Strona:PL Schulz - Sanatorium pod klepsydrą.djvu/178: Różnice pomiędzy wersjami

(przestawienie grafiki poza akapit)
Status stronyStatus strony
-
Przepisana
+
Skorygowana
Treść strony (załączany fragment):Treść strony (załączany fragment):
Linia 1: Linia 1:
 
{{pk|porzu|ciwszy}} swą ziemską powłokę, spowiadała się gdzieś na odległym brzegu ze swej egzystencji uroczystym wyliczaniem swych minut.<br>
 
{{pk|porzu|ciwszy}} swą ziemską powłokę, spowiadała się gdzieś na odległym brzegu ze swej egzystencji uroczystym wyliczaniem swych minut.<br>
 
{{tab}}Drugiego łóżka nie było. Od okna ciągnęło przenikliwe zimno. Piec był nieopalony.<br>
 
{{tab}}Drugiego łóżka nie było. Od okna ciągnęło przenikliwe zimno. Piec był nieopalony.<br>
{{tab}}Nie zdają się tu zbytnio troszczyć o pacjentów — myślałem sobie. Tak chory człowiek wydany na pastwę przeciągów! I nikt chyba tu nie sprząta. Gruba warstwa kurzu zalegała podłogę, pokrywała szafkę nocną z lekarstwami i ze szklanką wystygłej kawy. Na bufecie leżą stosy ciastek, a pacjentom dają czystą czarną kawę, zamiast czegoś posilnego! Ale wobec dobrodziejstw cofniętego czasu, jest to naturalnie drobnostką. Rozebrałem się powoli i wsunąłem się do łóżka ojca. Nie obudził się. Chrapanie jego tylko, widocznie za wysoko już spiętrzone, zeszło o oktawę niżej, rezygnując z górnolotności swej deklamacji. Stało się niejako prywatnym chrapaniem, na własny użytek. Obcisnąłem dookoła ojca pierzynę, chroniąc go, ile możności od wiejącego z okna przeciągu. Wkrótce zasnąłem obok niego.<br>
+
{{tab}}Nie zdają się tu zbytnio troszczyć o pacjentów — myślałem sobie. Tak chory człowiek wydany na pastwę przeciągów! I nikt chyba tu nie sprząta. Gruba warstwa kurzu zalegała podłogę, pokrywała szafkę nocną z lekarstwami i ze szklanką wystygłej kawy. Na bufecie leżą stosy ciastek, a pacjentom dają czystą czarną kawę, zamiast czegoś posilnego! Ale wobec dobrodziejstw cofniętego czasu, jest to naturalnie drobnostką.<br>
  +
{{tab}}Rozebrałem się powoli i wsunąłem się do łóżka ojca. Nie obudził się. Chrapanie jego tylko, widocznie za wysoko już spiętrzone, zeszło o oktawę niżej, rezygnując z górnolotności swej deklamacji. Stało się niejako prywatnym chrapaniem, na własny użytek. Obcisnąłem dookoła ojca pierzynę, chroniąc go, ile możności od wiejącego z okna przeciągu. Wkrótce zasnąłem obok niego.<br>
 
<br>
 
<br>
 
{{c|II|w=120%|po=20px}}
 
{{c|II|w=120%|po=20px}}