<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pogrobek
Podtytuł Powieść historyczna z czasów Leszka Białego
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



II.


W kilka dni po tem, książe Bolesław sam znowu ze swą zimnicą i starym ks. Malcherem, siedział na Kaliskim zamku, szerzej niż zwykle wiosenną wodą Prośny oblanym.
Przemko z Wojewodą i Kasztelanem, dodanemi mu za opiekunów pociągnął na Santok. Stryj miał się czem niepokoić. Chłopię to było jego marzeniem, nadzieją, przyszłością. Bolesław w myśli swej budował na niem przyszłe odrodzenie kraju.
Chciał go mieć rozumnym, pobożnym, mężnym, wstrzemięźliwym, miłość i poszanowanie u ludzi umiejącym sobie pozyskać.
Obok wychowania sieroty, wedle ówczesnych pojęć o niem, książe chodził bardzo troskliwie, najlepszych, najzdolniejszych ludzi przydając mu do boku. Tylon kanclerzem był razem i nauczycielem młodzieńca, Wojewoda Przedpełk uczył go rycerskiej sprawy i obyczaju książęcego.
Oba mężowie stateczni nie spuszczali go z oka, kształcili tak, aby nadziejom stryja odpowiedział. Często też Bolesław brał go do siebie i nauczał sam, ale za miękkim się czuł dla niego i długo nie trzymał. Kochał go nadto, więc mu pobłażał.
Rosnąc tak Pogrobek na prześlicznego wybujał młodziana, któremu nic zarzucić nie było można, oprócz, że w nim zawcześnie gorąca krew Piastowska grać zaczynała.., którą w innych ledwie najpobożniejsze ówczesne niewiasty, pohamować mogły i poskromić.
Ciągnęły go już nad miarę, wdzięczne liczka, a choć mistrzowie do zbytku surowemi nie byli, choć Tylon patrzał na to przez szpary, niepokoili się trochę tą zawczesną dojrzałością.
Księża niebacząc na to, że miał zaledwie lat szesnaście, już go żenić chcieli. — Wojewoda nie był też od tego.
Pociągało to za sobą usamowolnienie, a choć książe Bolesław nie był zazdrosnym władzy synowca i puścił by mu chętnie co trzymał pod opieką — lękał się, aby gorącością młodzieńczą nie popsuł, co on z wielkim trudem mu zabezpieczał.
Teraz, gdy go już puszczono w pole, na wojnę, szły za tem następstwa konieczne, trzeba go było żenić i wypuścić na wolę.
Książe Bolko więcej myślał o tem, niż o swojej zimnicy, którą pora wiosenna i błotniste zamku okolice sprowadziły.
— Księże Malcherze, — mówił do staruszka — mężu dobrej rady — powiedz mi, poradź mi, co poczynać z tym kochanym Przemkiem? Poszedł już w pole! Niech go tam Bóg uchowa całym! Wojewoda i kasztelan ręczyli mi głowy swojemi, że go nie odstąpią.
Młodość zawsze zbyt gorącą bywa. Da Bóg, powróci — trzeba go będzie wypuścić na swobodę.
Ks. Malcher począł z cicha.
— Tak należy. Wasza Miłość za żywota swojego właśnie cugli mu popuść, zobaczysz, jak wolności zażywać będzie. Sposób to najlepszy. Zapędzi się zadaleko — to go swą powagą powstrzymacie. Gdyby później, nagle całą wolę oddzierżał, nie wypróbowawszy siebie — mógłby się nadto rozbrykać.
— I to prawda! — rzekł Bolesław. — Radbym go wodził i z oka nie spuszczał. Wojewoda donosił mi, że na niewiasty już rzuca nadto pożądliwemi oczyma — więc go i żenić trzeba...
Ksiądz potwierdził wniosek.
— Młodyć jest bardzo, — dodał, — ale wedle rady Ś. Pawła, lepiej by się ożenił, niżby gorzeć miał.
— Z wyborem żony troska niemała — westchnął stary książe. — Niemieckich dziewek na seciny jest, któreby nam chętnie dano dla niego, ale patrząc na Slązko i na innych naszych, którym za żonami niemcy dwory poobsiadali — niemki nie chcę. Rusinka mi też nie do smaku, bo dumne są i samowolne.. dalej szukać trudno.
