Dyskusja indeksu:Lucy Maud Montgomery - Rilla ze Złotego Brzegu.djvu: Różnice pomiędzy wersjami

---
(+OCR)
 
(---)
 
{{c|ROZDZIAŁ 1.|w=110%|po=20px}}
{{c|„WIADOMOŚCI“ Z GLEN I INNE SPRAWY.|w=120%|po=20px}}
{{tab}}Było cieple, nasiąknięte zlotem, przyjemne popołudnie. W obszernej bawialni na Złotym Brzegu siedziała Zuzanna Baker, tonąc w aureoli własnego zadowolenia. Była już czwarta po południu i Zuzanna. która pracowała zazwyczaj intensywnie od szóstej rano, uważała, że zasłużyła na godzinkę odpoczynku i ploteczek. Była w danej chwili najzupełniej szczęśliwa, bo nawet w kuchni dzisiaj wszystko szło, jak z płatka. Dr. Jekylil nie był Mr. Hy — de‘m i nie grał na jej nerwach, a z miejsca, na kté — rem obecnie siedziała, mogła ze swobodą obserwować przedmiot swej najwyższej dumy, mianowicie gazon peonij, własne arcydzieło, kwitnących, jak żadne peonje w Glen St. Mary nigdy nie kwitły. Były tam peonje purpurowe, srebrzyste i białe, jak zimowy czyściutki śnieg.<br>
{{tab}}’ Zuzanna miała na sobie nową czarną jedwabną bluzkę, jakiej nawet pani Marszałkowa Elliott nigdy nie nosiła, i biały, nakrochmalony fartuch pięknie związany skrzyżowanemi taśmami szerokości pięciu cali. Fartuchy takie też nieczęsto się widzi. Nic dziwnego, że Zuzanna posiadała samopoczucie dobrze ubranej kobiety i ze spokojem poczęła przeglądać numer..Codziennych Przedsięwzięć“ zabiera<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}jąc się do uważnego odczytania „Wiadomości“ z Glen, które, jak właśnie objaśniła ją panna Kornelja, zajmowały dzisiaj pół kolumny i wspomniano w nich prawie o każdym mieszkańcu Złotego Brzegu. Na tytułowej stronicy „Przedsięwzięć“ widniał wielki nagłówek artykułu o tem, że jakiś Arcyksiążę Ferdynand, czy ktoś tam, został zamordowany w miejscowości noszącej śmieszną nazwę Sarajewo. Lecz Zuzanna nie interesowała się tak mało waźnemi sprawami, lubiła coś istotnie życiowego. O, tutaj były „Notatki z Glen St. Mary“. Zuzanna poprawiła się na krześle i poczęła odczytywać jedną wiadomość po drugiej na głos, jakby pragnąc wydobyć z tego jak najwięcej zadowolenia.<br>
{{tab}}Pani Blythe i gość jej, panna Kornelja (niestety, pani Marszałkowa Elliott), gawędziły wpobliżu otwartych drzwi prowadzących na werandę poprzez które wnikało chłodne rozkoszne powietrze, przynosząc z ogrodu won rozkwitłych kwiatów i echo wesołych głosów od strony winnej altanki, gdzie znajdowali się Rilla, panna Oliver i Władzio, prowadząc ożywioną rozmowę i śmiejąc się wesoło. Gdziekolwiek była Rilla Blythe. tam musiał być serdeczny.wesoły śmiech.<br>
{{tab}}W bawialni znajdowała się jeszcze jedna żywa istota, zwinięta w kłębek na kanapie, która posiadała bardzo silną indywidualność i prawdopodobnie była jedyną żywą istotą, której Zuzanna niecierpiała.<br>
{{tab}}Wszystkie koty są tajemnicze, lecz „Dr. Jekyll i ME Hyde“ (w skróceniu „Doc“) był tajemniczy potrójnie. Był to kot o podwójnej osobowości, albo, jak twierdziła Zuzanna, musiał być opętany przez<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}djabla. Coś niesamowitego istniało od samego po-czątku jego egzystencji. Przed czterema laty Rilla Biythe miała ukochanego kociaka, białego jak śnieg, o czarnym ogonku, którego nazwala Jacek Mróz. Zuzanna nie lubiła Jacka Mroza, chociaż nie umiała nigdy tej swojej niechęci uzasadnić.<br>
{{tab}}— Proszę mi wierzyć na słowo, pani doktoro-wo, — mawiała zazwyczaj złowróżbnie, — że z tego kota nic dobrego nie będzie.<br>
{{tab}}— Ale dlaczego Zuzanna tak sądzi? — pytała niejednokrotnie pani Blytihe.<br>
{{tab}}— Nie sądzę, tylko wiem, — brzmiała odpo-wiedź Zuzanny pełna gwarancji.<br>
{{tab}}Co do innych mieszkańców Złotego Brzegu, to Jacek Mróz był ich faworytem: bardzo czysty i dobrze wychowany, przytem nie pozwolił nigdy, aby na jego białern futerku była choć najdrobniejsza plamka. Posiadał niezwykle miły sposób mruczenia i łaszenia się, jednem słowem potrafił zaskarbić sobie serca wszystkich.<br>
{{tab}}I nagle nieoczekiwana tragedja zawisła nad Złotym Brzegiem. Jacek Mróz miał kocięta!<br>
{{tab}}Trudno byłoby opisać szalony triumf Zuzanny. Czyż nie mówiła zawsze, że przyjdzie dzień, kiedy kot okaże się całkiem czemś Innem? Teraz wreszcie wszyscy się sami przekonali!<br>
{{tab}}Rilla zatrzymała jedno z kociąt, bardzo ładne, o burem futerku, przecinanem pomarańczowemi pręgami, i o dużych atłasowych, złocistych uszkach. Nazwala kociaka Złotko i imię to zdawało się pasować najzupełniej do małego(figlarnego stworzonka, które w zaraniu swej młodości nie zdradzało się ni<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}gdy, że posiada ponure i mściwe usposobiene. Zu-zanna oczywiście ostrzegła całą rodzinę, że niczego dobrego nie można się spodziewać po potomku tego diabelskiego Jacka Mroza. Lecz ostrzeżenia Zuzanny zbywano tylko śmiechem.<br>
{{tab}}Rodzina Blyth‘ów tak nawykła uważać Jacka Mroza za członka płci brzydkiej, że trudno jej było wyzbyć się tego przyzwyczajenia. To też mówiono nadal o kotce, jak o stworzeniu rodzaju męskiego, aczkolwiek stwarzało to sytuacje nader śmieszne. Goście zazwyczaj otwierali szeroko oczy, gdy Rilla mówiła: „Jack i jego kocięta“, albo zwracała się poważnie do Złotka: „Idź do matki i powiedz „mu“, żeby ci wymył futerko“.<br>
{{tab}}— To jest stanowczo nieprzyzwoite, pani dok-torowo, — mówiła Zuzanna z goryczą. Ona sama starała się pójść na kompromis, mówiąc o Jacku „ono“, albo „białe zwierzątko“. Nikt z mieszkańców’ Złotego Brzegu nie był zbytnio zrozpaczony, gdy następnej zimy „ono“ zostało otrute.<br>
{{tab}}Z biegiem czasu Złotko stało się już tak dorosłe. że nadane mu imię jakoś dziwnie nie pasowało i Władzio, który właśnie zaczytywał się książkami Stevensona, ochrzcił kota mianem „Dr. Jekyll i Mr. Hyde“. W swym nastroju Dr. Jekyll‘a kot był senny, pieszczotliwy, zadomowiony i bardzo lubił, gdy go głaskano, klepano i pieszczono. Szczególnie lubił leżeć na grzbiecie z wyciągniętą lśniącą szyją i mruczeć w sennem zadowoleniu. Mruczał zresztą prześlicznie. Jeszcze nigdy na Złotym Brzegu nie było kota, któryby tak stale i z takiem przejęciem mruczał.<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}— Jedyna rzecz, jakiej zazdroszczę kotom, to mruczenie, — mówił Dr. Blythe, przysłuchując się monotonnej melodii Doca. — Mruczenie to wyraża całą pełnię zadowolenia.<br>
{{tab}}Doc był bardzo ładny. W każdym ruchu po-siadał mnóstwo gracji, a pozy jakie przybierał były pełne godności. Gdy wyciągał swój długi puszysty ogon, siedząc na werandzie z wzrokiem utkwionym w przestrzeni, państwo Blythe dochodzili do wniosku, że nawet egipski Sfinks nie miał w swej postaci więcej tajemniczości i wspaniałego majestatu.<br>
{{tab}}Gdy napadał go nastrój Mr. Hyde‘a. co się przeważnie zdarzało przed deszczem, lub wiatrem, stawał się dzikiem stworzeniem o zmienionych oczach. Przeistoczenie to następowało zawsze nieoczekiwanie. Zeskakiwał wtedy z kanapy z niepohamowanym sykiem i wrzaskiem, gryząc i drapiąc każdego, kto usiłował go udobruchać. Sierść Doca stawała się wtedy ciemniejsza, a oczy jego połyskiwały diabelskim blaskiem. Było w nim coś, co przerażało, lecz jednocześnie zachwycało swem demonicznem pięknem. Gdy przeistoczenie następowało o zmierzchu, wszyscy mieszkańcy Złotego Brzegu uczuwali dziwny lęk. W takich razach Doc stawał się nieustra — szonem stworzeniem i tylko Riila broniła go, twierdząc, że jest „taki piękny kot-włóczęga“. Istotnie Doc w chwili szaleńczego swego nastroju lubił się włóczyć.<br>
{{tab}}Dr. Jekyll lubił świeże mleko, Mr. Hyde na mleko nawet nie patrzył i warczał ponuro nad kawałkiem mięsa. Dr» Jekyll schodził po schodach tak cicho, że nikt kroków jego nawet dosłyszeć nie mógł, krok<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}Mr, Hyde‘a był tak ciężki, jak stąpanie zmęczonego człowieka. Niekiedy wieczorami, gdy Zuzanna zostawała sama w domu, „drętwiała ze strachu“, jak twierdziła, słysząc głośne kroki Doca. Siadywał na. środku kuchni ze straszliwym wzrokiem utkwionym w jej twarzy i tak mógł siedzieć calemi godzinami. Poprostu działało to jej na nerwy, lecz napróżno biedna Zuzanna chciała go z kuchni wypędzić. Raz nawet ośmieliła się rzucić w Doca kawałkiem drzewa, lecz wówczas bestja skoczyła na nią. Zuzanna wybiegła z przestrachem i od tej pory nigdy już nie zaczynała z Mr. Hyde‘m, choć, gdy Doc popadał w nastrój Dr. JekylLa zdobywała się na tyle odwagi, aby mu dać prztyczka w nos.<br>
