Pisarze polscy (Sten)/Andrzej Niemojewski

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ludwik Bruner
Tytuł Pisarze polscy
Podtytuł Wrażenia literackie
Data wydania 1903
Wydawnictwo Polskie Towarzystwo Nakładowe,
Księgarnia Teodora Paprockiego i Ski
Drukarz Drukarnia narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów - Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron



V.


ANDRZEJ NIEMOJEWSKI


Kraków, w listopadzie 1899 r.

Kochany Panie Andrzeju! »Legendy« wasze przeczytałem natychmiast, skoro rąk moich doszły; jednę w tym zeszycie »Krytyki« znajdziecie — nie zaspałem więc spraw naszych.
Pytacie mię o zdanie — odpowiem zatem szczerze. Jest to dla mnie niewątpliwie najpiękniejsza rzecz, jaką dotąd prozą napisaliście. Mieliście genialny pomysł, aby tchnąć krew i życie w postacie, które stały się dziś eterycznymi symbolami tylko, a przecież niegdyś żyły, cierpiały — krwią i ciałem. Próbował tego Renan; ale on pisał historyą, a wy tworzycie poezyą; dlatego on nie miał racyi, a wy ją macie. W waszych »Legendach« schwyciliście doprawdy kawał nieba w dłonie, przynieśli na ziemię i zmusili, aby napowrót przyrósł tu do nas i ziemią się stał. Znieśliście granicę miedzy ziemskiem a niebieskiem, i czytelnik, który idzie za wami, nie opuszcza ziemi ani jednej chwili i nagle — znajduje się w sferach niebieskich. I oczywiście, pełne zachwytu zdumienie go ogarnia, a dla przewodnika swego wdzięczność ma i podziw.
Tak, panie Andrzeju, otoczyliście się poszumem gajów oliwnych i rozhoworem rybaków galilejskich; miast słuchać swarów spodlonego dziennikarstwa i codziennej nędznej polityki — zasiadaliście na obradach faryzejskich w Jerozolimie, gdzie cyniczny Suten, niby szatan-kusiciel, wywodził, jako chciał wpływ na lud pozyskać, a ktemu najłacniej rabbiego Joszuę przekupić; — lecz ten nie odrzekł nic — jestto więc człek małego serca i małej potęgi. Oddaliliście się od zwykłych krynic waszego natchnienia, od dnia dzisiejszego, od życia i walki. Widziałem was zawsze tak przykutym do czynu, do taczki społecznej, że — przyznam się ze skruchą — nie przypuszczałem, abyście kiedykolwiek od niej oderwać się zapragnęli i uciekli nam w zaświaty. Stajecie się modernistą — czemże bowiem jest modernizm w tysiącach swych nieuchwytnych kształtów, jeśli nie ucieczką przed samym sobą?…
Ależ nie… mylę się stanowczo. Nie uciekacie przed sobą, ale raczej jak owe tłumy ludu naszego, które nowych siedzib dla siebie po krajach zamorskich szukają, opuszczacie dotychczasowe swe dziedziny, lecz gdziebądź obierzecie nowe, jakim byliście, pozostać chcecie. I kto wie, czy zaranie chrześciaństwa nie dlatego wyobraźnię waszą pociągnęło, że po za chłodem świątyń dzisiejszych, po za bóstwem średniowiecznem, po za urokiem nawet wzgórz galilejskich, dostrzegliście owe wielkie bezimienne tłumy, równie jak dziś spragnione, głodne i nieszczęśliwe, choć inaczej odziane i inną mową mówiące. I uczuliście ten dreszcz, który przed wiekami przebiegł miliony i otrząsnął z nich dawne bogi i niewolę, uczuliście go, gdyż dotąd nowym dreszczom, ledwie się budzącym, myśl swą poświęcaliście. I dlatego »Legendy« wasze są tak bardzo realne, tak głęboko ludzkie, a więc tak piękne. Gdyż wszelkie piękno pochodzi od człowieka, i bóstwo jest tylko słabem odbiciem tego, co w piersi naszej się mieści.
