Serce (Amicis)/Nauczyciel mego ojca

<<< Dane tekstu >>>
Autor Edmund de Amicis
Tytuł Serce
Data wydania 1938
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia „Antiqua” St. Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Konopnicka
Tytuł orygin. Cuore
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Nauczyciel mego ojca.
11 wtorek.

Prześliczną wycieczkę zrobiłem z ojcem wczoraj. Tak było: przedwczoraj przy obiedzie ojciec czytał dziennik. Naraz wydał okrzyk zadziwienia, a potem rzekł:
— A jam myślał, że nie żyje od jakich lat dwudziestu! Wiecie? Jeszcze żyje mój pierwszy nauczyciel ze szkoły elementarnej, Wincenty Crosetti, który ma teraz osiemdziesiąt cztery lata. Czytam właśnie, że ministerium dało mu medal za sześćdziesiąt lat nauczania. Sześć-dzie-siąt lat! Rozumiecie? I dopiero od dwóch lat przestał uczyć w szkole! Biedny Crosetti! Mieszka o godzinę stąd drogi koleją, w Cordovie, tam, skąd to była nasza dawna ogrodniczka z willi Chieri...
I dodał pomyślawszy chwilkę.
— Henryku, pojedziemy go odwiedzić!
I już przez cały wieczór o nim tylko mówił. To wyczytane niespodzianie nazwisko pierwszego nauczyciela przypomniało mu tysiące rzeczy z tych czasów, kiedy był małym chłopcem: imiona kolegów, śmierć matki.
— Crosetti — wołał co chwila i uspokoić się nie mógł.
— Mógł mieć — opowiadał nam — ze czterdzieści lat, kiedym był w jego klasie. Dziś jeszcze go widzę! Mały człowieczyna, pochyły trochę, z jasnymi oczyma, z wygoloną twarzą. Surowy był, ale w obejściu pełen dobroci, zupełnie jak ojciec, który dzieci kocha, ale im nie przebacza, kiedy przeskrobią. Z ludu prostego wyszedł, ze wsi, wykształcił się pracą ciężką, odmawianiem sobie wszystkiego. Sam sobie winien był szlachectwo swoje. Matka moja bardzo go szanowała i lubiła, a ojciec mój za przyjaciela go miał. Bardzom ciekaw, co go spowodowało, że się z Turynu do Cordovy przeniósł. Pewno mnie nie pozna... Nic nie szkodzi! Ja go z pewnością poznam. Czterdzieści cztery lata przeszło... Czterdzieści cztery lata... Henryku! Pojedziemy jutro go odwiedzić!
I oto wczoraj o dziesiątej rano byliśmy na dworcu kolei żelaznej. Bardzom chciał, żeby i Garrone jechał z nami, ale nie mógł, bo matka jego zasłabła. A jaki był cudny dzień! Taka prawdziwa wiosna.
Pociąg leciał wpośród łąk zielonych i kwitnących żywopłotów a powietrze pachniało, jakby cały świat był ogrodem. Ojciec był wesół, a co i raz to mi ramię na szyję zakładał i mówił do mnie, jak do przyjaciela już dużego, patrząc na szerokie pola.
— Biedny, stary Crosetti! — mówił. — To pierwszy po moim ojcu człowiek, który mnie kochał i był dobroczyńcą moim. Nigdy nie mogłem zapomnieć niektórych dobrych rad jego i tych jego suchych wymówek, po których wracałem do domu ze ściśnionym gardłem. Ręce to miał takie grube, krótkie. Widzę go prawie, jak wchodzi do szkoły, jak stawia laskę w kącie, jak wiesza płaszcz na wieszadle, zawsze co dzień systematycznie jednostajnym ruchem. I zawsze w jednakim usposobieniu cichym, pogodnym, zawsze sumienny, uważny, życzliwy, jak gdyby każdego dnia odbywał z nami lekcję po raz pierwszy. I głos jego pamiętam, jakbym go słyszał, kiedy spojrzał na mnie:
— Bottini, he, Bottini! — Środkowy i wskazujący palec na pióro wyżej! — Musiał się ogromnie zmienić po czterdziestu czterech latach!
