono prawdziwy. Uściskajcie się jak należy. Ale ty, jako widzę, zerkasz jeszcze gdzieindziéj. No cóż? Nie dziwowasz się że tamten żyw? Oho! Dobrześ ty o tém wiedziała! No, ale o tém niech już będzie keine gadanie. A teraz, — dodał, znowu głos podnosząc uroczyście — pozwólcie Mościwi Panowie abym po raz ostatni użył moich praw ojcowskich, i wyznaczył męża dla frajleiny. Niewiem czy Waszmość Panie Starościcu przystaniesz na mój dekret, ale ja swoje powiem, a wy potém róbcie sobie co chcecie.
Tu w oczach Pana Majstra przeleciała błyskawica gniewu, a na ustach przesunęło się rozgoryczenie. Ale szybko zapanował nad sobą, i znów przybrawszy wyraz drwiący, mówił głosem niby wesołym, a naprawdę szyderczym:
— Owóż, poznawszy przy sercu Pani Flory, jaką szczęśliwość daje fortunny affekt, niechcę ja już i cudzym affektom kontrować. Niechże tedy IMci Pan Korycki bierze sobie tę pannę, kiedy dla niéj mało karku nie nadkręcił, i mało żywota nie postradał.
Tu spojrzał na Hedwigę, - a gdy ta stała zmieszana, ze spuszczonemi oczami, w których łzy się kręciły, ujął jéj ramię, — zawołał:
— Na! Idźże sobie do twego gagatka!
I pchnął ją, niby żartem, ale tak mocno, że zatoczyła się i upadła na pierś Pana Kaźmiérza.
Ten otworzył objęcia, przytulił ją do łona, i wyszepnął:
— Ach, moje ty szczęście!....