Wzdychał biedny opiekun ciężko.
— Byle pobożna, świątobliwa niewiasta była — zamknął ks. Malcher.
— Takich jak moja w świecie mało — odezwał się Bolesław — zaś świętych jak Jadwiga, Salomea i Kinga dla Przemka nie chcę, bo mu potomstwa trzeba. Prostemu człowiekowi łatwa rzecz ożenić się byle niewiasta do serca przypadła, a dziedzicowi ziem znacznych, na wszystko zważać trzeba.
Ks. Malcher słuchał z uwagą, lecz nie odzywał się już, w politykę mięszać nie chcąc.
— Jedną z moich dziewcząt byłbym mu swatał — mówił Bolesław — choć powinowactwo blizkie, ale wiek nie przystał i rachuba była nie dobra. Po mnie on i tak Kalisz zabierze, a trzeba mu innej, coby albo ziemię, albo nadzieję dziedzictwa przyniosła.
Wzdychał staruszek gorzkie ziele popijając, które przed nim stało, krzywił się i spluwał.
— Nie mało, księże mój, troski z tym synem przybranym, więcej niż z dziećmi własnemi.
Żony mu teraz potrzeba rychło, aby dziewki nad nim nie przewodziły, co zła rzecz i grzeszna. Rok jeszcze jaki przebrykać może swobodnie, dalej go do domu przywiązać trzeba, aby i ziemianom ich niewiast nie bałamucił, lub jak Mestwin mniszek po klasztorach nie szukał; i gorszej jeszcze obrazy Bożej się nie dopuszczał.
Nawzdychawszy się książe, wstał i począł przechadzać. Zaledwie wyprawa na Santok poszła, coraz się nią mocniej niepokoił. Pilno mu było dostać języka.
— Sasy te, — mruczał do księdza się zbliżając — biją się wściekle.. W pierwsze pole na nich iść, guza można napytać. Źlem zrobił, że na nich Przemka puściłem, na Litwę bezpieczniej było; — ale wstrzymać takiego w ukropie kąpanego?? sposobu nie było.
— Bóg łaskaw — rzekł starowina uspokajając...
Dzień tak minął jeden, drugi i trzeci; rósł niepokój straszny.
Bolesław gniewać się już chciał, że mu ani Janko jego, ni Przedpełk nic znać nie dawali; kazał im przecież mieć gońców pogotowiu.
Milczenie uparte złe myśli nastręczało.
— Któż wie, — mówił książe dnia trzeciego — te łotry Sasy, przebiegli ludzie, mogli się zawczasu dowiedzieć o wyprawie i uczynić na nich zasadzkę!!
Ksiądz staruszek i księżna Jolanta próżno się go uspokajać starali. Słowa ich pomagały mało. Zbierał się już słać za wojskami, tak go gryzło, iż nic o Przemku nie wiedział.
Rozważniejszy ksiądz Malcher bardzo dokładnie obrachowywał panu, iż przy największym pośpiechu, wiadomość żadna przyjść tak prędko nie mogła. Nic i to nie pomagało.
Wyrzucał sobie stryj, iż nierozważnie młokosa puścił.
— Gotów wojewodę swego i mego Kasztelana opętać, a do jakiego szalonego namówić kroku — gdérał. — Santok ten dla nas zawsze był nieszczęśliwym. Braliśmy go, brali i wziąć nie mogli, a co krwi kosztował...
Dopiero dnia czwartego nadbiegł goniec od Poznańskiego Wojewody z pozdrowieniem i wiadomością, że nigdzie nieprzyjaciela spotkać nie mogli, bo się wszystek po zamkach i gródkach pozamykał. Wtargnęli w Santockie, pustosząc je, ale bić się z kim nie było i młody wojak narzekał...
Sasi zawczasu pomiarkowawszy, iż siłom połączonym Bolesława Kaliskiego, Ziemomysła Kujawskiego, który też im wysłał posiłki, i Poznańskiego Przemka, nie podołają — skryli się do miejsc obronnych, dopóki by nawała nie przeszła.
Młody książe z męztwem swem na popis wyjść nie mogąc, rozpaczał. Bolko wieść o tem odebrawszy, gońca nazad odprawił z krótkiem słowem.
— Nie chce się Brandeburczyk bić, kraj mu obrócić w perzynę, wykurzycie go z jamy!
