Serce (Amicis)/Wojsko

<<< Dane tekstu >>>
Autor Edmund de Amicis
Tytuł Serce
Data wydania 1938
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia „Antiqua” St. Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Konopnicka
Tytuł orygin. Cuore
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Wojsko.
11. niedziela. — Święto narodowe.
(Opóźnione o siedm dni z powodu śmierci Garibaldiego.).

Poszliśmy na plac Castello, żeby zobaczyć ćwiczenia żołnierzy, którzy defilowali przed komendantem korpusu wojskowego wpośród dwóch wielkich skrzydeł przypatrującego się tej paradzie ludu.
A gdy tak defilowali, przy hucznej muzyce trąb i odgłosie bębnów, ojciec mój objaśniał mi nazwy oddziałów wojska i opowiadał chwałę ich sztandarów.
Pierwsi szli uczniowie Akademii Wojennej, którzy się kształcą na oficerów inżynierii i artylerii. Było ich trzystu, mieli czarne mundury, szli z jakąś wytworną pewnością siebie, nawpół studenci a nawpół żołnierze. Po nich rozwinęła się rzędem piechota. Szła brygada Aosty, która się biła pod Goitą i pod San Martino; szła brygada Bergamo, która się biła pod Castelfidardo; cztery regimenty, kompanie za kompaniami, tysiąc czerwonych pomponów u kasków, które wydawały się girlandą krwawych kwiatów wyciągniętą za dwa końce i niesioną wśród tłumu w powietrzu.
Po piechocie defilował oddział inżynierii wojskowej, robotnicy wojny, z czarnymi grzywami u kasków i z galonami karmazynowymi. A podczas tej defilady widać było poza oddziałem sto piór sterczących prosto i wysoko ponad głowami widzów: byli to górale, przednia straż Włoch, wszyscy rośli, czerstwi, silni, włosy z kalabryjska strzyżone, a mundury pięknego zielonego koloru, jakby odblask tej zieleni, która ich góry pokrywa. Jeszcze szli, kiedy szmer przebiegł między tłumem i ukazali się bersalierzy, dawny XII batalion, ten który pierwszy do Rzymu wszedł przez wyłom „Porta Pia“. Śniadzi, zwinni, szybcy, z rozwianymi piuropuszami przeszli jak fala czarnego strumienia, pod ostrym głosem trąb, które zdawały się radosnym krzykiem napełniać plac cały.
Ale fanfara ich pokrytą została głuchym, przerywanym tętentem zbliżającej się artylerii, polowej. I wnet się ukazali siedzący na wysokich jaszczach, ciągnionych przez trzysta par przepysznych koni, dzielni żołnierze z żółtymi sznurami przez pierś i długie armaty z brązu i ze stali, błyszczące na lekkich półwoziach, które podskakiwały grzmiąc po bruku tak, że ziemia się trzęsła pod nimi.
A po nich, zwolna, poważnie wspaniała w swoim spracowanym i twardym wyglądzie, ze swymi rosłymi żołnierzami, ze swymi potężnymi mułami ukazała się artyleria górska, która niesie klęskę i śmierć aż na szczyty, gdzie tylko stopa ludzka dotrzeć może.
Nakoniec, galopem, z hełmami w słońcu iskrząc od srebra i złota, z lancami wzniesionymi, napełniając powietrze brzękiem i tętentem, przeleciał piękny regiment kawalerii genueńskiej, która walczyła i zwyciężała na dziesięciu polach bitwy od Santa Lucia aż do Villafranca.
— Ach, jakiż to piękny widok! — wykrzyknąłem.
Ale ojciec mój spojrzał na mnie jakby z wyrzutem i rzekł:
— Nie należy patrzeć na wojsko jak na piękny widok. Cała ta młodzież, wszyscy ci ludzie pełni sił i nadziei mogą być z dnia na dzień powołani do obrony kraju i w kilka godzin śmierć ponieść od kuli.
Więc kiedy przy uroczystości podobnej słyszysz okrzyki: — Niech żyją Włochy! Niech żyją żołnierze! — przedstaw sobie, poza tymi regimentami defilującymi w paradzie — wielkie pobojowisko, pełne trupów i krwią ociekające... A wtedy to: Niech żyje, wybuchnie goręcej z głębi twego serca, a obraz Włoch, obraz ojczyzny, za którą tysiące umiera, ukaże ci się większy i surowszy.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Edmondo De Amicis i tłumacza: Maria Konopnicka.