{{tab}}— „Przyjaciele panny Flory Meredith, Jerzy Mereditih i James Blythe“, — czytała Zuzanna, cedząc z zadowoleniem nazwiska przez zęby, — „przed kilku tygodniami wrócili do domu z Redmond. James Blythe, który otrzymał stopień naukowy w roku 1913, ukończył właśnie pierwszy kurs medycyny“.<br>
{{tab}}— Flora Meredith wyrosła na piękną dziewczynę,. — zauważyła panna Komelja, pochy’ając się nad swoją robótką filet. — Naprawdę trzeba podziwiać, jaka w tych dzieciach zaszła zmiana od chwili, gdy Rozalja West zamieszkała na plebanji. Ludzie zapomnieli prawie zupełnie ile dawniej dzieciaki przysparzały kłopotu. Aniu, kochanie, pamiętasz, jak się dawniej zachowywały? Nie przypuszczałam, aby Rozalja mogła mieć na nie taki wpływ. Jest raczej ich przyjaciółką, niż macochą. Dzieciaki pokochały ją, a Una poprostu uwielbia Rozalję. Stała snę praw<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}dziwą niewolnicą małego Bolcia, nic dziwnego zresztą. ’bo to strasznie miły dzieciak. Ale czy widziałaś kiedy, aby dziecko było tak podobne do ciotki, jak Bolcio do Heleny? Ma takie same ciemne włosy i jest tak samo uparty. Nie posiada ani odrobiny podobieństwa do Rozalji. Norman Douglas utrzymuje żartem, że bocian przynosząc Bolcia miał na myśli jego i Helenę i tytko przez omyłkę pozostawił go na plebanii.<br>
{{tab}}— Bolcio uwielbia Jima, — rzekła pani Blythe. — Gdy Jim przychodni na plebanję. Bolcio chodzi za nim, jak przywiązany mały psiak, przyglądając mu się z pod zmarszczonych czarnych brwi. Jestem pewna, że niema takiej rzeczy, którcjby dla Jima nie zrobił.<br>
{{tab}}— Czy z Jima i Flory będzie para?<br>
{{tab}}Pani Blythe uśmiechnęła się. Wiadome było wszystkim, że panna Komelja, która przed laty jeszcze tak niecierpiała mężczyzn, teraz najchętniej łączyła młode pary.<br>
{{tab}}— Są tytko dobrymi przyjaciółmi, panno Kor-nelio.<br>
{{tab}}— Dobrymi przyjaciółmi, wierzaj mi, — rzekła panna Kornelja dobitnie. — Wiem o wszystkiem. co wyprawia ta młodzież.<br>
{{tab}}— Nie wątpię, że Mary Vance stara się już o to, żeby pani wiedziała, pani marszałkowo Elliott, — wtrąciła Zuzanna znacząco. — Sądzę jednak, że wstyd mówić o małżeństwie takich dzieci.<br>
{{tab}}— Dzieci! Jim ma już dwadzieścia jeden lat. Flora dziewiętnaście, — odparła panna Komelja. —<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}Nie należy zapominać, Zuzanno, że my, stare, nie jesteśmy jedynemi dorosłemi osobami na święcie.<br>
{{tab}}Skrzywdzona Zuzanna, która nie lubiła wszel-kich docinków na temat wieku, nie z próżności, lecz z obawy, że ludzie mogą pomyśleć, iż jest już za stara do pracy, zabrała się na nowo do czytania „Wiadomości11.<br>
{{tab}}— „Karol Meredith i Shirley Blythe wrócili do domu w zeszły piątek z Akademii Królewskiej. Domyślamy się, że Karol zaangażowany zostanie do szkoły w Porcie na rok przyszły i jesteśmy pewni, że wkrótce stanie się popularnym i jednym z najzdolniejszych nauczycieli*1.<br>
{{tab}}— Skończył akademię, lecz Mr. Merediith i Ro — zalja pragną, aby jesienią jechał do Redmond, Karol jednak chce sam zarabiać na swoje dalsze wykształcenie. Dzielny z niego chłopak.<br>
{{tab}}„Władysław Blythe, który od dwóch lat był nauczycielem w Łowbridge, opuścił zajmowane stanowisko, — czytała Zuzanna. — „Podobno zamierza na jesieni wyjechać do Redmond**.<br>
{{tab}}— Czy Władzio jest już dość silny, aby wybrać się do Redmond? — zagadnęła z niepokojem panna Kornelia.<br>
{{tab}}— Sądzimy, że nabierze sił do jesieni,; — rzek — ła pani Blythe. — Wypoczynek letni na świeżem powietrzu i słońcu dobrze mu zrobi.<br>
{{tab}}— Febra jest trudną rzeczą do wyleczenia. — zauważyła panna Komelja z naciskiem, — tem bardziej. jeżeli ktoś jest tak delikatny, jak Władzio. Sądzę, że lepiejby zrobił, gdyby odłożył studja je<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}szcze na jeden rok. Ale on jest strasznie ambitny. Czy i Di i Nan także wyjeżdżają?<br>
{{tab}}— Tak. Obydwie chcą udzielać lekcyj na przyszły rok, lecz Gilbert uważa, że lepiej będzie, gdy jesienią wyjadą do Redmond.<br>
{{tab}}— Bardzo mnie to cieszy. Żywym przykładem będzie dla nich Władzio, któremu nauka przyjdzie<br>
{{tab}}bez trudu. Przypuszczam, — ciągnęła dalej panna Kornelja, zerkając na Zuzannę, — że po naganie, którą otrzymałam przed pięciu minutami, nie popełnię nietaktu twierdząc, iż Jerry Meredith robi oko do<br>
{{tab}}Nan.<br>
{{tab}}Zuzanna zdawała się nie słyszeć tej uwagi, a pani Blythe zaśmiała się znowu.<br>
{{tab}}— Mam pełne ręce roboty z tymi chłopcami i dziewczętami, nieprawdaż, droga panno Korneljo? Gdybym to wszystko brała poważnie^ głowa by mi pękła. Trudno jeszcze wiedzieć, co będzie, gdy dzieciaki dorosną. Gdy patrzę na tych diwóch moich wysokich synów, dziwię się, że to ci sami chłopcy, których kołysałam, pieściłam i śpiewałam im do snu. Czyż Jim nie był najmilszem dzieckiem w starym Wymarzonym Domku? A teraz jest już prawie dorosłym mężczyzną, zalecającym isię do panien.<br>
{{tab}}— Wszyscy się starzejemy, — westchnęła panna Kornelja.<br>
{{tab}}— Przypomina mi zawsze o starości tylko jedna rzecz, — uśmiechnęła się pani Blythe, — — a mianowicie ręka, którą złamałam, gdy Józia Payówna kazała mi przejść przez ogrodzenie Barrych na Zielo-<br>
{{tab}}13<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}nem Wzgórzu. Jeszcze do dzisiaj czuję darcie na zmianę pogody. Trudno twierdzić, że to jest reumatyzm, chociaż boli dotkliwie. Co do dzieci, to zarówno moje, jak i Mereditłfów układają plany na wesołe przepędzenie lata zanim wysiądą na studja. Wesoły z nich narodek. Wprowadzają do domu mnóstwo wesołości i serdecznego śmieohu.<br>
{{tab}}— Czy Rilla wstąpi na Akademię, jak Shirley wróci?<br>
{{tab}}— To jeszcze nie jest postanowione. Mam wra-żenie, że raczej nie. Przedewszystkiem ojciec twierdzi, że nie jest dość silna, bo zbytnio wyrośnięta na swój wiek, ja znów chciałabym choć jedno ze swych dzieci mieć przy sobie na przyszłą zimę. Z nudów musiałybyśmy z Zuzanną kłócić się chyba codziennie.<br>
{{tab}}Zuzanna uśmiechnęła się słysząc te słowa. Ba-wiła ją sama myśl, że mogłaby kłócić się z „kochaną panią doktorową“!<br>
{{tab}}— A Rilla sama, czy chce jechać? — zapytała panna Kornelja.<br>
{{tab}}— Nie. Trzeba przyznać, że jedynie Rilla nie posiada wygórowanej ambicji. Worałabym, żeby była bardziej ambitna. Wesołe przepędzenie czasu jest jej jedynym ideałem.<br>
{{tab}}— Dlaczegóżlby miało być inaczej, pani doktorowo, — zawołała Zuzanna, która nie mogła znieść, aby ktoś występował przeciw młodym mieszkańcom Złotego Brzegu. — Młoda dziewczyna powinna wesoło przepędzać czas, jabym nie była lepsza na jej miejscu. Jeszcze zdąży nauczyć-się łaciny i greki.<br>
{{tab}}14<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}dość już minęła i obecnie jest sama jedna na święcie. Miłość, która się zrodziła w jej sercu jest dla niej czemś tak nieoczekiwanem, że chwilami nie śmie w nią wierzyć. Gdy ślub musiał ulec zwłoce, wipadła w skrajną rozpacz, aczkolwiek nie było to winą Mr. Granta. Zaszły pewne komplikacje w sprawach posiadłości jego ojca, który umarł zeszłej zimy i syn nie może się ożenić, dopóki wszystko nie zostanie załatwione. Mam wrażenie jednak, że Gertruda przyjęła to za omen, uważając, że szczęście ją zawodzi.<br>
{{tab}}— Nie nafleży nigdy, pani doktorowo, liczyć zbytnio na jednego mężczyznę, — zauważyła uroczyście Zuzanna.<br>
{{tab}}— Mr. Grant jest tak samo zakochany w Ger-trudzie, jak ona w nim, Zuzanno. To nie on ją zawiódł w tym wypadku, tylko złośliwy los. Gertruda posiada w duszy dużo mistycyzmu i z tego powodu ludzie nazywają ją przesądną. Ma dziwną wiarę w sny i trudno jej to wyperswadować. Muszę przyznać, że niektóre jej sny... Ale broń Boże, żeby Gilbert miał usłyszeć, że wypowiadam takie herezje. Co takiego interesującego znalazłaś, Zuzanno?<br>
{{tab}}Zuzanna wydała głośny okrzyk.<br>
{{tab}}— Proszę posłuchać, pani doktorowo: „Mrs. Zofja Crawford opuściła swój dom w Lowbridge i zamierza zamieszkać ze swą siostrzenicą, panią A’l — ’bertową Crawford“. Przecież Zofja jest moją kuzynką, pani doktorowo. Kłóciłyśmy się zawsze, bę — bąc dziećmi, która z nas ma wziąć ze szkoły niedzielnej kartę z napisem „Bóg jest Miłością“ i od tego czasu nigdyśmy ze sobą nie rozmawiały. A te<br>
{{tab}}Rilla 2<br>
{{tab}}17<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}raz Zofja przyjeżdża tu. aby zamieszkać naprzeciw nas.<br>