Jakeśmy tylko przyjechali do Cordovy, poszliśmy zaraz szukać naszej dawnej ogrodniczki z Chieri, która ma tu jakiś sklepik w małej uliczce.
Zastaliśmy ją z dziećmi w domu. Ogromnie się ucieszyła, że nas widzi, zaczęła nam opowiadać o mężu swoim, który od trzech lat do Grecji za zarobkiem wywędrował a teraz ma wrócić, o swojej najstarszej córce, która jest w instytucie głuchoniemych w Turynie. Potem wskazała nam drogę do tego nauczyciela, bo go tutaj wszyscy znają.
Wyszliśmy z wioski na ścieżynę wijącą się po wzgórzu wśród kwitnących krzewów. Ojciec nie mówił nic, pogrążony w swoich wspomnieniach, czasem tylko się uśmiechnął, czasem wstrząsnął głową.
Nagle zatrzymał się i rzekł:
— To on! Założę się, że to on!
A ścieżką szedł ku nam mały staruszek z brodą zupełnie białą, w dużym kapeluszu, opierając się na lasce. Powłóczył trochę nogami a ręce mu się trzęsły.
— On! — powtórzył mój ojciec i przyśpieszył kroku. Kiedyśmy byli już zupełnie blisko, stanęliśmy na ścieżynie. Staruszek stanął także i patrzył na ojca. Twarz miał czerstwą jeszcze, oczy jasne, żywe.
— Wszak to pan — rzekł mój ojciec zdejmując kapelusz. — Wszak to pan jest nauczycielem Wincentym Crosettim?
Staruszek też zdjął kapelusz.
— Tak, panie!
Głos jego drżał trochę, ale był dźwięczny, czysty.
— No, to niechże pan pozwoli — zawołał mój ojciec ujmując jego rękę — niech pan pozwoli dawnemu uczniowi swojemu uścisnąć zacną dłoń swoją i powitać się serdecznie... serdecznie! Przybywam z Turynu, żeby odwiedzić Pana.
Staruszek patrzał zdumiony. Potem rzekł:
— Zaszczyt to dla mnie... Nie wiem prawdziwie... Kiedy pan był moim uczniem? Przepraszam! Nazwisko pana? jeśli łaska...
Ojciec mój powiedział swoje nazwisko: Albert Bottini, i rok w którym był w jego klasie i gdzie, a potem dodał:
— Pan nie może mnie pamiętać, to rzecz prosta. Ale ja wybornie pana pamiętam!
Stary nauczyciel pochylił głowę i patrząc w ziemię zamyślony powtórzył kilka razy nazwisko mego ojca, który patrzył na niego tymczasem z uśmiechem i rozrzewnionym wzrokiem.
Naraz podniósł staruszek twarz z rozrzewnionymi oczyma.
— Albert Bottini? Syn inżyniera Bottiniego? Tego, który mieszkał na placu Consolata?
— Ten sam! — zawołał ojciec wyciągając ręce.
— Jak tak — rzekł staruszek — to niechże mi będzie wolno... drogi panie... niech mi będzie wolno...
I mówiąc tak objął mego ojca. Biała jego głowa sięgała ojcu ledwie do ramienia. Ojciec pochylił się i przytulił twarz do jego twarzy.
— Bądźcie łaskawi do mnie — mówił nauczyciel.
I zaraz się zawrócił na ścieżynie prowadząc nas do swego domu. W kilka minut weszliśmy na małe podwórko przed niskim domkiem o dwóch wyjściach. Przed jednym z nich wznosił się kawałek wybielonego muru.
Nauczyciel otworzył drugie wejście i zaprowadził nas do pokoju. Cztery białe ściany, w kącie łóżko składane, przykryte kołdrą w białe i niebieskie kraty, w drugim kącie biurko z małą biblioteczką, cztery krzesła, wielka, stara mapa przybita do ściany i rzeźwy zapach jabłek.
