<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Salon
Pochodzenie Koszałki Opałki
Data wydania 1905
Wydawnictwo Księgarnia Powszechna
Drukarz Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Salon.


Działo się to w pra-pra-czasach. Było to strasznie dawno. Żaden dokument, żadne podanie czasów tych nie sięga. Gdzie dziś są morza, były wówczas lądy, a gdzie dziś wznosi się dumny gmach Filharmonji — bujały swobodnie rekiny. Nie było wówczas ani szkół handlowych dla kobiet, ani miast, ani projektu trzeciego mostu na Wiśle, ani lekarstw na porost włosów, ani modernizmu.

Wśród niebotycznych lasów, których nie sprzedawała szlachta, bo jej jeszcze wcale nie było, a i sprzedaży nie znano jeszcze, wśród lasów, których nie wycinali żydzi, ani niemcy, bo i tych nie było wówczas, porozrzucane były wioski. Każdy mieszkaniec miał chatkę, z jednej obszernej i widnej składającą się izby, kawał roli i kilka sztuk bydła. Raz do roku dzielono obszar cały wsi, bo ten, kto liczniejszą rodzinę posiadał, więcej dostatku i większą otrzymywał izbę. Gdy się żenił chłopak, cała wieś szła na jeden dzień do roboty, by go ogospodarzyć: takich dni, z góry wyznaczonych, było w roku kilkanaście. Pozatem, nikt nikomu nie pomagał, a każdy wszystko robił dla siebie: był rolnikiem, krawcem, szewcem, kowalem, kołodziejem — wszystkiem. Swarów żadnych nigdy nie było.
Wieczorem, po pracy, zbierali się latem na polance i rozmawiali: temu to się zepsuło, tamtemu owo, ten wtedy spodziewa się przychówka lub potomka, a tamten wtedy. Ale byli i ludzie, którzy ładnie mówili i tych chętnie słuchano. Chętnie słuchano i tych, którzy głosem naśladowali leśnych ptaków śpiewanie. Inni znowu ciekawe rzeczy opowiadali: a to, że sok tej i tej rośliny pomaga na bóle brzucha, a to, że pług głębiej w ziemię wchodzi, jak mu się dziób zakrzywi, a to, że lepiej krowę doić w ten, albo inny sposób. Wynalazca mówił tak:
— Przyszło mi to do głowy, spróbowałem, i wyszło dobrze. Więc może to i co warte.
— A no dobrze, można spróbować — odpowiadano.
I po pewnym czasie przyjmowano nowość, lub odrzucano.
Potem zbudowano dużą izbę, gdzie się w zimie można było zbierać. I powoli różne robiono ulepszenia...
Aż tu biesy zobaczyli, że jakoś zanadto się postęp między ludźmi podnosi, więc gwałt podnieśli wielki i naradę walną zwołali.
— Co zrobić, — powiadają — aby zepsuć to wszystko, co ludzie zrobili?
Ten radzi to, ten owo, ale wszystko jakoś było niedobre. Aż tu wstaje jeden djabeł kusy, z wielkiemi uszami, gapowaty, i powiada:
— Puśćcie mnie na ziemię. Zobaczycie, że im wszystko popsuję.
A biesy w śmiech, bo to był najgłupszy djabeł i nazywał się Afron.
— A no, mówią, idź, niech ci skórę wygarbują.
A trzeba wiedzieć, że w on czas djabły nijakiej jeszcze nad ludźmi władzy nie mieli.
Zeszedł tedy ów djabeł na ziemię i do wsi przyszedł.
— Jestem — powiada — zdaleka, chcę być z wami.
Akurat nazajutrz miał być podział roczny ziemi. Więc dano mu jedną izbę i kawał roli, i Afron pracować zaczął. I tak trwało parę tygodni.
Aż raz wieczorem na zebraniu, powiedział Afron:
— Jutro już do was nie przyjdę wieczorem, bo będę sobie drugą izbę budował.
Zdziwili się wszyscy:
— A po ci druga? — pytają.
— Zobaczycie, jak skończę.
I ciekawość ogarnęła wszystkich.
A Afron żwawo wziął się do roboty. Rąbał, piłował, rżnął, aż mu pot ciurkiem leciał z czoła. Dziwili się ludzie, że przybysz, zamiast wieczorem odpoczywać razem z innymi, biedzi się nad swoją drugą izbą. Dziwili się także, że ten przybysz nie je tyle, ile wszyscy, tylko co dzień jeden ser odkłada na bok i jedną miarkę mąki odsypuje, a chleba z niej nie robi.
Nareszcie stanęła izba duża, że w niej dużo osób mogło się pomieścić, a w tej izbie dużo ław.
— Co to z tego będzie?
— Jutro niech wszyscy do mnie przyjdą, to zobaczą.
Zebrali się wszyscy, bardzo ciekawi. A tu Afron tymczasem poukładał na stole wszystkie sery i dużo chlebów z tej zaoszczędzonej mąki — i mówi:
— Widzicie, tę izbę ja na to zbudowałem, żeby was ugościć.
Ździwili się wszyscy ogromnie, i jakoś im się zrobiło nieprzyjemnie:
— Więc on tyle się nabiedził, naorał i nagłodził dla takiego głupstwa?
— A przecież my mamy nasze izby i nasz chleb — rzekli.
— Ale ja was kocham i chcę mieć was u siebie i ugościć.
Pogłupieli wszyscy. Usiedli, zakłopotani. A gospodarz tak nalegał, że choć z niechęcią, jednak jedli trochę. Dziwnie im było: oto jedli to, czego nie zapracowali.
Ten pokój, wybudowany przez Afrona, był to pierwszy salon, a te sery i chleby — pierwszy poczęstunek.