{{tab}}— Powtórzycie dawne sprzeczki, Zuzanno. Chociaż uważam, że w sąsiedztwie najlepsza jest zgoda.<br>
{{tab}}— Kuzynka Zofja zawsze rozpoczynała kłótnie, więc powinna teraz pierwsza mnie przeprosić, pani doktorowo. — rzekła Zuzanna wzniosie. — Jeżeli wyciągnie rękę do zgody, to jestem o tyle dobrą ohn: iścijanką, aby tę rękę uścisnąć. Nie jest ona osobą wesołą i przez całe życie słynęła z ponurego usposobienia. Jak ją widziałam po raz ostatni, miała już twarz porządnie pooraną zmarszczkami. Strasznie rozpaczała na pogrzebie pierwszego męża, lecz w niespełna rok wyszła zamąż po raz drogi. Drugi jej mąż wypowiedział specjalne kazanie zeszłej niedzieli w naszym kościele, twierdząc, że należy kościół pięknie udekorować.<br>
{{tab}}— Przypomina mi to, że pan Pryor ogromnie nie lubi kwiatów w kościele, — wtrąciła panna Kornelja. — Zawsze mówiłam, że będą kłopoty, gdy ten człowiek przeprowadzi się tutaj z Lowbridge. Nigdy nie będzie należał do starszyzny, powinni byliśmy o tem wiedzieć, wierzajcie mi! Słyszałam, jak mówił, że jeżeli dziewczęta nada! będą „ubierały ambonę temi chwastami“. to on przestanie przycho-dzić do kościoła.<br>
{{tab}}— Kościół inaczej wyglądał nim stary „Brodacz Księżycowy„przybył do Glen i na pewno będzie wyglądał lepiej, jak on się wreszcie stąd wyniesie, — rzekła Zuzanna.<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}— Kto inu dal takie śmieszne przezwisko? — zapylała pani Blythe.<br>
{{tab}}— Chłopcy z Lowbridge zawsze go taik nazy-wali, odkąd pamiętam, pani doktorowo. Prawdopodobnie dlatego, że twarz ma okrągłą i czerwoną i stale nosi bokobrody. Nie daj Boże, aby usłyszał, że go tak nazywają. Pominąwszy jednak jego bokobrody, pani doktorowo, sam on nie posiada odrobiny rozsądku i zawsze ma jakieś głupie pomysły. Należy teraz do starszeństwa i podobno jest bardzo, >eli — gijny. Doskonale pamiętam te czaisy, pani doktorowo, jak przed dwudziestu laty pasał swoją krowę na cmentarzu w Lowbridge. Zawsze przypominam sobie o tem, ile razy wygłasza kazanie. Wszystko już wyczytałam z gazety, pozostałe wiadomości nie są ważne. Nigdy nie interesowałam się sprawami zaigranicznemi. Kto to jest ten arcyksiążę, który został zamordowany?<br>
{{tab}}— Co to nas może obchodzić? — zauważyła panna Kornelja, nie wiedząc o tem, że odpowiedź na jej pytanie los sam już przygotowuje. — W krajach Bałkańskich zawsze muszą kogoś zamordować. Taki jest normalny bieg rzeczy i naprawdę nie wiem dlaczego nasze gazety drukują takie głupstwa. „Przedsięwzięcia“ stały się za bardzo sensacyjne myśleć, że bezemnie nic powinien jeść tego, co mu Ale muszę już iść do domu. Nie. Aniu, nie zatrzymuj mnie na kolacji. Marszałek gotów byłby pomyśleć, że beze mnie nie powinien jeść tego, co mu podadzą, zresztą, jak każdy mężczyzna. Muszę już iść. Wszystkiego dobrego, Aniu, kochanie. Jak się przedstawia sprawa z kotem? Ma znowu swój<br>
{{tab}}19<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}<br>
{{tab}}<br>
{{tab}}<br>
{{tab}}napad? — Istotnie Doc w tej samej chwili skoczył pod nogi panny Kornelji, parsknął w jej stronę, poczerń wypadł przez okno.<br>
{{tab}}— O nie. Staje się tylko znowu Mr. Hyde’m, co oznacza, że będziemy mieli deszcz jeszcze w nocy. Doc jest wspaniałym barometrem.<br>
{{tab}}— Dzięki Bogu, że poszedł na włóczęgę, zamiast do mojej kuchni, — rzekła Zuzanna. — Ja także pójdę zająć się kolacją. Teraz, kiedy na Złotym Brzegu mamy tyle gości, przygotowanie kolacji nie jest rzeczą tak łatwą.<br>
{{c|ROZDZIAŁ |w=110%|po=20px}} II.<br>
{{tab}}PORANNA ROSA.<br>
{{tab}}<br>
{{tab}}<br>
{{tab}}<br>
{{tab}}<br>
{{tab}}r<br>
{{tab}}<br>
{{tab}}<br>
{{tab}}Za ogrodem okalającym dom na Złotym Brzegu pełno było małych, osłonecznionych polanek po-przedzielanych kawałkami cienistych gaików. Rilila Blythe leżała w hamaku pod wysoką sosną, Gertruda Oliver siedziała na pniu tuż przy niej, a Władek rozciągnięty w całej okazałości na trawie tonął w marzeniach o dawnych bohaterach i pięknościach ubiegłych suleci, które w umyśle jego jeszcze ciągle żyły.<br>
{{tab}}Rilla była „dzieckiem” rodziny Blythe i ciągle ją za dziecko uważano, bo nikt nie chciał uwierzyć, że powoli staje się dorosłą osobą. Miała prawie lat piętnaście i była tak wysoka, jak Di i Nan, a niemal tak piękna, za jaką ją uważała Zuzanna. Posiadała duże marzycielskie oczy, mleczno-białą cerę,<br>
{{tab}}20<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}nieco zaróżowioną na policzkach i delikatnie zary-sowane brwi, nadające całej twarzy wyraz niemego zapytania, który skłaniał ludzi, a szczególnie chłopców z jej otoczenia do dziwnej ochoty udzielania na to nieme pytanie odpowiedzi. Włosy jej były jedwabiste, wijące się, o odcienu kasztanowatym, a delikatny puszek nad górną wargą sprawiał wrażenie, jakby dobra wróżka przeciągnęła nie-chcący palcem podczas chrztu Rilli. Rilla, której najlepsi nawet przyjaciele nie zaprzeczali wrodzonej próżności, sama twierdziła, że twarz ma ładną, lecz martwiła się swą figurą i pragnęła bardzo, aby matka wreszcie pozwoliła jej nosić dłuższe suknie. Ta Rilla, która za dawnych dni. za czasów Doliny Tęczy sprawiała wrażenie tłuściutkiego pulpetu, teraz była szczupła, a może nawet ręce i nogi miała trochę za chude. Jim i Shirley dokuczali jej zawsze, nazywając ją „Pająkiem1*. Powoli j|ednak Rilla wyrastając stawała się coraz zgrabnfeisza. W ruchach jej było coś takiego, co sprawiało wrażenie. że Rilla nigdy nie chodzi, tylko zawsze tańczy. Była nieco rozpieszczona i odrobinę temi pie-szczotami zepsuta, lecz ogólnie uważano, że jest bardzo miłą dziewczyną, chociaż nie posiada tej mądrości, co Nan i Di.<br>
{{tab}}Panna <Oliver, która właśnie od tego dnia mia-ła wakacje, została zatrzymana na rok na Złotym Brzegu. Blythe‘owie przyjęli ją, aby zrobić przyjemność Riilli, która była zakochana w swej nauczycielce, i pragnęła, aby zamieszkały razem, dopóki dla panny Oliver nie znajdzie się jakiś inny pokój. Gertruda Oliver miała dwadzieścia osiem lat<br>
{{tab}}21<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}i życie pozostawiło w jej duszy ’bolesne ślady. Była to dziewczyna przystojna, o smutnych ciemnych oczach, ironicznym nieco zarysie ust i całej masie czarnych włosów, opadających jej na skronie. Nie była piękna, iecz posiadała dziwny czar i jakaś tajemnica tchnęła z jej twarzy. Rilla uważała, że Gertruda jest przecudowna. Nawet jej chwilowe nastroje. ponure nieco i cyniczne, Rilla przyjmowała z radością. Nastroje te (jednak następowały tylko wówczas, gdy panna Ohver była zmęczona. Zazwyczaj była ona niezastąpioną towarzyszką i młodzież na Złotym Brzegu zapominała o tem, że Gertruda była o tyle lat starsza. Władek i Rilla stanowili parę ulubieńców panny Oliver i darzyli ją najzupel — niejszem zaufaniem, powierzając nauczycielce najskrytsze swe tajemnice, jak również zwierzając się jej ze swych pragnień i aspiracyj. Gertruda wiedziała, że Rilla marzy o „bawieniu się“, o chodzeniu na przyjęcia i bale jak Nan i Di i o posiadaniu pięknych wieczorowych toalet, jak również całego zastępu wielbicieli! Koniecznie w liczbie mnogiej! Co do Władka, to panna Oliver wiedziała, że napisał zbiór sonetów „Do Rozalii“, to znaczy do Flory Meredith i że poza tem pragnie otrzymać katedrę profesorską literatury angielskiej w jakiejś wyższej uczelni. Znała panna Gertruda jego namiętne uwielbianie piękna i nienawiść wszystkiego, co brzydkie, znała jego dążenia i słabostki.<br>
{{tab}}Władek, jak zwykle był najładniejszy z pośród chłopców Złotego Brzegu. Panna Oliver z przyjemnością nań patrzyła, myśląc w duszy, że chciałaby bardzo mieć takiego syna. Puszyste czarne vłosy,<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}błyszczące szare oczy i delikatne rysy twarzy. Poeta w każdym calu! Zbiór sonetów byt istotnie rzeczą śmiałą i można go było uważać za arcydzieło, zważywszy, że sonety te napisał dwudziestoletni chłopak. Panna Oliver nie była znawczynią poezji, lecz zdawała sobie sprawę, że Władek Blythe posiada nieprzeciętny talent.<br>