Siedliśmy wszyscy trzej. Nauczyciel i mój ojciec patrzyli na siebie przez chwilę w milczeniu.
— Bottini! — zawołał wreszcie nauczyciel utkwiwszy oczy w ceglaną podłogę, na której słońce kładło złote plamy. — Jakżeby nie?... Pamiętam! Doskonale pamiętam!... Miał matkę, taką dobrą, taką zacną panią! Jakże nie? Przecież pan siedziałeś w pierwszej ławce na lewo, niedaleko okna! Widzisz pan, że pamiętam pana! Taka ciemna, kędzierzawa głowa!
Zamyślił się na chwilę.
— Taki żywy chłopak... eh? Jak iskra. Na drugim kursie miał grypę... Przywieźli go po niej do szkoły wychudzonego, w dużym ciepłym szalu. Ze czterdzieści lat temu chyba będzie, nieprawdaż? I pan tak dobry, żeś przypomniał sobie starego nauczyciela swego... A przychodzą tu, przychodzą... Pułkownik jeden, księża... Różni panowie. Dawni uczniowie moi.
I zaczął pytać mego ojca, jakiby był zawód jego. Po czym rzekł:
— Cieszę się! Serdecznie się cieszę! Dziękuję panu! Kawałek już czasu, jak tu nie widziałem nikogo. I myślę sobie, że pan może będziesz ostatnim, drogi panie!...
— Ale co pan profesor mówi! — zawołał mój ojciec. — Widzę pana, dzięki Bogu, zdrowym, czerstwym! Nie trzeba tak mówić!
— Ej, nie! — uśmiechnął się stary nauczyciel. — Widzisz pan to drżenie? — i pokazał ręce — to jest zły znak, panie. Zaczęło się to przed trzema laty, kiedym jeszcze uczył w szkole. Z początku nie dbałem, myślałem, że samo przejdzie. Ale nie przeszło, kochany panie. Owszem, z dnia na dzień gorzej. Niedługo nie będę mógł wcale pisać. Ach; tego dnia, kiedy po raz pierwszy ręka mi tak zadrżała, żem zrobił kleksa na kajecie ucznia, to, panie drogi, jakby mi kto nóż w serce tknął! Szło to tam jeszcze jakiś czas, wlokło się, ciągnęło, alem już czuł, że nie mogę dłużej. I tak, po sześćdziesięciu latach nauczycielstwa, rozstać się musiałem ze szkołą, z uczniami, z pracą. Nie było to lekko, nie!
Kiedym skończył ostatnią już lekcję, wszyscy mnie odprowadzili do domu, wszyscy winszowali... Ale jam był smutny, rozumiałem, że życie moje — skończone...
Na rok przedtem jeszcze — kończył po chwili milczenia — straciłem żonę i jedynego syna. Zostało mi tylko dwóch synowców, prostych wieśniaków. I tak oto żyję z tych paruset lirów emerytury. Nie pracuję już. Te dni, to mi się zdaje, że końca nie mają, takie długie. Jedyne zajęcie moje, widzi pan, to ot tam — wskazał małą biblioteczkę. — Przerzucam stare moje szkolne podręczniki, szkolne czasopisma, te kilka książek, którem w podarunku dostał. Tam wspomnienia... Tam cała przeszłość moja. Nic więcej nie mam już na świecie.
Naraz podniósł głowę i głosem rozweselonym rzekł:
— Muszę też panu zrobić niespodziankę, kochany panie Bottini!
Podniósł się i podszedłszy do biurka otwarł długą szufladę, w której było mnóstwo małych paczek powiązanych sznurkiem, a na każdej data z czterech cyfr złożona. Szukał przez chwilę, wyjął jedną z paczek, otworzył, przerzucił kilka ćwiartek papieru, po czym wyciągnął jakiś arkusz pożółkły i ojcu mojemu podał. U wierzchu arkusza było napisane: Albert Bottini, 3 kwietnia 1838 r.