Nie wiem, czy pamiętacie, co kiedyś dawno pisaliście do mnie: »Artyści zaczynają od tego, że gardzą podłym tłumem — a wiecie co? Ja ten podły tłum, ten ciemny, mizerny i nad wyraz nieszczęśliwy tłum istotnie kocham, a co więcej szanuję. Wszyscy go kopią, plwają nań, wypierają się go, łupią ze skóry, ogłupiają — a powiedzmy szczerze: czy oni są bodaj odeń mądrzejsi? Chciałbym mieć rękę długą, jak stulecie, chwycić bat długi, jak niedola i po plecach naszych estetów przejechać raz i drugi«. Przypominam to zdanie po to, aby służyło mi za tarczę przeciw oburzeniu waszemu; lękam się bowiem bardzo, azali nie uraziłem was, odmawiając wam tytułu modernisty. Tytuł to piękny, a tak pożądany, że niema luzaka, któryby się tym klejnotem — słusznie czy samozwańczo — pieczętować nie pragnął. Więc choć ufam waszemu rozsądkowi, od tylu lat w najtrzeźwiejszych bo handlowych sprawach ćwiczonemu, nie wiem, czy słów moich za ujmę dla siebie nie macie. Ale: Amicus Andreas, magis amica veritas[1] Będę się bronił zatem.
Dwa umysły, o ile mi się zdaje, wycisnęły najsilniej swe piętno na sercach współczesnego pokolenia: Tołstoj i Nietzsche — na was zaś nie odbiły się ani trochę. Widzę już, jak wznosicie w dłoni portret Marksa, lecz poczekajcie chwilę, zanim postacią tą mię ugodzicie. Bo prawda, że wielu z nas i w Polsce i za granicą przechodziło gorączkę, a ideał równości społecznej przewijał się przed naszemi oczami i błogosławioną przyszłą krainę przed nami roztaczał, lecz prawdą jest też, że ktokolwiek tylko sercem ją ogarniał, dziś, gdy dojrzał i zestarzał się, odstrychnął się od niej i »palcem wyższości zatykając uszy« do dawnego żłóbka wrócił. Nie tu miejsce zastanawiać się, dlaczego ta idea nieprzeparta dla umysłu, tak twarda, oporna i trudno strawna jest dla serc naszych — może dlatego, że staje się fałszem, skoro nie przeradza się w czyn — dość, że nie ona nadała piętno myślom pokolenia. Uczynili to Tołstoj i Nietzsche. Jeden i drugi głosili religię pogardy, bo litość jest także pogardą serc miękkich i tkliwych; jeden i drugi otwierali szeroko wrota nieodpowiedzialności moralnej za czyny, jeden i drugi obalali szacunek, jako podstawę stosunków ludzkich, po to, żeby się zasklepić w wyniosłej wzgardzie tłumu, lub roztopić w nim, jak w nieuniknionym i wszechpotężnym żywiole. Może zgodzicie się ze mną, że nawet we wszystkich dzisiejszych dążeniach wolnościowych widać ogromne obniżenie godności ludzkiej, że typem swoim, nastrojem, dzisiejsze programy i postulaty odbiegają daleko od »Praw człowieka« lub pierwszej lepszej odezwy 48 roku. Jeśli zechcecie pozostać w sferze literackiej, to niejeden objaw będziemy mogli rozpatrywać, jako symptom tego upadku godności własnej. Macie hasło: »sztuka dla sztuki«. Pozostawmy na stronie, o ile ono dla sztuki właśnie korzystnem jest, lub nie jest. Patrzmy tylko na artystę: w tem haśle streszcza on dla siebie postulat nieodpowiedzialności za swą pracę. Nie ma odwagi wziąć na barki własne swe czyny, nie ma odwagi spojrzeć chłodnem okiem na to, co zrobił — więc zamyka powieki i wsadziwszy głowę w piasek, czeka, zali hasło, jak magiczne słowo, od życia go nie obroni i zagłuszy »symplistów urągowiska«.
Ale mniejsza o hasło… nawet rzetelne zdobycze piękna są dziś aż nazbyt często okupione obniżeniem własnej godności ludzkiej. Rozwój analizy psychologicznej, literatura egotyczna, rozpanoszona liryka płciowa, znaczą tylko etapy zanikania wstydu i godności. Konający Rzymianin zakrywał twarz togą, aby przed obecnymi ukryć widok łamiących go męczarni: dziś wszelkie konanie duszy własnej i ciała wynosi się czemprędzej na rynek... literatura nasza musi być szczera i głęboka. Wierzajcie mi — piszę to, bom smutny i sam pełen winy. Artysta pogardza tłumem, nienawidzi niby filistra — ale niema przed nim tajemnic. Wy nie postępowaliście tak nigdy; ku tej szarej masie szliście z miłością i szacunkiem, nie zmienialiście i nie tailiście przed nią przekonań waszych i nie lękaliście się życia, lecz jako jeden z bojowników jego słowem swojem działać chcieliście. Słowa wasze więcej miały kształt oręża, niż postać klejnotu. Mówiliście o wszystkiem, co tłum ten boli, o poniżeniu i nędzy, o promiennych krajach, do których rwać się winien... nie mówiliście mu tylko o sobie, o waszym bólu. Czy jesteście tylko dumni, czy może jesteście szczęśliwi?... Nie wiem, ale zdaje mi się, że dotąd nie otworzyliście jeszcze całej waszej duszy, że jakiś wstyd zabronił wam przejść ze światłem raz jeszcze te ścieżki, skąd — że powtórzę wasze słowa — »powraca sława, blada i drżąca z drogi przebytej«.