{{tab}}Riilla kochała Władka całem sercem. Nie doku-czał on jej nigdy, jak to zwykle czynili Jim i Shir — ley. Nigdy nie nazywał jej „Pająkiem“. Przydomek, jaki wymyślił dla niej był „Rilla ma Rilla“, pochodzący z prawdziwego jej imienia Marilla. Imię to otrzymała w spadku po ciotce Maryli z Zielonego Wzgórza, lecz ciotka Maryla umarła jeszcze wówczas, gdy Rilla była bardzo mała i nie znała jej dobrze, Rilla zaś twierdziła, że nadane jej imię jest strasznie staromodne i przesadne. Dlaczego naprzy — kład nie nazwali jej Berta, co było takie piękne i pełne godności, zamiast tego głupiego „Rilla“? Nie.ziwracała uwagi na przydomek Władka, lecz nikt oprócz niego i panny Oliver nie mógł jej tak nazywać. „Rilla ma Rilila“ w ustach Władka brzmiało jakoś dziwnie melodyjnie, jak szmer wody w górskim strumieniu. Zwierzała się pannie Oliver, że gotowa jest nawet umrzeć za Władka, gdyby to dla jego dobra było potrzebne. Rilla lubiła ploteczki, jak zresztą wszystkie dziewczęta w jej wieku, a największą goryczą przejmowała ją świadomość, że Władek opowiada więcej swych sekretów Di, niż jej.<br>
{{tab}}— Uważa, że nie jestem jeszcze dość dorosła, alby ozumieć, — skarżyła się pewnego razu do<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}panny Gertrudy. — Ale ja doskonale rozumiem! Nigdy nie pisnęłabym przed nikim ani słowa, nawet pani bym nie powiedziała. Mogę opowiadać pani o swoich sprawach, ale jego tajemnic nie zdradzę. Ja mu mówię o wszystkiem, nawet pokazywałam mu swój pamiętnik. Strasznie mnie boli, jak Władek milczy przede mną. Chociaż poezje swoje pokazuje mi zawsze i uważam, że są nadzwyczajne. Żyję ciągle nadzieją, że kiedyś będę tem dla Władka, czem była Dorota dla swego brata Wordswortha. Wordsworth nigdy nie pisał takich poezyj, jak Władzio, Tennyson także.<br>
{{tab}}— Tegobym nie powiedziała. Obydwaj napisali całe mnóstwo utworów, — rzekła panna Oliver sucho, a widząc niemy wyrzut w oczach Rilli, dorzuciła pośpiesznie: — Ale jestem pewna, że Władek będzie wielkim poetą, może nawet najsławniejszym w Kanadzie, a ty, gdy dorośniesz, z pewnością staniesz się jego zaufaną przyjaciółką.<br>
{{tab}}— Jak leżał w szpitalu na febrę w zeszłym roku, poprostu szalałam z rozpaczy, — westchnęła Rilla z powagą. — Nie chcieli mi powiedzieć, jaki jest jego stan zdrowia, dopóki nie wyzdrowiał. Całe szczęście, że nie wiedziałam, bo umarłabym Jiy — ba ze zmartwienia. Codziennie przed spaniem mu — siałarn się wypłakać. Ale czasami, — dorzuciła z goryczą (lubiła mówić z goryczą imitując ton panny Oliver), — czasami mam wrażenie, że Władek więcej dba o psa Wtorka, niż o mnie.<br>
{{tab}}Wtorek był jednym z psów na Złotym Brzegu, a otrzymał to imię dlatego, że przybył na Złoty Brzeg we wtorek, a w owym dniu właśnie Władek<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}kończył czytać Robinsona Crusoe. Wtorek właści-wie był własnością Jima, lecz przywiązany był również bardzo do Władka. Zazwyczaj lubił leżeć przy nim z nosem wsuniętym pod pachę Władzia, poruszając radośnie ogonem ilekroć Władek go pogłaskał. Wtorek nie był ani szkockim owczarkiem, ani też setterem, ani pudlem. Był sobi takim, jak mówił Jim „prostym kundlem”, bardzo prostym, dodawali złośliwi ludzie. Istotnie. Wtorek nie miał wspaniałego wyglądu. Czarne laty biegły przez żółty grzbiet i jedna z nich zachodziła aż na oko. Uszy miał postrzępione dziwnie, bo trzeba wyjaśnić, że Wtorek niezaiwsze wychodził zwycięsko ze spraw honorowych. Posiadał on jednak wielką zaletę. Zdawał sobie sprawę, że nie wszystkie psy mogą być piękne, mądre, czy bohaterskie, lecz wiedział dokładnie, że każdy pies może kochać. Wiedział, że od czasu, jak psy istnieją na świecie, w piersi każdego z nich bije oddane i pełne wierności serce. W brónzowych oczach Wtorka odzwierciadlała się głębia jego psiej duszy, posiadania której niektórzy ludzie psom od — mawiająJWszyscy na Złotym Brzegu lubili Wtorka, nawet Zuzanna, aczkolwiek Wtorek niejednokrotnie narażał się pannie Baker, wsuwając się do jej pokoju i lokując wygodnie na jej łóżku.<br>
{{tab}}Riilia tego popołudnia nie była w nastroju do ja-kichkolwiek sprzeczek.<br>
{{tab}}— Czyż czerwiec nie jest cudownym miesiącem? — zagadnęła spoglądając sennie na srebrne obłoki zawieszone ponad Doliną Tęczy. — Mamy takie baj-kowe czasy i taką cudowną pogodę. Jednem słowem cudownie jest pod każdym względem.<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}— Ja się trochę inaczej zapatruję, — rzekla pan-na 01iver z westchnieniem. — Uważam to za coś złowróżbnego. Dobro jest darem bogów, pewien rodzaj wynagrodzenia za to, co ma nastąpić. Tak często już się z tem stykałam, że nie przejmu ę się, gdy ludzie mówią, że im jest dobrze. Mimo;O jednak czerwiec naprawdę był cudowny.<br>
{{tab}}— Oczywiście nie był bardzo podniecający, — rzekła RiJla. — Jedyną sensacją, jaką mieliśmy w Glen Oid lat wielu było zemdlenie panny Mead w kościele. Czasami chciałabym, aby nastąpiło coś dramatycznego, coś, o czem długo można myśleć.<br>
{{tab}}— Lepiej nie życz sobie tego. Dramaty zazwyczaj mają pewną gorycz w sobie. Będziecie mieli piękne i wesołe lato! A ja będę się nudzić w Lowbridge!<br>
{{tab}}— Często będzie pani stamtąd wyjeżdżać, nie-prawdaż? Zapowiada się kilka zabaw tego lata, chociaż przypuszczam, że w tem nie będę brała u — działu. jak zwykle. Czyż to nie jest str — szne, że ciągle uważają mnie za małą dziewczynkę?<br>
{{tab}}— Zdążysz jeszcze być dorosłą, Rillo. Niech lepiej dzieciństwo twoje trwa jak najdłużej. I tak zbyt szybko ono mija. Wkrótce zakosztujesz życia aż do przesytu.<br>
{{tab}}— Zakosztuję życia! Jabym chciała je pochła-niać, — zawołała Rilla ze śmiechem. — Pragnęłabym wszystkiego, wszystkiego, co tylko dziewczyna posiąść może. W przyszłym miesiącu skończę piętnaście lat i wtedy nikt już chyba nie powie, że jestem dzieckiem. Słyszałam kiedyś, że lata między piętnastym i osiemnastym rokiem są najlepszemi latami<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}w życiu dziewcząt. Postaram się, aby te kilka lat przepędzić jak najlepiej, tylko na zabawie.<br>
{{tab}}— Niema sensu myśleć o tem, co będziesz robić; plany rzadko kiedy się urzeczywistniają.<br>
{{tab}}— Ale nie plany zabaw, zaprotestowała Ril-la.<br>
{{tab}}— O niczem nie myślisz, tylko o zabawach, gluptasjku, — rzekła panna Oliver pobłażliwie. — Zresztą cóż to znaczy piętnaście lat? Zamierzasz wstąpić do jakiejś szkoły tej jesieni?<br>
{{tab}}— Nie, ani w tym roku, ani w żadnym. Popro — stu nie mam ochoty — Nigdy nie interesowałam się temi wszystkiemi logjami i izmami, za którem tak szaleją Nan i Di. Już pięcioro z nas studjuje, uważam, że wystarczy. Jedna osoba w rodzinie może być nieukiem. Nieph sobie już ja tym nieukiem będę, bylebym była ładna, powabna i miała powodzenie. Nie chcę być mądra. Nie posiadam żadnego talentu i niema pani pojęcia, jak mi z tem wygodnie, ’bo nikt o — e mnie zbyt wiele nie wymaga. Nie mam również najtnniejszego pociągu do gospodarstwa, czy gotowania. Nie lubię szyć i ścierać kurzu, a nawet Zuzanna nie może mnie nauczyć pieczenia małych ciasteczek. Ojciec powiada, że ani nie pracuję, ani nie przędę, dlatego też jestem nietykalną lilią w rodzinie, — kończyła Ri’Ia, śmiejąc się głośno.<br>
{{tab}}Jesteś zbyt młoda, aby już zakończyć swą edukację, Rillo.<br>
{{tab}}— Och, mama przejdzie ze mną kurs czytania na przyszłą zimę. Książkami dopełnię swe wykształcenie, a na szczęście lubię czytać. Proszę nie patrzeć na mnie tak nieprzyjemnie i z takiem rozcza<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}rowaniem. moja najdroższa. Nie mogę być trzeźwa i rozsądna, kiedy wszystko jest takie jasne i tęczowe. Na przyszły miesiąc skończę piętnaście, na przyszły rok szesnaście, a za dwa lata siedemnaście. Czy może być coś bardziej czarującego?<br>
{{tab}}— Lekkoduch, — rzekła Gertruda Oliver napoi ze śmiechem, napół z powagą. — Lekkoduch z ciebie, Rillo ma Rillo.<br>
{{tab}}t<br>
{{c|ROZDZIAŁ |w=110%|po=20px}} 111.<br>
{{tab}}W POŚWIACIE KSIĘŻYCA.<br>
{{tab}}Riilla, która zawsze nawet we śnie się uśmie-chała. ziewnęła teraz, przeciągnęła się i uśmiechnęła do Gertrudy Oliver. Panna Oliver przyjechała poprzedniego dnia z Lowbridge i pozostała tu. aby wybrać się na zabawę, zapowiedzianą na dzień następny w świetlicy przystani Czterech Wiatrów.<br>
{{tab}}— Nowy dzień puka do naszego okna. Ciekawa jestem, co nam z sobą przyniesie.<br>
{{tab}}Panna Oliver lekko zadrżała. Nigdy nie witała dnia z takim entuzjazmem, jak to czyniła Rilla. Życie przekonało ją, że każdy dzień może przynieść najbardziej nieoczekiwane i najokropniejsze rzeczy.<br>