Wyrok Pana Schultza został objawiony trochę po grubiańsku, ale tak był dla wszystkich pożądanym, że obecni znowu powstrzymali się od wszelkich oznak niecierpliwości. Pan Władysław nawet ukłonił się, i mówił:
— Waszeć jeno potwierdzasz naszą własną decyzyę. Pani Matka bowiem i ja, od pierwszego momentu, obiecaliśmy Pannę Starościankę w małżeństwo IMci Panu Kaźmiérzowi Koryckiemu. Wżdy miło nam widziéć, że i dawny jéj protektor tegoż jest samego co i my sentymentu.
Przebudzona słowami brata, Hedwiga nagle przemogła wzruszenie. Ciągnąc za sobą Kaźmiérza, stanęła przed Panem Rajcą, pokłoniła mu się do kolan, wyrzekła ze łzami:
— Dziękuję Dobrodziejowi..... dziękuję.....
Chciała więcéj powiedziéć, ale łkanie tamowało jéj mowę. Zwróciła na Kaźmiérza wzrok błagalny; ten zrozumiał czego jéj serce po nim żąda, i choć nie bez wysilenia, jednak pokłonił się i wyrzekł:
— Ja takoż dziękuję za Waszeciny assentyment. Szkoda jeno że nie przyszedł trocha wcześniéj.
— A właśnie że nie szkoda. — Odparł, zawsze drwinkowatym głosem Pan Majster. — Gdybyś Waszmość był zaraz posiadał mój konsens, nie byłby się Szkaplirz rozerwał, i Hedvich nie byłaby Starościanką.
— I toć prawda. Panna Hedwiga nie byłaby odszukała swojéj familii, a i ja nie byłbym odszukał mojéj siostry. Bo trzeba wiedziéć Waszeci, że w téj całéj cudownéj miszkulancyi, odnalazła się i nasza Krysia.
Tu Pan Rotmistrz oraz jego towarzysze, wmieszali swoje głosy do rozmowy, i zaczęli na wyścigi opowiadać, jako to Pan Kaźmiérz stanął w Dobrowoli właśnie podczas wesela Pana Starościca, przyczém się pokazało że małżonka tegoż, jest właśnie ową zatraconą Krysią. Hedwiga, słuchając tych wiadomości, składała ręce w zachwycie, a Pan Rajca, od wielkiego zdumienia, zapomniał nawet o szyderstwie, i z dobrodusznym uśmiéchem powtarzał:
— Herr Gott! A to jakbyś słuchał matczynego bajania. No..... tylko w tym kraju, podobne rzeczy mogą się porobić.
Gdy tak w najlepsze rozprawiano, wszedł do komnaty Kornelius, nie domyślający się wcale jak ważne wypadki w niéj zachodzą. Zdziwił się tylko trochę, że Pan Schultz ma naraz tylu i tak świetnych «kundmannów». Przystąpił więc na palcach, i szepnął:
— Herr Meister, ten Melchior co to rozwieszał kobierce, nasmarował taki rachunek, że niewiem co robić.
Pan Majster spojrzał na niego filuternie.
— A rób sobie co chcesz. Nie myślę ja żałować geldu w taki dzień fortunny, kiedy tu same wesela. Patrz: oto ja się żenię z tą zacną damą, a znowu z frajleiną żeni się ten Officyjer nieboszczyk.
Tu wskazał na młodą parę, która była w pół ukryta po-za cieniem olbrzymiéj szafy, i zaczął po swojemu się uśmiéchać.
Ale Kornelius nie śmiał się bynajmniéj. Na widok Pana Kaźmiérza skamieniał, a twarz jego wyrażała tak niezmierną złość i nienawiść, że i Pana Schultza odeszła ochota do żartów.
Pan Kaźmiérz spojrzał pogardliwie:
— Czeladniczku mój, — rzekł — pamiętaj coć powiem: nie twoja rzecz wojenne rzemiosło, pilnuj twego fartucha i obcęgów, a nie wdawaj się z rycerskim człekiem, bo choćbyś go jak tradyttor z tyłu zaszedł, to jeszcze go mizeraku niepotrafisz zmódz.
Kornelius, pod obelgą tych słów, pozieleniał.
A tymczasem pomiędzy młodzieńcami, szerzył się szmer groźny:
— A! To ten Judasz? Ten Ollender heretyk? Dawać go tu, niech go przepłazujem...,.
Tylko Pan Władysław był odmiennego zdania.
— Mości Panowie, dajcie pokój. Żeby tak na mieście, to i owszem, — ale tu, w tym domu, wobec białéj płci, niepozwolę.....
Kornelius czując zbierającą się nad nim burzę, przystąpił do Pana Rajcy, i wyjąkał:
— Herr Meister..... u nas w Amsterdamie.....
— Aha, już wiem co chcesz powiedziéć. U was w Amsterdamie, ludzie raz zabici, już więcéj nie wstają?
— Nie, Herr Meister, ja nie to chciałem powiedziéć, jeno to, że w Amsterdamie jest porządnemu człowiekowi lepiéj niż w tym przeklętym Dantzigu. Głupstwo zrobiłem żem opuścił moje dobre miasto! Herr Meister, dziękuję za służbę, dziś jeszcze wyjadę, i już noga moja u was nie postanie.
Twarz Pana Schultza wyraziła szczere zasmucenie, i z ust jego już wydarły się żałosne słowa:
— O! Korneliusie, nie rób-że mi.....
Ale w téj chwili spotkał spojrzenie Pani Flory, a spojrzenie musiało być bardzo wymowne, bo nagle zamilkł, i zakłopotany spuścił oczy, z czego można było wywnioskować, że trafiła kosa na kamień, i że trzęsący dotąd wszystkiém Pan Majster, odtąd już będzie tylko czeladnikiem u Pani Majstrowéj.
Kornelius, przez nikogo nieprzytrzymywany, rzucił na Hedwigę jadowite spojrzenie, zwiesił głowę, i zwolna opuścił komnatę.
Po jego wyjściu, wszyscy lżéj odetchnęli, jakby po zniknieniu czarnéj chmury, a gdy jeszcze na rozkaz Pani Flory, (która właściwie już od kilku tygodni rządziła Bursztynowym Domem), podano przednie wina i zakąski, serca się nieco rozjaśniły, i z przyjemnością, nawet prawie z zapałem, wypito zdrowie jutrzejszych Nowożeńców.