A może nie jesteście ani dumni, ani szczęśliwi, lecz tylko silni i zdrowi, jak nikt z nas. Nie mogę zapomnieć, że pierwszą sławą waszą, o której słyszałem dawno już temu w dalekim, cichym Dorpacie, była sława łyżwiarska — i nieraz na lodzie Embachu wspominano was, jako mistrza nad mistrze. Zdrowie wasze oparło się wszystkim przeciwnościom losu, nie ugięły was katastrofy rodzinne i pozostaliście tak, jak w najpierwszej młodości, pełni zapału i optymizmu. I jakże chcecie, aby dziś, gdy wszystko naokół jest i staje się ponure, mieć was za modernistę? Wasz optymizm jest nieprzezwyciężony, bo w samej krwi i w żyłach waszych leży. Odwiedzacie np. dawne swe gniazdo rodzinne, gdzie wszystko tchnie słodyczą i spokojem, gdzie »cicho lipy nad stawem szumią«, a gdzie wkrótce wichry rozmiotą to, co było wam drogie; a jednak wyrywacie się stamtąd ze łzą w oku, lecz bez rozpaczy i smutku, raczej ze śmiałem pożądaniem walki i nowych zapasów. Jesteście może jedynym artystą, który dla życia ma tak dumną twarz i tak pogodną. Butna dawna rasa aż kipi w was; obce wpływy, taksamo jak niedola, powierzchownie przesunęły się po was i samego tła waszej duszy nie zmąciły. Mniej niż ktokolwiek, wessaliście w siebie pierwiastków kosmopolitycznych: i błędy i zalety wasze są wasze własne.
Chciałem się rozpisać o błędach waszych — jest-że co słodszego jak przyjacielowi przyganiać — lecz znajduję jeszcze jeden argument, aby wam dowieść, iż nie jesteście modernistą. Do tego punktu bowiem zawczasu pragnę was przygwoździć. Podobno, jeśli wierzyć różnym artykułom — dla modernistów najważniejszem jest schwytanie wrażenia: uganiają się oni za odcieniami, za utrwaleniem takich drżeń, które dotąd przeszły niepochwytne. Wielkie namiętności są za ciężkie na dzisiejszą twórczość, lub, jeśli kto woli, za proste. Przyznacie chyba, że człowiek, który napisał »Familię«, dramat osnuty na jednej namiętności, wybuchającej tak gwałtownie, iż nie wszyscy mieli siłę patrzeć na jej przejawy — że człowiek taki zuchwałym chyba być musi, aby do wszystkich tytułów swego szlachectwa jeszcze o tytuł modernisty się dopominać.
Ale dość już chyba traktatu estetycznego, bo i tak to dowodzenie cały list prawie wypełniło. Wiem dobrze, że jest ono może bardzo dowolne, gdyż o wiele lepiej znam waszą duszę czującą, niż tę piszącą. Są one wprawdzie ze sobą w styczności, ale bynajmniej nie są jeszcze koniecznie jednakowe. A o ile jako człowiek jesteście otwartym i szczerym, o tyle, jako artysta nie pozbyliście się jeszcze skrytości. Przyznałem się ze skruchą, jaką niespodziankę sprawiliście mi »Legendami«. Kto wie, czy tak łatwo wyrwiecie się z krain czystej fantazyi: przypominam sobie, żem widział u was bardzo podejrzane fragmenty, które aż ociekały od ludowych dyabłów, czarownic i guseł.
Pytacie o »sławny« teatr krakowski… Stoi: w środku pokazują Zazę. O »Życiu« nic nie wiem: może przedzierzgnęło się w »Chimerę«, którą podobno mają wydawać w Warszawie.
Tymczasem żegnajcie.

Wasz

Jan Sten.







Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Amicus Andreas... (łac.) — w przekładzie: Andrzej przyjacielem, prawda większą przyjaciółką. Parafraza sentencji przypisywanej Arystotelesowi: Amicus Plato, sed magis amica veritas.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Bruner.