{{tab}}— Mam wrażenie, że najprzyjemniejszą rzeczą następujących dni jest nieświadomość tego, co przyniosą, — ciągnęła dalej Rilla. — Przyjemnie jest obudzić się w taki cudowny złocisty poranek i być ciekawym, jaką to niespodziankę dzień nam zgotuje. Zazwyczaj myślę o tem przez dziesięć minut, nim<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}wstanę, imaginując sobie najpiękniejsze rzeczy, któ-re mogą się zdarzyć przed nocą-<br>
{{tab}}— Lękam się, że coś bardzo nieoczekiwanego dzisiaj nas czeka, — rzekła Gertruda. — Mam wrażenie, że poczta przyniesie nant wiadomości o wojnie między Niemcami i Francją.<br>
{{tab}}— O... tak, — rzekła RilJa niepewnie. — To byłoby straszne. Ale właściwie nas ta sprawa nie dotyczy, prawda? Sądzę, że wojna byłaby prawdziwą sensacją. Panno Gertrudo, czy mam włożyć dziś wieczór białą suknię, czy tę nową zieloną? Zielona jest o wiele ładniejsza, oczywiście, ale boję się ją włożyć na takie tańce, ibo jeszcze mi się zniszczy. A uczesze mnie pani jakoś inaczej? Wszyst — kie dziewczęta w Glen czeszą się strasznie po staroświecku. więc moje uczesanie wywoła pewną sensację.<br>
{{tab}}A Jakim sposobem przekonałaś mamę, żeby ci<br>
{{tab}}pozwoliła iść na zabawę?<br>
{{tab}}— O, Władek ją przekonywał. Wiedział, że bę-dę zrozpaczona, jak nie pójdę. To jest właściwie ''mój pierwszy dorosły występ, panno Gertrudo, i już od tygodnia nie spałam myśląc wciąż o tem. Jak dzisiaj rano zobaczyłam słońce, to o mało nie fiknęłam koziołka z radości. Przecież to byłoby straszne, gdyby deszcz padał — Myślę jednak, że włożę tę zieloną suknię, zaryzykuję. Chcę wyglądać najładniej ze wszystkich panien, zresztą ona jest nieco dłuższa od białej. Włożę także moje srebrne pantofelki. Pani Ford przysłała mi je na gwiazdkę i do tej pory nie miałam okazji ich nosić. Prześliczne są. O, panno Gertrudo, mam nadzie ję, że jacyś chłopcy zaproszą<br>
{{tab}}29<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}mnie do tańca. Naprawdę umarłabym z rozpaczy, gdyby niikt mnie nie zaprosił i gdybym musiała przez cały wieczór stać pod ścianą. Oczywiście Karo! i Jerzy nie mogą tańczyć, bo są synami pastora, więc nawet na nich liczyć nie mogę.<br>
{{tab}}— Będziesz miała mnóstwo partnerów, wszyscy chłopcy z Portu przyjdą — Będzie na pewno więcej chłopców, niż dziewcząt.<br>
{{tab}}— Strasznie się cieszę, że nie jestem córką pastora. — zaśmiała się Rilla. — Biedna F’ora musi się wściekać, że nie będzie mogła tańczyć dzisiaj, bo Una nie dba o to — Ona nigdy nie przepadała za tańcem. Ktoś powiedział Florze, że te panny, które tańczyć nie będą, będą miały dość dużo roboty w kuchni. Powinna pani widzieć jej minę! Na pewno iwiększą część wieczoru przesiedzą z Jii lem na skałach. Wie pani, że mamy wszyscy iść pieszo. ’ aż do małego strumyka w pobliżu Wy nu zonego z Domku, a potem popłyniemy łodziami do lata tli morskiej. Czyż to nie będzie boskie?<br>
{{tab}}Gdy miałam lat piętnaście, tak samć wypo-wiadałam się zawsze w superlatywach, — zar ważyła — panna Oliver z przekąsem. — Myślę, że zab;, va zapowiada się przyjemnie dla młodzieży, bo ji. osobiście przygotowana jestem na nudy. Żaden tych chłopców nie będzie chciał tańczyć ze starą panną. Może Jim i Władek zatańczą ze mną raz dla przy-zwoitości. Nie będę miała nawet z kim. porozmawiać. To też nie dziw się. że nie mówię o zabawie z takim entuzjazmem, jak ty.<br>
{{tab}}— A czy pani źle się bawiła na swoim pierwszym balu, panno Gertrudo?<br>
{{tab}}50<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}— Przypominam sobie, że okropnie. Byłam onieśmielona i nikt nie poprosił mnie do tańca z wyjątkiem jednego chłopca, który był jeszcze bardziej nieśmiały ode mnie. Za tę nieśmiałość znienawidziłam go i prawdopodobnie dlatego drugi raz już mnie nie poprosił. Ja nie. miałam prawdziwego dzieciństwa, Riłlo. Wielka to strata w życiu i dlatego też chcialabyrn, abyś ty miała piękną i szczęśliwą młodość. Mam nadzieję, że pierwsza twoja zabawa będzie czetrjś takiem, co wspominać będziesz z przy-jemnością przez cale życie.<br>
{{tab}}— Wczoraj śniło mi się, że byłam na balu i nagle zauważyłam, że jestem w szlafroku i w rannych pantoflach* — westchnęła Rilla. — Obudziłam się z przerażeniem.<br>
{{tab}}— P zypomina mi się mój straszny sen, — szep-nęła pan.ia Oliver w zamyśleniu. — Był to jeden z tych s’ >w, które miewam często. Są one tak wyraźne, j: i rzeczywistość.<br>
{{tab}}— ico się pani śniło?<br>
{{tab}}— : talam na stopniach werandy tutaj, na Złotym Br. jgu, spoglądając na dalekie pola Glen. Nagle w c dali ujrzałam długą srebrzystąfpołyskującą falę poi ywającą pola. Fala ta zbliżała się z każdą chwilą“ ak fala morska, która czasami zalewa wybrzeże. Po pewnym czasie całe Glen zostało przez nią pochłonięte. Pomyślałam: „Chyba fale te nie zbliżą się do Złotego Brzegu1, ale one szły bliżej i bliżej, tak szybko, że nim się zdołałam spostrzec, były już u moich stóp i wszystko zabrały... nie było nic oprócz wzburzonej wody w miejscu, gdzie dawniej było Glen. Chciałam się x tej wody wydostać,<br>
{{tab}}31<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}lecz nagle dostrzegłam, że brzeg mojej sukni jest splamiony krwią-.. Obudziłam się z drżeniem. Nie tabię takich snów. Sen ten był jakimś przykrym znakiem. Takie wyraźne sny zazwyczaj mi się sprawdzają.<br>
{{tab}}— To chyba nie znaczy, że nadejdzie jakaś burza ze wschodu i dzięki niej bal się nie odbędzie, — mruknęła Rilla z zaniepokojeniem.<br>
{{tab}}— Niepoprawna piętnastolatka! — zawołała panna O’liver sucho. — Nie, Rillo ma Rillo, nie sądzę, aby groziło aż takie niebezpieczeństwo.<br>
{{tab}}Na Złotym Brzegu od kiilku dni panowała atmo-sfera naprężonego wyczekiwania. Tylko Rilla zajęta własnym życiem, nie zdawała sobie z tego sprawy. Doktór Blythe ponuro spoglądał z ponad gazety, prawie nic nie mówiąc. Jim i Władzię interesowali się ogromnie nowinami, które gazety przynosiły. Jim z podnieceniem odszukał Władzia tego wieczoru.<br>
{{tab}}— Chłepcze, Niemcy wypowiedziały wojnę Francji. To znaczy, że Anglja też będzie wojować prawdopodobnie, a jeżeli tak, to dawny twój wyimaginowany Srokaty Kobziarz zjawi się wreszcie.<br>
{{tab}}— To nie była wcale imaginacja, — odparł spo-kojnie Władek — Było to raczej przeczucie... wizja... Jim. ja naprawdę widziałem go przez chwilę tego wieczoru przed laty. Myślisz, że Anglja będzie wojować?,<br>
{{tab}}— Wówczas wszyscy pójdziemy na pomoc, — zawołał Jim wesoło. — i-Nie pozwolimy chyba, aby „stara siwa matka północnych mórz’4 walczyła sama. nieprawdaż? T$ nie będziesz mógł pójść, bo<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}po tej febrze jeszcze nie przyszedłeś do siebie. Wstydzisz się, co?<br>
{{tab}}Władek nie odpowiedział, czy mu wstyd, czy nie, spoglądał tylko w milczeniu w przestrzeń, ciągnącą się ponad połami Glen, aż po błękitną przystań.<br>
{{tab}}— Jesteśmy wilczętami... musimy szykować zęby i gryźć, gdy wróg zawadzi o naszą rodzinną ziemię, — ciągnął wesoło Jim, targając swe złote włosy drobną opa’oną dłonią, dłonią urodzonego chirurga, jak mawiał często ojciec. — Co za przygody będą! Przypuszczam, że Grey, czy któryś z tych sprytnych, starych przyjaciół zdecydują się w ciągu dwunastu godzin. Wstyd byłby, żeby mieli zostawić Francję w klopotliwem położeniu. Ale myślę, że już najwyższa pora wyruszyć na tę zabawę do latami.<br>
{{tab}}Wyszedł, gwiżdżąc „Stu kobziarzy i ja“, a Wła-dek stal przez dłuższy czas oniemiały na miejscu. Na czole jego uwidoczniła się głęboka zmarszczka — Wszystko to nastąpiło z szybkością gromu. Jeszcze kilka dni temu nikt nie pomyślałby o czemś podob — nem. 1 teraz nie należało myśleć. Jakieś wyjście się znajdzie. Wojna była straszną, obrzydliwą rzeczą, zbyt straszną i zbyt ohydną, aby mogła się zdarzyć w dwudziestym wieku między cywilizowane — mi narodami. Sama myśl o tein była ohydna w porównaniu z pięknem życia. Władek nie będzie my — ślał o wojnie, stanowczo wyrzuci ją z pamięci. Jakie piękne było Glen w swej sierpniowej dojrzałości z łańcuchem cienistych, starych zaścianków, szmaragdowych łąk i kwiecistych ogrodów. Niebo w bla<br>
{{tab}}Rilln 3<br>
{{tab}}33<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}sku zachodzącego słońca było, jak wielka zzlocista perła. Na horyzoncie ponad przystanią srebrzyło się wschodzącym księżycem. Powietrze przesiąknięte było cichutkiemu szmerami, senny gwizd raszki, cudowny, ponury, miękki podmuch wiatru w gałęziach drzew, to wszystko mieszało się z wesołym śmiechem, dochodzącym z okien pokojów, w których dziewczęta ubierały się na zabawę. Świat pogrążył się w oszalałym cudzie dźwięku i barwy. Władek tylko o tem będzie myślał i o tej głębokiej, subtelnej radości, która mu to wszystko daje.<br>