Ojciec mój poznał natychmiast swoje grube, chłopięce pismo i czytał je z uśmiechem. Naraz, łzy mu w oczach stanęły. Podniosłem się i zapytałem: — dlaczego? A ojciec objął mnie wpół, przytulił do swego boku i rzekł:
— Patrz, dziecko! To są poprawki mojej matki jeszcze... Zawsze mi pogrubiała moje l i moje t... A ostatnie linie, to pismo jej ręki... Wyuczyła się pisać podobnie do mnie, a kiedym był zmęczony i śpiący kończyła moją robotę sama... Święta matka moja!
Ucałował kartkę...
— Oto — rzekł nauczyciel ukazując powiązane pakieciki — pamiętniki moje. Rok rocznie odkładałem na bok jakąś część prac każdego z moich uczniów i mam ich tu wszystkich w porządku, ponumerowanych. Więc to tu sobie przerzucam czasem, tu kartkę, tam kartkę, i przychodzi mi na myśl tysiąc rzeczy minionych i zdaje mi się, że jeszcze żyję w tych dawnych, dawnych czasach. Iluż to ich przeszło, drogi panie! Jak zamknę oczy, to widzę — głowy przy głowach, twarze przy twarzach, klasy za klasami, setki, setki chłopców, z których — kto wie — ilu już pomarło! Wielu pamiętam dobrze. Pamiętam dobrze — tych najlepszych i tych znów — najgorszych. Tych, co mi sprawili dużo radości, i tych, przez których miałem dużo ciężkich godzin. Boć w takim mnóstwie są i gadziny, są, mój drogi panie! Ale już teraz żalu do nich nie mam... Zupełnie jakbym już na drugim świecie był... Życzliwy jestem dla wszystkich... dla wszystkich równo!
Usiadł i wziął moją rękę w swoje drżące dłonie.
— A niech mi pan powie, drogi profesorze — zapytał mój ojciec z uśmiechem, nie pamięta pan żadnego urwisostwa...
— Pańskiego urwisostwa? — podjął staruszek także z uśmiechem. — W tej chwili nie. Ale to bynajmniej nie ma znaczyć, żebyś pan ich nie wyprawiał! Ale przecież byłeś pan dość rozsądny, poważny nawet, jak na swoje lata. Pamiętam jak wielkie przywiązanie miałeś pan do matki swojej... — A po chwili: — Aleś też pan bardzo dobry, bardzo łaskaw, żeś mnie odwiedził... Porzuciłeś swoje zajęcia dla zobaczenia starego, biednego nauczyciela...
— Panie Crosetti — odparł żywo mój ojciec — nie zapomniałem dotąd tego dnia, kiedy mnie matka moja po raz pierwszy odprowadziła do szkoły. — Pierwszy raz miała rozstać się ze mną na dwie godziny i zostawić mnie w innych rękach, niźli w rękach ojca. Mnie oddać komuś — nieznanemu. Moje wejście do szkoły było dla niej jakby wejściem w świat moim — pierwszym z szeregu tych koniecznych a bolesnych rozstań, jakie sprowadza życie. Ono to zabierało jej dziecko, żeby go już nigdy nie oddać takim, jakim było i tak zupełnie jej własnym. Wzruszona była, a i ja także, choć nie pojmowałem dlaczego. Polecała mnie panu głosem drżącym, a odchodząc żegnała mnie jeszcze przez okienko we drzwiach mając pełne łez oczy. I pamiętam, że pan wtedy położył rękę na piersiach i uczynił drugą taki ruch jakby chciał rzec:
— Niech pani mi zaufa!
Otóż tego ruchu, tego spojrzenia, które dowiodło, żeś pan zrozumiał wszystkie myśli i uczucia matki mojej; spojrzenia; które zdawało się mówić, „Odwagi“, tego gestu, który był uczciwą obietnicą opieki, dobroci, pobłażania — ja, panie, nigdy nie zapomniałem już tego i na zawsze zachowałem to w sercu wyryte. I dlatego przyjechałem z Turynu, i dlatego jestem tu po czterdziestu czterech latach, żeby powiedzieć panu: — Dziękuję ci mój drogi nauczycielu!