Wieść tę odebrawszy stary odetchnął, mniej się już lękając o ukochanego synowca.
Łowy to już były i plądrowanie a nie wojna! Niebezpieczeństwo młodemu nie groziło.
W ciągu całej tej wiosennej wyprawy, co dni kilka przychodziły wieści, zawsze jedne, że Santockie niszczono i łupy brano ogromne. Odwet to był konieczny, ale nie bój, którego się lękał stary. Nim się skończyło uganianie, zimnica księcia Bolesława przeszła z cieplejszemi dniami, stary ozdrowiał, a że się o synowca nie lękał, i dobra myśl mu wróciła.
Nie upłynęło niedziel kilku, gdy przodownicy pędzący trzody i niewolnika, zjawili się w Kaliszu. Wojska wracały zwycięzkie.
Wojewoda Poznański ze swą częścią łupu wprost poszedł do domu, Kujawscy też. Przemko z Jankiem Kasztelanem kaliskim, jednego wieczora przybył na zamek.
Stał już u wrót książę Bolesław czekając na umiłowanego, który skoczył z konia witając go równie serdecznie.
— Chwała Panu! powracasz cały! zwycięzko! odezwał się stary rozjaśniony i wesół. — Chwała Panu!
— A mnie zwycięztwa tego wstyd! — odpowiedział Przemko. — Mieliśmy do walczenia ze starcami i babami... — trzeba było tylko palić i niszczyć! Łupu jest dość, pociechy żadnej. — Gdybym nie uprosił Wojewody, abyśmy Soldyna dobywali koniecznie, żołnierza bym nie widział.
Twarz się Przemkowi zapalała, gdy mówił.
— O! około Soldyna mieliśmy co robić — ciągnął dalej. — Zameczek, prawda, nie zbyt warowny, ale załodze przyznać trzeba, iż się tęgo bronić umiała. Naszych też widzieć trzeba było gdy się na ściany drapali, bo inaczej, jak po drabinach nie bylibyśmy ich dostali...
Naspadało dużo, nazabijali wielu, ażeśmy ich przemogli, wdarliśmy się na gród i zburzyli do szczętu.
To mówiąc obrócił się za siebie, chcąc wskazać stryjowi niewolników niemieckich, których mu wiódł wraz z dowódzcą, — Bolesław zaś nie chciwy tego widoku, a młodego wychowańca pragnąc mieć co rychlej, pociągnął go z sobą do izby.
Tu posadziwszy przy sobie, sam wojak namiętny, badać go dopiero począł, ażeby zobaczyć co się w duszy młodego działo.
Pierwsze łowy, pierwsza wojna, pierwsza miłość — pierwociny życia, zawsze upajają młodych. Przemko też zdał mu się pijany tą wyprawą.
Wszystko w niej wydawało mu się osobliwe, szczególne, piękne — słowa z ust lały się potokiem.
Uśmiechał się stryj słuchając.
Zimniejszy daleko kasztelan kaliski stał, potakiwał choć zapału tego nie dzielił. Dla niego przejście kraju nieprzyjacielskiego ogniem i mieczem było rzeczą tak zwyczajną, iż o niej mówić nie było warto... On razy tyle przeszedł już ze swemi i Santockie i całe pogranicze Marchij Brandeburskiej.
Z dumą ukazywał Przemko na zbroi ślad pchnięcia i razów, które przy zdobywaniu Soldyna otrzymał. Wolał by był ranę cięższą, krwawą, lecz nie poszczęściło mu się.
Za stołem u wieczerzy, nie było o niczem mowy, tylko o zwycięzkiej wyprawie, udziale w niej Kujawiaków i Poznańczyków, i o tem jaki łup się dostał komu.
Nawet najmniej chciwy wódz, jakim był książe Bolesław, pragnąć musiał zdobyczy, bo ona zubożała i trwożyła nieprzyjaciela.
Dla spoczynku chciał Bolesław zatrzymać u siebie synowca, lecz ten mu się, jak nigdy, z niecierpliwością wyrywał wielką. Nad dzień jeden nie mógł się nim pocieszyć.
Nigdy jeszcze takim rozgorzałym, nie widział młodego, tak razem szczęśliwym i niespokojnym.
Przypisywał to urokowi pierwszej rycerskiej wycieczki.