{{tab}}— W każdym razie nikt nie przypuszcza, że pójdę, — przebiegło mu przez myśl. — Jak powiedział Jim — febra odbiera człowiekowi siły.<br>
{{tab}}Rilla wychyliła się przez okno swego pokoju, ubrana na zabawę. Żółty bratek wysunął się z jej włosów i padł na trawę, niby złocista spadająca gwiazda. Chciała go podnieść, lecz pomyślała, że nie warto, bo przecież panna Oliver całe mnóstwo bratków wpięła w jej włosy.<br>
{{tab}}— Tak chłodniutko, jakże przyjemnie! Będziemy mieli piękną noc. Wie pani, panno Gertrudo, zdaje mi się, że słyszę te stare dzwoneczki w Dolinie Tęczy. Wiszą one już tam od dziesięciu lat.<br>
{{tab}}— Dźwięk ich pod wpływem wiatru przypomina mi ową muzykę, którą Adam i Ewa słyszeli w „U — traconym Raju Miltona1’, — odparła panna Oliver.<br>
{{tab}}— Świetnie bawiliśmy się w Dolinie Tęczy, gdy byliśmy jeszcze dziećmi, — zauważyła Rilla sennie.<br>
{{tab}}Obecnie nikt już w Dolinie Tęczy się nie bawił. Cisza tam panowała zupełna w pogodne letnie wieczory. W’ładek lubił tam czytać czasami. Jim i Flo<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}ra omijali ją zazwyczaj, a Jerzy i Nan zapomnieli o niej zupełnie. Rilla tylko czasami zachodziła do doliny, snując swe dziewczęce marzenia.<br>
{{tab}}Muszę jeszcze przed wyjściem wipaść do kuchni i pokazać się Zuzannie. Nigdyby mi nie wybaczyła, gdybym o niej zapomniała.<br>
{{tab}}Rilla pobiegła do zacisznej kuchni na Złotym Brzegu, gdzie Zuzanna zajęta była prozaicznem cerowaniem pończoch. Chciała starą piastunkę oczarować swym wyglądem. Miała na sobie zieloną sukienkę, przybraną różowemi wianuszkami ze stokrotek, na nogach jedwabne pończoszki i srebrne pantofelki. We włosy wpięła jej panna Oliver złociste bratki, które opadały aż na szyję — Była tak piękna, młoda i powabna, że nawet kuzynka, Zofja Crawford, nie mogła powściągnąć swego zachwytu, a trzeba wiedzieć, że kuzynka Zofja Crawford rzadko kiedy zachwycała się czemśkolwiek. Kuzynka Zofja pogodziła się z Zuzanną, albo też może starały s’ę nie pamiętać o dawnych swych nieporozumieniach od chwili, gdy pani Crawford zamieszkała w Glen i przychodziła często wieczorami w odwiedziny do sąsiedztwa. Zuzanna niezawsze witała ją z radością, bo kuzynka Zofja nie zaliczała się do najsympatyczniejszych towarzyszek.<br>
{{tab}}— Niektóre wizyty są wizytami, a niektóre odwiedzinami, pani doktorowo, — powiedziała raz Zuzanna, pragnąc zaznaczyć, że wizyty kuzynki Zofji są tytko oficjalnemi odwiedzinami.<br>
{{tab}}Kuzynka Zofja miała podłużną, bladą, pomar-szczoną twarz, długi, cienki nos, długie(cienkie wargi i bardzo długie, chude, białe ręce, zazwyczaj skrzy<br>
{{tab}}35<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}żowane z rezygnacją na chudym biuście. Wszystko co było jej własnością, wydawało się długie, cienkie i blade. Spojrzała ponuro na Rillę Blythe i rzekła ze spokojem:<br>
{{tab}}— Czy to pani własne włosy?<br>
{{tab}}— Naituralnie, — zawołała Rilla oburzona.<br>
{{tab}}— Ach, tak! — westchnęła kuzynka Zofja. — Byłoby lepiej, gdyby były sztuczne! Taka masa włosów odbiera, człowiekowi siły. To znak suchot, jak słyszałam, a’e mam nadzieję, że z panią nie jest tak groźnie. Zdaje się, że wszyscy będziecie tańczyć dzisiaj, nawet chłopcy pastora. Córki jego na pewno sobie na to nie pozwolą — Ja tam nigdy nie tańczyłam. Znałam jedną, co umarła podczas tańca. Nie wiem, jak można tańczyć znając taki wypadek.<br>
{{tab}}— A czy ona potem tańczyła? — zapytała Rilla impertynencko.<br>
{{tab}}— Mówię pani, że umarła. Oczywiście więcej biedaczka nie tańczyła. Pochodziła z Lowibridge. Nie powinna pani wychodzić z otwartą szyją.<br>
{{tab}}— Przecież wieczór jest ciepły, — zaprotesto-wała Rilla. — Włożę szalik, jak wsiądę na łódkę.<br>
{{tab}}— Pamiętam, jak czterdzieści lat temu w taką właśnie noc, jak dzisiaj naładowało się kilkoro młodych do łódki, — mówiła kuzynka Zofja żałośnie, — łódka nie wytrzymała i wszyscy zatonęli. Mam nadzieję, że dzisiaj nie będzie takiego wypadku. Próbowała pani kiedy jakiegoś lekarstwa na piegi? Uważam, że zwykły sok owocowy dobrze robi.<br>
{{tab}}— Ty jesteś specjalistką od piegów, Zofjo, — rzekła Zuzanna, stając w obronie Rilli. — Byłaś cent — kowana, jak ropucha za czasów młodości — Rilla ma<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}tylko piegi latem, ale pamiętam, że ty miałaś je i zimą, poza tem słynęłaś z brzydkiej cery. Wyglądasz naprawdę prześlicznie, Rillo, kochanie, a w uczesaniu tem bardzo ci do twarzy. Ale chyba nie pójdziesz do Portu w tych pantofelkach, prawda?<br>
{{tab}}— O nie. Wszystkie idziemy w starych butach, a w Porcie włożymy dopiero pantofle. Podoba ci się moja suknia, Zuzanno?<br>
{{tab}}— Przypomina mi ona suknię, którą nosiłam będąc młodą dziewczyną — westchnęła znowu kuzynka Zofja, nim jeszcze Zuzanna zdążyła odpowiedzieć. — Była także zielona z ponsowemi bukiecikami i miała falbany od talji do dołu. Wtedy nie nosiło się takich obcisłych sukienek, jak dzisiaj. Tak, czasy się zmieniły i nie powiem, żeby na lepsze. Pamiętam, że na pierwszej zabawie rozdarłam moją sukienkę, a potem ktoś wyilał mi na nią całą filiżankę herbaty. Poprostu była do niczego. Mam nadzieję, że z pani suknią nic się złego nie stanie. Właściwie powinna być trochę dłuższa, bo ma pani strasznie długie i cienkie nogi.<br>
{{tab}}— Pani doktorowa Blythe nie pozwala małym dziewczynkom ubierać się po dorosłemu, — rzekła z godnością Zuzanna, okazując tem samem lekceważenie kuzynce Zofji.<br>
{{tab}}Rilla czuła się dotkniętą — Mała dziewczynka, dobre sobie! Wybiegła z kuchni w najwyższym rozdrażnieniu. Na drugi raz nie będzie już pokazywała się Zuzannie, która ma wrażenie, że nikt nie może być dorosły przed sześćdziesiątym rokiem życia! A ta okropna kuzynka Zofja ze swojemi docinkami na temat piegów i chudych nóg! Jakie prawo<br>
{{tab}}37<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}ma taka stara... stara ropucha mówić o kimś, że jest długi i chudy. Rilla była taka uszczęśliwiona przedtem, a teraz cały wieczór miała zepsuty. Każdy nerw w niej drżał i najchętniej poszłaby do swego pokoju i popłakała trochę.<br>
{{tab}}Lecz potem dobry humor wrócił, gdy znalazła s>ę w wesołym tłumie śpieszącym do latami Czterech Wiatrów.<br>
{{tab}}Blythe‘owie opuścili Złoty Brzeg przy akompa-niamencie melancholijnego wycia Wtorka. który został zamknięty w komórce, w obawę, aby nie pobiegł do latarni za młodymi. Wstąpili po drodze do wsi po Meredith’ów, a z resztą towarzystwa spotkali się na gościńcu. Mary Vance spowita w błękitną krepę i jedwabną narzutkę, wyszła z domu panny Kornelji i odrazu przyczepiła się do Rilli i panny Oliver, które szły razem i niezbyt gorąco ją powitały. Rilla nie lubiła Mary Vance. Nie mogła zapomnieć owego nieszczęsnego dnia, kiedy Mary pędziła ją przez wieś, trzymając w ręku suszonego sztokfisza — Mówiąc prawdę, Mary Vance nie była zbytnio łubiana wśród miejscowej młodzieży. Znano ją z niezwykle ostrego języka i to najbardziej zrażało do niej ludzi.<br>
{{tab}}— Ale posiada ona coś takiego, że nie można się długo na nią gniewać, — utrzymywała zazwyczaj Di Blythe.<br>
{{tab}}Towarzystwo podzieliło się na pary. Jim szedł oczywiście z Florą Meredith, a Jurek Meredith z Nan Blythe. Di i Władek kroczyli razem, zajęci ożywioną rozmową, wzbudzając tem samem zazdrość<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}Karol Meredith szedł przy boku Maniusi Pryor, raczej z ochoty dokuczenia Józiowi Milgrave, niż z jakiegoś innego powodu. Wiadome było, że Józio ubiega się o względy Maniusi, której onieśmielenie powstrzymywało go od ironizowania przy każdej okazji. Na pewno Józio byłby odważniejszy i wywalczyłby sobie miejsce przy boku Maniusi, gdyby noc była ciemniejsza, lecz przy blasku księżyca zazwyczaj tracił odwagę. Szedł więc ’biedak na samym końcu pochodu (darząc w myśli Karola Mere — di’tha epitetami, które trudno byłoby na głos wypowiedzieć. Mamusia była córką Księżycowego Brodacza. Cieszyła się wśród sąsiadów większą sympatią, niż ojciec chociaż powodzenia zbytniego nie miała, bo była blada i niepozorna, a przytem dziwnie nerwowa. Miała płowe włosy i oczy o barwie dziwnie wyblakłej, będąc dzieckiem znana była z tchórzostwa, które i teraz chętnie wyśmiewano. O wiele chętniej szłaby teraz z Józiem, niż z Karolem, z którym czuła się zawsze dziwnie nieswojo, jednakże poczytywała sobie za pewien honor iść przy boku młodego studenta i do tego syna miejscowego pastora-<br>