Nazajutrz istotnie, od rana, Pan Schultz poślubił Panią Florę, która otrzymała mnóstwo pysznych podarków, tak od męża jak i od znajomych, a zwłaszcza od swoich dwóch najlepszych przyjaciół, Pana Kaźmiérza i Pana Władysława. Dla tych dwóch ostatnich, był to najlepszy sposób niejakiego wywdzięczenia się Panu Konzulowi, który z nieprzepartą wyniosłością, Niechciał wchodzić w żadne rachunki z Panem Starościcem, ani sobie dał mówić o kosztach łożonych na odchowanie Hedwigi.
— Nie, nie, keine gadanie. - Odpowiadał. - Niechże ja już na zawdy ostanę «Dobrodziejem».
Sam więc nic nie przyjął, ale upominków dla żony niemógł w żaden sposób odmówić, bo Pani Flora przyjęła je skwapliwie, tém skwapliwiéj że teraz, wchodząc przez męża do patrycjatu miejskiego, mogła już nakoniec nosić i drogie tkaniny i rzeczywiste klejnoty.
W południe, odbył się u Pana Schultza obiad, gdzie Mina wystąpiła z arcydziełami kuchmistrzowstwa. Jednak, pomimo darów i przysmaków, między zgromadzonemi ciągle jeszcze panowała niejaka sztywność. Było do niéj kilka powodów; najprzód, obecność Pastora, zajmującego poczesne miejsce u stołu, mroziła świeżo przybyłych gości, którzy jeszcze nie przywykli do Gdańskiéj mieszaniny wyznań; a przytém, w każdéj rozmowie, potrącano co chwila o tysiąc szczegółów z przeszłości, przy których ci i owi wzajem się boczyli. Chłodne więc, iście purytańskie, było to wesele.
Dopiero wieczór, ostatnie lody stopniały w Artus-hofie, gdzie na wniosek Burmistrza Freimutha, Gilda Ś-go Krzysztofa wyprawiła ucztę dla Państwa Rajcostwa.
Co prawda, z początku Pan Burmistrz był nieco markotny, że Pani Flora oddała innemu tę szacowną rączkę, o którą on niestety, jako człowiek żonaty, niemógł się dobijać. Ale mądra Pani Schultzowa, kilku słowy czy kilku spojrzeniami, umiała go tak udobruchać i rozruchać, że teraz przewodził wieczerzy, promienny jakby sam król Artus, a za jego przykładem rozruszali się i wszyscy inni.
Ba! Nietylko panowie, ale nawet i słudzy.
Maciek tak był uszczęśliwiony pomyślnym zwrotem w losach swego pana, że kogo spotkał, to i ściskał. Nawet gdy spotkał Kubę Grubaska, to i jemu rzucił się na szyję, wycałował go w oba policzki, a chcąc się przed nim pochwalić sutością swego mieszka, (który u Pani Starościny hojnie zaopatrzono,) zaprosił go, ni mniéj ni więcéj, tylko Pod Łososia. (Sławny ów zakład istniał już od lat kilkudziesięciu[1].) Tam, przy kubeczkach «Złotéj wody», jak zaczęli wspominać ową noc okienkową, tak się aż popłakali z rozczulenia, i ta lina co niegdyś była przedmiotem ich walki, obecnie zadzierzgnęła między niemi węzeł nierozerwalnéj przyjaźni.
Wprawdzie i teraz, tylko co nie przyszło znów do kłótni, obaj bowiem wśród poufnych zwierzeń, wyznali sobie że palą koperczaki do bystro-okiéj Fruzi. Ale pogodził ich trzeci towarzysz, pewien ślusarz wielki bywalec, który im opowiedział pod sekretem, że niemają się o co czubić, bo Fruzia już jest po zrękowinach z Dominikańskim Organistą, który będzie mężem przewybornym, jako człek i dostatni i uczony; do południa on wygrywa różne cudne Agnusy i kalikantom wymyśla, po południu chłopięta spędza i uczy śpiewania Mizererów, a żona tymczasem doma rządzi sobie jek się jéj żywnie spodoba. Na taką wiadomość, pogodzeni współzawodnicy znowu się chwycili w objęcia, i trącając kubek o kubek, śpiéwali piosnkę znaną, którą sobie wszakże przerobili na swoje kopyto:

Pije Maciek do Jakuba,
Spili się jak łyki.
Wiwat Mazur i Kaszuba!
A furda z podwiki.











  1. To jest od roku 1598-go, od którego to czasu, ten dom głośny z wyrobu i Składu najprzedniejszych Wódek Gdańskich, a zwłaszcza Goldwasseru, nieraz już zmieniał właścicieli, ale dotąd nie zmienił ani polskiego napisu, ani ulubionego szyldu, którym jest olbrzymi, kołyszący się nade drzwiami «łosoś».





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jadwiga Łuszczewska.