Trzeciego dnia przed świtem, unikając gorąca wymknął mu się Przemko, a stary zajął się podziałem i rozdaniem spędzonych trzód i zabranego niewolnika.
Łup był znaczny nie tak ze zdobytego zamczysku, jak ze wsi i zagród splądrowanych niemiłosiernie obyczajem wieku. Gnano ogromne stada bydła, owiec, koni, szły wozy pełne odzieży, sukna i płócien, a za niemi szli powiązani łykami i sznurami, jeńcy, których w oddalonych od granicy miejscach osadzano pod dozorem lub na zamkowe oddawano posługi.
Na saméj rubieży od Marchij brandeburskiej, w jednym z zameczków pobudowanych przez księcia, zwanym Niesłusz, siedział naówczas na straży jego, osiwały w wojnach Krzywosąd, jeden z Bolesławowych ulubieńców. Wielkiej tam pilności było potrzeba, nieustannego czuwania; zdziwił się więc mocno książe, gdy go ujrzał przybywającego do Kalisza w kilkanaście koni.
Uląkł się, czy mu Sasi gródka nie wzięli, mszcząc się za spustoszenia ale Krzywosąd przybywał nie potłuczony, w całej zbroi, z jasną twarzą.
— A cóż ty mi stary przynosisz? — zawołał Bolesław pokłon przyjmując. Tameś ty w Niesłuszu potrzebniejszy niż tu. Ściany z chrustu gliną lepione, licha warte, a ty tam murem i ścianą.
Krzywosąd śmiał się ocierając uznojone czoło.
— Niema niebezpieczeństwa, — rzekł — po tej wyprawie Brandeburczyk posiedzi cicho... Ja za sprawą pewną do Miłości Waszej.
— Co za sprawa?
— A to, o tę dziewkę dowódzcy ze Soldyna — odezwał się Krzywosąd — co ją razem z innemi w niewolę zabrano. Stryj i matka ofiarują okup znaczny. Do mnie się z zaklęciami wielkiemi udali, abym ją odzyskał.
— A gdzież ta branka jest? spytał książe.
— Musielić ją tu przywieść, bo ze wszystkich jeńców najcenniejszą była — rzekł kasztelan. — Dziewczyna lat piętnaście i piękna bardzo, ojciec pokumany był z Margrafem.
— Spletli ci baśń — odparł stary książe, — bo ja tu o żadnej takiej dziewce niewiem...
— Przecież jej by nie zabili, ani by się mogła ukryć?
Kazał książe zawołać kasztelana Janka, który się wkrótce zjawił. Spytany o brankę, Soldynowego dowódzcy córkę, ramionami poruszył.
— Ja o niej niewiem! — rzekł.
Mówił jednak tak jakoś, że mu uwierzyć było trudno. Bolesław popatrzywszy nań, podumawszy, Krzywosądowi kazał iść spoczywać i jeść, a sam na bok szedł ze swym kasztelanem.
— Co się z tą niemką stało? naparł go. Ty wiesz?
Janko pomilczał trochę...
— Pono Przemko ją swoim kazał wziąć i jak oka w głowie strzegąc, aby palcem jej nikt nie śmiał tknąć, do Poznania prowadzić. A zagroził gdyby się jej co stało, że na gardle ukarze.
Bolesław namarszczył się i zakłopotał.
— A widziałeś ty ją! — spytał.
— Jakże nie! — rzekł Janko, — ojciec jej bronił tak zajadle, że gdyby z tyłu pochwyciwszy go nie rozbroili, dałby się był pewnie za nią rozsiekać.
Dziewka młodziuśka, piękności osobliwej, śmiała jak ojciec, bo też z nożem się uwijała, aż jej go z rąk wyrywać musiano i kilku pokaleczyła... Co za dziw, że młodemu w oko wpadła!
— Młodość, głupstwo! — odparł książe.
— Żeby ją tak zaraz miał za okup dać, nie myślę — rozśmiał się Janko — prędzejby sam jeszcze zapłacił. Niemiecka dziewczyna, biała jak kołacz pszenny, włosy złote a oczy czarne... Urodziwa...
Książe stary posmutniał słuchając. Wieczorem Krzywosąda wziął do komory swej.