{{tab}}Shirley Blythe towarzyszył Unie Meredith i obydwoje przeważnie milczeli, bo takie już były ich usposobienia. Shirley był chłopcem szesnastoletnim. statecznym, wrażliwym, myślącym, posiadającym (poczucie spokoljlnego humoru. — ’Zuzanna słusznie nazwała go „Murzynkiem11, bo miał ciemne włosy, ciemne oczy i ciemną cerę, Lubił spacerować w towarzystwie Uny Meredith, gdyż Una nigdy nie zmuszała go do rozmowy. Una pozostała tą sa<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}mą słodką, onieśmieloną dziewczynką, jaką była za czasów Doliny Tęczy, a wielkie jej szafirowe oczy były tak samo rozmarzone i pełne tajemnic. Tajemnicą tą, która odzwierciadlala się w szafirowych oczach Uny, było skryte uczucie dla Władka Blythe, którego nikt oprócz Rilli nie podejrzewał. Z uczuciem Uny Rilla sympatyzowała i pragnęła, aby Władek — takiem samem uczuciem Unie się odwzajemnił. Riilia stanowczo wołała Unę od Flory, której uroda i zachowanie usuwały inne dziewczęta na drugi plan, a Rrlla nie lubiła pozostawać w cieniu.<br>
{{tab}}Właściwie w danej chwili Rilla była najzupeł-niej szczęśliwa. Tak przyjemnie było iść wraz z przyjaciółmi szerokim gościńcem wysadzanym jodłami, których woń roztaczała się wokoło. Srebrzyste refleksy światła księżycowego pieściły szczyty pobliskich pagórków. Tuż przed nimi widniała przystań..W małym kościółku za Portem dźwięczał dzwon, zamierając co chwilę i znów zanosząc hymn ku niebiosom. Gładka tafla zatoki była jeszcze srebrno-blękiitna. Och, wszystko było takie piękne: czyste powietrze ze swym słonym posmakiem, balsamiczna woń jodeł, głośne śmiechy przyjaciół — Rilla kochała życie, jego rozkwit i powab, kochała muzykę, kochała odgłosy wesołej rozmowy. Pragnęła tak iść wiecznie tą drogą, pełną srebrzystych cieni. Był to jej pierwszy bal i na pewno przepędzi czas wyśmienicie. Nie istniały na święcie zmartwienia, na\yet o piegach zapomniała i o długich. chudych nogach, nic, z wyjątkiem drobnego lęku, że nikt jej nie poprosi do tańca. Jakżeż przyjemnie było pomyśleć, że się żyje, że się ma piętna<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}ście lat, że się jest ładną. Rilla odetchnęła głęboko i nagle poczęła przysłuchiwać się rozmowie. Jim opowiadał Florze jakąś historję z wojny Bałkańskiej.<br>
{{tab}}— Doktór stracił obydwie nogi, były zupełnie pogruchotane i pozostawiony był na polu walki w oczekiwaniu śmierci. Począł się czołgać od człowieka do człowieka, a wszyscy byli ranni. Czołgał się, jak długo mu sił starczyło i czynił wszystko możliwe, aby użyć cierpieniom nieszczęśliwych. Nie myślał zupełnie o sobie, bandażując połamane ręce i nogi. Znaleziono potem doktora martwego, trzymającego zastygłe ręce na bandażu jakiegoś nieszczęśliwca, któremu opatrunkiem życie uratował. Czyż nie był to bohater, Floro? Powiadam ci, jak to czytałem...<br>
{{tab}}Jim i Flora przyspieszyli kroku i dalsze słowa opowiadania zamarły w przestrzeni. Gertruda Oli — vet nag’e zadrżała. Rilla przytuliła się do niej.<br>
{{tab}}— Czyż to nie było straszne, panno Gertrudo? Nie dziwię się, że pani drży. Nie pojmuję dlaczego Jim opowiada takie straszne rzeczy, właśnie teraz, kiedy wszyscy są przejęci balem.<br>
{{tab}}— Uważasz, że to straszne, Rillo? Ja bym to raczej nazwała piękntim. Taka historja zawstydza tych, którzy zwątpili w szlachetność ludzkości. Czyn tego człowieka był czynem Boga. Ludzkość zdolna jest jeszcze do poświęceń! Nie wiem sama, dlaczego zadrżałam, bo wieczór jest dosyć ciepły. Może coś kroczy wśród tych ciemności, coś, co ma (być moim grobem. Takie wytłumaczenie dałby ktoś, kto wierzy w przesądy. Istotnie, nie chcę o<br>
{{tab}}41<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}tem myśleć w tę cudowną noc. Wiesz, Rillo, że gdy noc nadchodzi, jestem szalenie zadowolona, że mieszkam na wsi. Tylko tutaj można poznać prawdziwy czar nocy, którego mieszkańcy miasta zupełnie nie odczuwają. Wszystkie noce na wsi są piękne, nawet burzliwe. Uwielbiam dziką nocną bu-rzę nad brzegiem tej starej zatoki. Dzisiejsza noc jest „prawie11 za piękna i powinna należeć do młodych. do marzycieli. Ja się jej dziwnie lękam.<br>
{{tab}}— Czuję się tak, jakbym była nieodłączną częścią tej nocy, — wyszeptała Rilla.<br>
{{tab}}— O tak, ty jesteś młoda i nie lękasz się wielu rzeczy. Doszliśmy wreszcie do Wymarzonego Domku. Wydaje się dziwnie opuszczony tego lata. Fordowie nie przyjechali?<br>
{{tab}}— Nie, to znaczy państwo Ford i Połcia nie przyjadą. Przyjechał tylko Krzysztof, lecz mieszka u krewnych swej matki za Portem. Mało go widujemy tego lata. Kuleje trochę, więc nie może dużo chodzić.<br>
{{tab}}— Kuleje? A co mu się stało?<br>
{{tab}}— Złamał nogę przy grze w football zeszłej jesieni i prawie całą zimę przeleżał. Od tego czasu kuleje, ale już jest lepiej i jest nadzieja, że wkrótce będzie zupełnie zdrowy. Tylko dwa razy tego lata był na Złotym Brzegu.<br>
{{tab}}— Elżunia Reese poprostu szaleje za nim, — wtrąciła Mary Vance. — Szedł z nią z kościoła po ostatniem kazaniu i dała mu się tak we znaki, że mu chyba życie obrzydło. Taki chłopak, jak Krzyś Ford nie ożeni się z wiejską dziewczyną!<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}Rilla spłonęła rumieńcem. Nie obchodziło ją, ile razy Krzysztof Ford odprowadzał do domu El — żumę Reese! Nic ją nie obchodziło, co się tyczyło Elżuni. Przecież Elżunia była od niej o wiele starsza i Krzysztof także. Przyjaźnił się zawsze z Nan, Di i Florą, a na nią, na Rillę spoglądał zgóry traktując ją, jak dziecko. Nie lubiła Elżuni Reese i Elżunia także jej niecierpiała. Nie lubiła Elżuni od chwili, gdy Władek zrobił taki kawał z Danem za czasów Doliny Tęczy, ale dlaczego Krzysztof Ford nie miał zwrócić na nią uwagi? bo była wiejską dziewczyną? Co do Mary Vance. to ta dziewczyna lubiła tylko plotki i interesowała się wyłącznie tem, kto kogo odprowadził do domu!<br>
{{tab}}Na samem wybrzeżu, wpobliżu Wymarzonego Domku, wznosił się niewielki filar, do którego przy-mocowane były dwie lodzie. Jedną łodzią miał kierować Jim Blythe. drugą zaś Józio Milgrave, który znał się świetnie na wiosłowaniu i bardzo pragnął, aby Maniusia Pryor podziwiała jego silne mięśnie. Wszyscy pobiegli wdół przystani i łódka Józia ruszyła z miejsca. Jeszcze kilka łodzi przybyło z portu od strony zachodniej. Wszędzie słychać było wesołe śmiechy. Wielka biała wieża latarni Czterech Wiatrów połyskiwała światłami i sprawiała wrażenie dużej mrugającej gwiazdy. Krewni latarnika z Charlottetown przybyli tu na letnisko i wyprawiali bal, na który zaprosili całą młodzież z Czterech Wiatrów. Glen St. Mary i z poza Portu. Gdy łódź Jima zatrzymała się wpo — bliżu Latami Morskiej, Rilla ściągnęła z nóg buty i ukryta za plecami panny Oiiver. pośpiesznie wło-<br>
{{tab}}43<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}żyta srebrne pantofelki. Wystarczyło jedno spoj-rzenie. aby się przekonać, że kamienne schody, prowadzące do latami, przepełnione były chłopcami i oświetlone chińskiemi lampionami, postanowiła więc, że nie może pokazać się na tych schodach w ciężkich butach, w których odbyła całą drogę. Pantofle strasznie ją uwierały, lecz nikt nie domyślał się tego, patrząc na uśmiechniętą Rillę, wstępującą swobodnie na schody z błyszczącym wzrokiem i zarumienionemi policzkami. Gdy tylko stanęła na górze natychmiast jakiś chłopiec z za portu poprosił ją do tańca i po chwili znajdowali się już w pawilonie wybudowanym tuż obok latarni i przeznaczonym specjalnie do tańców. Śliczny to był pawilon, -pokryty dachem z gałęzi jodłowych i ob-wieszony dokoła iampjonami. U stóp szemrało morze, z lewej strony zaglądał księżyc, a z prawej przylegały do ściany pawilonu małe skałki wyżłobione niby fotele. Rilla i jej partner zniknęli w tłumie tancerzy. Rilla oddychała z rozkoszą, wsłuchana w melodię, którą Ned Burr z Glen wygrywał na swych skrzypcach. Melodja ta posiadała dźwięk jakiejś starej baśni, która musiała oczarować wszystkich tańczących. Jaki przyjemny był chłodny powiew od strony zatoki, jaki srebrzysty był księżyc tej nocy! To było życie pełne czaru. Rilla chwilami miała wrażenie, że skrzydła wyrastają jej u ramion.<br>