Wiedział Afron, co robi. Oj, wiedział, psia wiara.
Nie odrazu ludzie go naśladować zaczęli, ale gadali, myśleli. A bies ich drugi i trzeci raz do siebie prosił i taki był rozradowany, kiedy jedli jego sery i jego chleby, że ludzie pomyśleli w końcu:
— Musi to być widać wielka przyjemność, kiedy mi ktoś mój chleb zjada.
I zaczęli próbować między sobą:
— Na, masz, jedz, zobaczę, czy się będę cieszył.
Ale ani ten, który zjadał, ani ten, któremu zjadano — żadnego zadowolenia nie odczuwali; choć zawsze pierwszemu było trochę przyjemniej, chociaż znów wstyd trochę.
I tak długo próbowali, aż nakoniec nie wiedzieli już, kto komu więcej chleba zjadł, i chociaż nie było swarów, ale było pewne ciche zadąsanie.
Kiedy przy końcu roku znów wydzielano ziemię, to nie wiedziano, co zrobić z Afronem: przecież on miał dwie izby. Ale Afron prosił, żeby sobie nie robiono kłopotu, że on chętnie gdzieindziej znów swój salon dobuduje. Ale komu dać te dwie izby? Afron radził, żeby je dać temu, kto ładnie mówi, bo do niego przyjemnie będzie przychodzić. Zapomniałem dodać, że ten, który ładnie mówił, był protoplastą poetów. I znów po roku Afron ustąpił swoje dwie izby i radził je dać temu, który wymyślił sposób, żeby koniom nie pękały kopyta. I po dwóch latach już były we wsi tej trzy salony, i ludzie powoli przyzwyczaili się jeść niezapracowany chleb, i wynosić zasługę, a poeta i wynalazca poczuli swą wyższość nad ogółem swoich bliźnich. A przecież to, co Afron zrobił, wyglądało tak niewinnie.
Dwadzieścia lat pracował Afron, nim udało mu się przekonać mieszkańców, że lepiej karmić wynalazcę swoim chlebem, byle on wymyślał różne ulepszenia:
— Orać i doić krowy każdy z nas przecież umie — mówił Afron — więc szkoda, żeby on tracił czas na takie rzeczy. Niech on lepiej ma dużo czasu, to będzie mógł wymyśleć więcej rozmaitych ulepszeń.
Wszyscy rozumieli, że tak jest. Więc po pięćdziesięciu latach był już jeden taki we wsi, który nie orał, tylko wymyślał ulepszenia w narzędziach rzemieślniczych i za to dostawał wszystko gotowe; był drugi, który tylko leczył niedomagania różnemi lekami i za to dostawał wszystko od innych, bo już nie miał czasu ani na orkę, ani na pieczenie, ani na szycie, ani na ciesielkę; był trzeci, który tylko pięknie naśladował głosy ptaków i całe dnie chodził po lesie i słuchał ptaków, a jadł chleb od innych, bo wszyscy pozostali więcej teraz chleba z ziemi musieli wyciągnąć i więcej chlebów upiec, niż sami zjeść mogli.
Rozumie się, że postęp teraz coraz bardziej wzrastał i prędzej się podnosił, bo każdy robił to, do czego miał więcej zdolności.
Afron mógł spokojnie umrzeć, to znaczy — wrócić do swoich biesów. Dostał on order, bestja...
Rozumiecie teraz, sami, co się dalej działo. Teraz każdy zaczął już żyć nie ze swojej pracy, ale ze swoich zdolności. Możeby to jeszcze nie było tak złe, gdyby nie salon i poczęstunki, które znowu uczyły ludzi jeść bez pracy i bez zdolności, ot, tak sobie, z łaski na uciechę.
Stosu papieru potrzeba na to, żeby powoli i w porządku opowiedzieć, jak to z pierwszego wynalazcy powstały biura patentowania wszelkich ulepszeń i reklamowanie niezawodnych środków na usuwanie zmarszczek; jak to z owego pierwszego lekarza wytworzyli się tacy, którzy dzięki sprytowi zdobyli rozgłos — bo już potem jeden człowiek tak mało znał się na tem, co robi drugi, że nie umiał ocenić ani jego rozumu, ani zdolności, ani uczciwości; jak to z pierwszego człowieka, który «ładnie mówi» powstali poeci, którzy mają gorsze natchnienie po trzy kopiejki od wiersza i lepsze po dziesięć kopiejek, jak to powstali powieściopisarze, dziennikarze, reporterzy, wydawcy, premja bezpłatne, konkursy i krytycy; jak to z owego pierwszego naśladowcy pienia ptaków powstał Battistini i histeryczki teatralne; jak to specjalizacja doszła do tego, że ludzie jedzą chleb za to, że szlachetnie gadają, łapią lub bronią złodziei, stręczą mamki z dobrym pokarmem, sprzedają bilety przed teatrem, podrzucają woreczki, lub znaczą chustki do nosa.
Grubych foljałów potrzeba na to, aby opowiedzieć, jak to na tle owego pierwszego salonu wyrosły djabłu na uciechę meble stylowe, dywany, kandelabry, portjery, palmy, flirty, perfumy, pieczeniarze, zbiorki poezji w złoconych oprawach, albumy z pocztówkami, mężowie z rogami, i ta cała mnogość tego wszystkiego, na co człowiek dzisiejszy patrzy tak, jakby to wszystko było bardzo potrzebne do życia.


Janusz Korczak - Koszałki Opałki znak.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.