— Jeżeli się o Niesłusz nie boisz, — rzekł — jedź wprost do Poznania, a dziewkę odbierz. Sam bym za nią zapłacił, aby mi Przemka nie opanowała... Młody jest — co się tam stało — na to niema rady, ale jak do niej nawyknie a przylgnie — popsuje mi się. Odbierz mu ją gwałtem... Wracaj do mnie z tem, bom frasobliwy co się stanie...
Nazajutrz Krzywosąd jechał już do Poznania, a w kilka dni był z powrotem. Zobaczywszy go książe, podszedł żywo z pytaniem.
— Masz brankę?
— Nie dostałem jej. Nikt o niej niewie. — mówią, że niema żadnej.
— Cóż się z nią stało?
— Różnie mnie uwodzili, że zbiegła nocą, drudzy, że po drodze głodem się morząc zmarła.
Mówił to Krzywosąd a z twarzy mu patrzało, że sam temu nie dawał wiary.
— A ks. Tylon, a Przedpełk? ci wiedzieć muszą co się z jeńcami stało?
— Ni jeden, ni drugi niechcą wiedzieć o niczem. Ramionami zżymają, rękami rozkładają i milczą.
Dziewkę może gdzie schowali, a wydać jej za największy okup nie myślą.
— Przemka pytałeś?
— Wiedział z czém przybyłem, i sam o to zagaił. Odsyłał mnie do drugich, i tylem widział, że pozbyć mnie się chciał co rychlej.
Tu Krzywosąd pomilczawszy, dokończył.
— Nie taka to wielka rzecz jedna niemiecka dziewczyna, aby za nią czynić pogonie. Jestli gdzie, pewnie na wierzch wypłynie...
W wojnie jeńców się nie doliczyć, a po drodze zawsze ich nie stanie tylu co było w łykach.
Krzywosądowi pono ta jazda i tropienie już się naprzykrzyło, rad był do Niesłusza wracać i księciu radził, aby go nie strzymywał dłużej, bo choć czuł grodek bezpiecznym, wszelako — djabeł i Brandeburczyk nigdy nie śpią!
I o brance potem słychać już nie było.
Baczny opiekun miał jednak swych donosicieli na dworze w Poznaniu. Nic tam baczności jego nie uchodziło.
W miesiąc potem wiedział na pewno, iż niemiecka branka na zamku siedziała ukryta, a Przemko w niej rozmiłowany był strasznie, o wszystkiem dla niej zapominając. Wojewodzie Poznańskiemu, który go o to upominał, surowo odpowiedział młody książe — aby mu się do tego nie mięszał i ks. Tylonowi wyrzutów sobie czynić nie dał.
Bolesław nie wiele myśląc, sam wybrał się do synowca.
Ilekroć do Poznania przybywał, znany z pobożności i łaskawości dla duchownych książe Kaliski, Biskup, kanonicy, zakony i co było dostojniejszych, przyjmowali go uroczyście.
Sam Przemko też szanował go i kochał, więc wybiegał na spotkanie i gościł go jak ojca.
Tym razem przyjazd nastąpił tak niespodzianie, iż nikt nawet przeciw niemu wyjechać nie miał czasu. Książe wysiadał już w podwórcu, a nikogo, oprócz dworu, do przyjęcia go nie było.
Wybiegł synowiec nie rychło, w ubraniu nie rycerskiem ale dworskiem, strojny i uśmiechnięty a po raz może pierwszy widokiem opiekuna zmięszany, jakby przelękły do izb go wprowadził.
Bolesław bacznie wszystko zważał, lecz miłość mu pomiarkowanie dawała, i nie dawał poznać po sobie, co w myśli miał.
Wiedział, że się tu źle działo, lecz przebojem iść przeciwko temu lękał się, aby gorzej jeszcze nie było — i, żal mu może było chłopaka.
Na wieczerzę już się mieli czas zebrać wszyscy na zamek, ludzi było dosyć.
Siedzieli za stołem, oprócz Przedpełka Wojewody, Mikołaj łowczy poznański, Blizbór sędzia, Petrek z Prędocina, Gniewomir podsędek, Tylon kanclerz, i innych wielu.
Kaliski książe zdał się być dobrej myśli i ozwał się do synowca żartobliwie.
— Nie wiesz pono ani się spodziewasz z czem ja przybyłem do ciebie. Oprócz miłości mej, dla której zawsze cię rad widzę, sprawa nie małej wagi.