Staruszek milczał. Drżąca jego ręka gładziła mi włosy trzęsąc się coraz silniej, z włosów opadając na czoło, z czoła na ramię.
A ojciec mój tymczasem patrzył na te nagie ściany, na ubogie łóżko, na kromkę chleba i ampułkę oliwy będące na oknie, a twarz miał taką, jak gdyby chciał mówić:
— O biedny nauczycielu! I to cały twój dobytek, cała nagroda po sześćdziesięciu latach ciężkiej pracy?
Ale staruszek wcale nie był smutny i z wielką żywością zaczął mówić o naszej rodzinie, o innych nauczycielach z tamtych lat dawnych, o kolegach mego ojca. Ojciec jednych pamiętał, innych nie mógł sobie przypomnieć, więc sobie obydwaj udzielali wiadomości to o tym, to o tym, aż wreszcie ojciec przerwał tę rozmowę prosząc nauczyciela, żeby poszedł razem z nami zjeść śniadanie we wsi.
Staruszek serdecznie dziękował, ale zdawał się niepewny, czy ma przyjąć to zaproszenie. Ojciec nie ustępował i ująwszy obie jego ręce prośbę swą ponowił.
— Ale jakże ja będę jadł tymi trzęsącymi rękami? — mówił nauczyciel. — Przecież to i dla drugich przykry widok.
— Już my panu pomożemy — rzekł na to mój ojciec.
Przystał więc staruszek i tylko głową kiwał i uśmiechał się.
— Co za dzień! Co za piękny dzień, kochany panie Bottini? — mówił zamykając na klucz drzwi wchodowe. — Do końca życia będę go pamiętał!
Podał ramię mój ojciec nauczycielowi, on zaś wziął mnie za rękę i zaczęliśmy schodzić ścieżyną.
W drodze spotkaliśmy dwie bose dziewczynki, które pędziły krowy, i chłopca biegnącego z pękiem zielska na plecach. Poznał ich nauczyciel i objaśnił nas, że to są dwie uczennice i uczeń tutejszej dwuklasowej szkoły. Rano pasą bydło i pracują w polu boso, a potem się obuwają i do szkoły idą. Południe dochodziło. Na ścieżce było pusto. W parę minut byliśmy już w oberży, przy dużym stole, nauczyciel w pośrodku nas obu i zaraz wzięliśmy się do jedzenia.
W oberży było cicho jak w klasztorze. Staruszek był niezmiernie kontent, ale ze wzruszenia tak mu ręce drżały, że prawie jeść nie mógł. Więc mu ojciec mój krajał mięso, łamał chleb, sypał do talerza sól. A kieliszek, szklankę, to musiał starowina w obu rękach trzymać i jeszcze mu zęby o brzeg szkła szczękały.
Rozmawiał jednak bardzo żywo i z wielkim zapałem, o książkach, które czytywano za jego młodości, o rozkładach jazdy z onych czasów, o pochwałach otrzymanych od zwierzchności, o zarządzeniach szkolnych z lat ostatnich, a wszystko wesołym głosem, z twarzą pogodną, trochę więcej może zarumienioną niż pierwej, a nawet ze śmiechem zupełnie młodzieńczym.
A mój ojciec patrzył na niego, a patrzył, zupełnie tak samo, jak czasem patrzy na mnie w domu, jak gdyby myślał o czymś i uśmiechał się mimo woli, przechyliwszy nieco na bok głowę.
A wtem staruszek pijąc rozlał po sobie wino. Zerwał się mój ojciec i starannie serwetą go ocierał.
— Ale nie! Ale nie! Nie pozwalam! — mówił nauczyciel i śmiał się, i coś po łacinie powiedział.