Wszyscy oczy obrócili na księcia. Ten wesołą twarz okazywał, co świadczyło, że sprawa groźną nie była. — Pomilczał trochę aby słuchający zgadując co to było, głów sobie trochę nałamali.
Przemko patrzał niespokojny, nie bez pewnej obawy, która w licu drgała.
— Gdy z was nikt nie odgaduje — ciągnął dalej Bolesław — muszę sam odkryć z czem przybywam. Sądzę, że gniewu nie ściągnę. Ot, swatem przybyłem!
Zarumienił się Przemko, inni po sobie patrzali.
— Nie byłbym odgadł tego — ozwał się młody książe — bom od Waszej Miłości słyszał niedawno, że mi do małżeństwa było zawcześnie. Jeszczem też wojny nie dosyć skosztował, aby odpoczynku pragnąć.
— Prawdać to — rzekł Bolesław — aleś ty u nas jedyny, rodu trzeba, a dlań macierzy. Więc żenić się musisz nie dla siebie a dla nas. Poświadczy ks. Tylon, że ci, których Bóg postawił na świeczniku, nie sobie żyją i nie dla siebie się żenią...
Przemko milczał, dolewał do kubka stryjowi i ręka mu drżała.
— Niewiastkę dla was napatrzoną mam — mówił Bolko — właśnie taką jak potrzeba. Musiemy na Pomorze się oglądać, aby je odzyskać. Konieczna to rzecz, choćby dla Krzyżaków i Brandeburgów, aby oni go nie wzięli. W Szczecinie u starego Barwina wnuczka się chowa, córka Kaszuba... Dziewczyna młoda, przez nią się z Pomorzany zwiążemy. Wiem ja, że mi jej dla was nie odmówią.
Gdy to mówił, Przemko słuchał go z oczyma na stół zwróconemi, lice mu się wcale nie rozjaśniało.
— Wziąłem o niej wiadomość dobrą — ciągnął dalej stryj — dzieweczka piękna, młoda jak potrzeba dla ciebie. Wiano też będzie niczego — a Pomorze nam potrzebne. Stary Barwin zniemczał, ale wnuczkę baby wychowały inaczej.
Wojewoda Poznański pierwszy głos zabrał, chwaląc wybór księcia.
— Nie ma co na to rzec, tylko dziękować — rzekł — jechać a swaty słać...
Przemko zmilczał. Było to zagajenie dopiero.
Drugiego dnia już stryj mówił o podróży do Szczecina, jako o pilnej sprawie, do której się zaraz sposobić należało.
Nie mógł się synowiec sprzeciwiać, tylko zwlekał. Stryj w żarty obracał powolność jego.
— Gdy zobaczysz pomorskie dziewcze, jako mi o niej sprawę zdano — będziesz rad dziękował... Najpiękniejszą jest między pięknemi, a lat nie ma jak kilkanaście. Dziad już zawiadomiony czeka... Jechać potrzeba i — brać tylko...
Nie mając się czem tłumaczyć młody książe składał się tem, iż bez pięknego orszaku ruszyć nie mógł i podarki ślubne przygotować musiał. Ludzie i konie czasu potrzebowali, nimby ich podobierano.
Na wszystko to Bolesław odpowiedź miał gotową, iż z Kalisza dostarczy czego zabraknie.
Naglił i nastawał tak, że zwlec było niepodobna. A że na zamku poznańskim jak u siebie w domu był, codzień go cały obchodził, wciskając się we wszystkie kąty, opatrując szopy, stajnie, i komory nawet dla czeladzi przeznaczone; miał może nadzieję, iż klatkę odkryje, w której ptaszka niemieckiego chowano. Nie znalazł go nigdzie.
Błądząc tak dnia jednego i do okien zaglądając, zaszedł do ks. Tylona, który przy księciu jako pisarz i duchowny nauczyciel był ciągle i co się na zamku działo, o tem wiedzieć musiał.
Mieszkał on nie opodal od pana swego, w dwu izbach pełnych ksiąg, skór przygotowanych do pisania i wszelkiego kancelaryjnego przyboru.
Człowiek był ze swej notarjalnej nauki i wprawy bardzo dumny, próżny i pokłony lubiący.
Nie gardził też i groszem, mówiono o nim, iż dla dzieci brata zbierał go chciwie, nim się jednak miał im dostać, skrzętnie uciułany zamykając.