Wreszcie podniósł kieliszek, który mu się trząsł w ręku, i z wielką powagą rzekł:
— Piję za zdrowie twoje, panie inżynierze, i za zdrowie twoich dzieci, i za pamięć twojej dobrej matki.
— A ja za wasze zdrowie piję, mój drogi, mój kochany mistrzu!
I uścisnęli sobie ręce mocno, długo. A w głębi izby siedział oberżysta i inni jeszcze, którzy przypatrywali się nam z uśmiechem, widocznie radzi, że tak fetują nauczyciela z ich wioski.
Było już po drugiej, kiedyśmy wyszli.
Staruszek chciał nas koniecznie odprowadzić do stacji. Więc mój ojciec znów go wziął pod ramię, a on mnie za rękę. Ja zaś niosłem jego laskę. Ludzie stawali po drodze patrząc, bo wszyscy go tu znają. Niektórzy kłaniali mu się.
Wtem posłyszeliśmy przez otwarte okno głosy wielu chłopców, którzy — sylabizując — razem czytali.
Staruszek zatrzymał się i zdawał się być zasmucony.
— Oto, drogi panie Bottini — rzekł — co mię zasmuca! Słyszeć te głosy uczących się chłopców, a nie iść już do szkoły i wiedzieć, że tam inny uczy! Nasłuchałem się tej muzyki przez sześćdziesiąt lat, mam jej pełne serce... A teraz jestem jakby bez rodziny. Sam. Sierota... Nie mam już dzieci!
— Nie, drogi mój nauczycielu! Nie! — odrzekł mój ojciec i znowu iść zaczął. — Pan masz jeszcze dużo dzieci! Dużo rozproszonych po świecie, ale kochających cię synów! Pamiętają oni pana tak, jak i ja pamiętałem zawsze!
— Nie, nie! — powtarzał starowina trzęsąc ze smutkiem głową. — Nie mam już szkoły to i dzieci nie mam. A bez dzieci, to ja już nie pożyję długo... Tylko słuchać, jak moja godzina uderzy...
— Drogi, drogi panie! Nie mów, nie myśl o tym! O tym myśl, ileś uczynił dobrego! Jakim szlachetnym trudem było całe twoje życie!
Stary nauczyciel przytulił głowę do ramienia ojca, a mnie za rękę uścisnął.
Doszliśmy do stacji. Pociąg już stał przed nią.
— Bądź zdrów, drogi mój nauczycielu! — mówił ojciec całując staruszka w oba policzki.
— Żegnaj... dziękuję... żegnaj! — odpowiedział nauczyciel i wziąwszy w drżące dłonie rękę mego ojca przycisnął ją sobie do serca.
Potem ja go ucałowałem i uczułem, że ma twarz od łez mokrą. Ojciec podsadził mnie do wagonu i w chwili, gdy wsiadał, wziął kij nauczyciela a dał mu w rękę swoją piękną laskę z srebrną gałką i ze swoją cyfrą mówiąc:
— Zachowaj to, panie, jako pamiątkę moją.
Bronił się staruszek, usiłował oddać laskę a kij swój odebrać, ale mój ojciec był już w wagonie i drzwiczki zatrzasnął.
— Bywaj mi zdrów, mistrzu mój drogi!
— Bywaj zdrów, synu! — zawołał staruszek, gdy pociąg począł poruszać się zwolna. — Niech ci Bóg błogosławi za pociechę, za radość, jakąś sprawił biednemu starcowi!
— Do widzenia! — krzyknął mój ojciec wzruszonym głosem.
Ale stary nauczyciel potrząsnął głową przecząco, jakby powiedzieć chciał, że już się nie zobaczą więcej.
— Tak! Tak! Do widzenia! — powtórzył mój ojciec.
A wtedy starzec podniósł ku niebu drżącą swoją rękę i zawołał:
— Tam!
I takeśmy go, z tą ręką wzniesioną, utracili z oczu.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Edmondo De Amicis i tłumacza: Maria Konopnicka.