Nie bardzo starym był jeszcze, ale pergaminy, z któremi miał do czynienia, odbiły się w barwie twarzy jego żółtej, długiej, pociągłej, zasznurowanej dla powagi, jaką sobie nadać usiłował. Sam tu na dworze uosabiając powołanie władcy pióra i stylisty, nosił się ze swą uczonością wielce.
Dla tych, co mu piękny podarek obiecywali, gotów był świeży wstęp aktu utworzyć, innym dawał jeden z tych kilku, które do wszystkich służyły.
Na jego twarzy nikt nigdy nie widział uśmiechu, a kto mu w poszanowaniu uchybił, nigdy tego nie darował.
Szanował on wielce księcia Bolesława już dla tego, że często dlań szczodrym bywał, już że miał siłę i znaczenie.
Ujrzawszy go wchodzącego zerwał się od pulpitu, przy którym zawsze coś miał do czynienia. Trzcinkę położył i z uroczystym wystąpił pokłonem, ręce na piersiach składając.
— Ojcze mój — odezwał się wesoło a dobrodusznie Bolesław — ja do was przychodzę z wyrzutem i na zwiady. Przemko mi coś posmutniał, ludzie plotą, że się do jakiejś dziewki, branki niemieckiej uwiązał. Czyżbyście o tem nie wiedzieli?
Ks. Tylon rękami uczynił ruch, wstręt i obrzydliwość oznaczający.
— Nic nie wiem! — rzekł — nic wiedzieć nie chcę. Na oczy moje nie przyszło nic. Uszy moje na gwar pospolitego tłumu są głuche. Nic nie wiem.
Książe się uśmiechał.
— A mnie mówiono, że on ją gdzieś na zamku chowa.
— Nic nie wiem! — dobitnie powtórzył Tylon i podniósł głowę — a prawda li to jest — nie moja wina! Wojewoda, Kasztelan winni, świeckie ramię nie duchowne. Moim obowiązkiem wystawiać mu szkaradę grzechu, obrzydliwość zwierzęcej rozpusty — to czynię nie omieszkując, to czynię — dalej, nie moja rzecz! Sprawa ludzi świeckich!
I rękami potrząsał.
— Wojewoda mówi, że o niczem nie wie — rzekł książe.
Notarjus oburzył się.
— Zatem winien niedbalstwa, opieszałości, gnuśności, ślepoty! Winien jest, gdy postawiony na straży nie strzeże, gdy opiekunem będąc, nie opiekuje się. —
Książe Bolesław zapalającemu się przerwał, dając znak, aby zamilkł.
Z poszanowaniem popatrzył na pergaminy i pergaminowego człowieka, który stał jeszcze nachmurzony.
Odetchnąwszy Tylon, rzekł już łagodniej.
— Pozwolicie mi dodać, że tego co być nie powinno czasem najlepiej nie wiedzieć, lecząc chorobę, jak to W. Miłość czynicie, innemi środkami. Dać mu żonę, to najlepiej, krwi młodzieńczej inaczej nie powstrzymać, nie pohamować...
Wasza Miłość najlepiej wiecie co pomoże, w czas, jak Bóg przykazał, dać mu małżonkę... Ustanie zgorszenie pokątne...
Książe nie odpowiadając na to, wyraził życzenie, aby ks. Tylon towarzyszył Przemkowi do Szczecina i baczne miał oko na wszystko.
Notarjus skłonił się pokornie, znaczącem odpowiadając tylko spojrzeniem. Szczodry stryj za podobne usługi zawsze się czemś wypłacał.
— Sposóbcież się do podróży rychło, — rzekł Bolesław zabierając się do wyjścia, — ja nie ruszę się ztąd, dopóki go nie wyprawię do Szczecina, gdzie nań już czekają. Przywiezie z sobą żonę — wszystko umówione, da Bóg, niemki zapomni...
Z wielką ufnością, że małżeństwo wszystkiemu zaradzi i lekceważeniem całéj téj sprawy, ks. Tylon ręką zamachnął.
— Słomiane to ognie! — zamruczał. — W młodości łatwo się one zapalają, ale i gasną prędko... Caro infirma — cielsko słabe...
Pokłonił się.
— Sposóbcież siebie i jego do podróży.. — zakończył książe wychodząc.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.