{{tab}}
<br>
{{c|ROZDZIAŁ |w=110%|po=20px}} IV.<br>
{{tab}}SROKATY KOBZIARZ GRA.<br>
{{tab}}Pierwszy bal Rilli był prawdziwym triumfem, a przynajmniej takim wydawał się na początku. Miała tyle chętnych do tańca, że musiała obdzielać ich sprawiedliwie. Jej srebrne pantofelki zdawały się tańczyć same i chociaż uwierały coraz bardziej i raniły jej stopy, to jednak dotkliwy ból nie pogorszą! jej zupełnie humoru. Elżunia Reesc oczywiście nieomieszkała dokuczyć Rilli, wywołując ją tajemniczo na chwilę z pawilonu i szepcząc z chytrym uśmieszkiem, że suknia Rilli podarła się żtyłu i miała wielką plamę na falbanie. Rilla pobiegła szybko do jednego z pokojów latarni morskiej, który został przeobrażony na damską toaletę, i przekonała się, że wielka plama była tylko maleńką niedostrzegalną plamkę, a owa dziura była całkiem niewidoczna. Irena Howard zaszyła naprędce rozdarcie i obdarzyła Rillę calem mnóstwem miłych komplementów. Rilla była zachwycona Ireną. Irena pochodziła z Górnego Glen i chociaż miała lat dziewiętnaście, to jednak najchętniej pr/ebywała w towarzystwie młodszych od siebie dziewcząt, którym mogła matkować nie lękając się rywalizacji. Rilla doszła do wniosku, że Irena jest nadzwyczajna i z całą ochotą przyjęła jej opiekę. Irena była ładna i posiadała pewien styl, śpiewała bosko, a wszystkie zimy przepędzała w Charlottetown ucząc się muzyki. Miała ponadto ciotkę w Montrealu, która przysyłała jej całe mnóstwo pięknych<br>
{{tab}}45<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}rzeczy i opowiadano o niej, że przeżyła jakąś wielką smutną miłość, o której nikt nic dokładnego nie wiedział, ale tajemnica ta dodawała jej jeszcze więcej uroku. Rilla czuła, że komplementy Ireny są niejako dopełnieniem przyjemnego wieczoru. Pobiegła wesoło zpowrotem do pawilonu i przez chwilę stała w blasku lampionów u wejścia, przyglądając się tańczącym. Nagle ujrzała Krzysztofa Forda, stojącego po przeciw’egłej stronie.<br>
{{tab}}Serce Rilli zamarło, a właściwie na pewnoby bić przestało, gdyby to było fizjologiczną możliwością. Więc był jednak tirtaj. Była pewna, że nie przyjdzie. Czy widział ją? Czy zwróci na nią uwagę? Zupełnie oczywiste, że nie zaprosi ją do tańca, tego nie mogła się spodziewać. Uważał ją zawsze za dziecko. Jeszcze trzy tygodnie temu, gdy byt na Złotym Brzegu, nazywał ja „Pająkiem11. Potem długo płakała z tej przyczyny w swoim pokoju i znienawidziła go. Lecz serce jej zamarło po raz drugi, gdy dostrzegła, że Krzysztof kieruje się w jej stronę. Szedł do niej? Czy to możliwe? Tak, wyraźnie szedł w jej kierunku! Patrzył na nią, by! już tuż obok, patrzył na nią z dziwnym wyrażeni w swych ciemno szarych oczach, któreigo Rilla nigdy dotąd nie dostrzegła. Och, to było zbyt wiele, aby mogła zachować spokój! A wszystko działo się, jak przedtem: pary tańczyły, chłopcy, którzy nie mieli partnerek, stali pod ścianami pawilonu, flirtujące pary siedziały na skałkach i wszyscy zdawali się nie dostrzegać, że coś tak ważnego się<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}Krzysztof był wysokim chłopcem dobrze się prezentującym, z ruchami pełnemi dystynkcji, która innych chłopców czyni dziwnie sztywnymi i nienaturalnymi. Twierdzono, że jest bardzo mądry i że posiada wielką dozę miejskiej ogłady. Miał również opinję uwodziciela kobiet. Opinja ta prawdopodobnie powstała dzięki jego dziwnemu sposobowi uśmiechania się i dzięki temu, że posiadał wyjątkowo piękny tembr głosu, którego żadna dziewczyna nie mogła słuchać bez bicia serca i którego słuchałaby chętnie przez cale życie.<br>
{{tab}}— Czy to Rilla ma Rilla? — zapytał cicho.<br>
{{tab}}* — Mogłabyś go zatrzymywać, Aniu, gdy mni idą i gdy on uważa, że to jest jego obowiązkiem? Mogłabyś być taką egoistką?<br>
{{tab}}— Nie... nie! Ale... och... nasz najstarszy syn... Przecież jest jeszcze taki młody... Gilbercie... Bę-<br>
{{tab}}RilJaRilla 5<br>
{{tab}}65<br>
{{tab}}
{{tab}}opieką, bo zdaje się, że Jest bardzo wątle i delikatne. Wątpię nawet, czy możnaby się było odważyć odesłać je do domu dla sierot, ale przecież trudno przemęczać matkę i Zuzannę.<br>
{{tab}}Doktór wyszedł z kuchni z poważnym wyrazem twarzy.. W głębi duszy był przekonany, że mały przybysz, dotychczasowy mieszkaniec niebieskiej wazy pozostanie z pewnością na Złotym Brzegu, lecz chciał się przekonać, czy Rilla zdolna jest do jakichkolwiek poświęceń.<br>
{{tab}}RiillaRilla usiadła, spoglądając z rozpaczą na dziecko. Niedorzecznością było myśleć, że ona się niem zaj — mie. Ale ta biedna, nieszczęśliwa matka, która umierając martwiła się o niemowlę... Ta straszna pijaczka Conover!<br>
{{tab}}— Zuzanno, co trzeba robić z takiem dziec-kiem? — zapytała ze smutkiem.<br>
{{tab}}— Trzeba je trzymać w cieple, kąpać codzien-nie, zważać na to, żeby woda nie była ani za zimna, ani za gorąca i karmić co dwie godziny. Jak jest chore to trzeba przykładać gorące kompresy na brzuszek, — mówiła Zuzanna, przejęta ważnością chwili.<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}prawdę nie wiem, jak ja je przeżyłam. Jednakże żyję i Jaś żyje i obydwoje jakoś to wszystko „przeżyliśmy”„przeżyliśmy“. Połechtałam go dzisiaj wieczorem przy rozbieraniu, Morgan nie zabrania łechtania, ot tak, aby się przekonać, czy się uśmiechnie, jak wczoraj do Ireny. I uśmiechnął się, ukazując swoje śliczne dołeczki. Jaka szkoda, że matka jego nie może tego zobaczyć!<br>
{{tab}}„Dzisiaj skończyłam szóstą parę skarpetek. Przy pierwszych trzech parach Zuzanna mi pomagała, ale potem zawstydziłam się i.nauczyłam się robić skarpetki sama. Nienawidzę tej roboty, lecz tylu rzeczy nienawidzę, które muszę spełniać od czwartego sierpnia, że jeszcze jedna znienawidzona robota może się nie liczyć. Myślę teraz o Jimie, który żartuje, pisząc o błotach w obozie Salisbury i dochodzę do wniosku, że w porównaniu z tem robienie skarpetek jest rzeczą całkiem przyjemną”przyjemną“.<br>
{{tab}}i<br>
{{c|ROZDZIAŁ |w=110%|po=20px}} XI.<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}— Musimy coś zrobić, — upierała się RiillaRilla zbyt zdenerwowana, aby zwracać uwagę na Olę. — Za-reklamowaliśmy już koncert wszędzie. <przybędą tłumy publiczności, nawet jakieś towarzystwo z miaista, a właściwie nie mamy zupełnie numerów śpiewanych. Musimy znaleźć kogoś — ktoby śpiewa, zamiast pani Channing.<br>
{{tab}}— Ciekawa jestem kogo znajdziesz w ostatniej ohwili, — ironizowała Ola. — Irena Howard mogłaby śpiewać, ale na pewno nie zechce po tej historii, kiedy została obrażona przez nasze towarzystwo.<br>
{{tab}}— W jaki sposób towarzystwo ją obraziło? — zapytała Rilla swoim „zimno-bladym tonem“. Ten chłód i obojętność nie dotknęły wcale Oli.<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}wić i później ogromnie się teintem martwiłam. Będziesz mogła mi przebaczyć?<br>
{{tab}}— I śpiewać na waszym koncercie? — dorzuciła Irena ze słodką ironją.<br>
{{tab}}— Jeżeli sądzisz, — rzckła Rilla złamanym głosem, — że nie przeprosiłabym cię, gdyby nie chodziło o koncert, to może masz słuszność. Lecz prawdą jest również — że przykro mi było przez całą zimę i żałowałam, że cię obraziłam. To wszystko, co mogę ci powiedzieć. Jeżeli uważasz, że nie jesteś w stanie mi przebaczyć, to sądzę, że możemy więcej nie mówić o tem.<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}RiillaRilla wyglądała naprawdę uroczo, gdy powitała Krzysia na oświetlonej księżycem obszernej werandzie. Ręka, którą mu podała była zimna, a ona sama tak się obawiała, że będzie seplenić, iż przywitała go prawie w milczeniu. Jak wspaniale wyglądał Krzysztof w mundurze porucznika! Dodawał mu ten mundur powagi i Rilla spoglądała nań prawie z przerażeniem. Czyż nie było absur-dem przypuszczać, że ten przystojny młody oficer ma coś specjalnego do powiedzenia malej Rilli Blyt — he z Glen St. Mary? Może wogóle go nie zrozumiała, może poprostu nie chcial, aby mu się przyglądano i mówiono, jak zwykle o wojnie. Tak, na pewno to miał na myśli, a ona, mały głuptasek, wyimaginowała sobie, że pragnie tylko z nią się widzieć. Gotów jeszcze posądzić, że specjalnie wysyłała wszystkich z domu, aby być z nim sam na sam i gotów wyśmiewać się z niej potem.<br>
{{tab}}— Lepiej się złożyło, niż przypuszczałem, — rzekł siadając na fotelu i spoglądając na nią z wyraźnym zachwytem. — Byłem pewny, że ktoś będzie sterczał przy nas, a właściwie chciałem tylko ciebie zobaczyć, Rillo ma Rillo.<br>
{{tab}}IW* wyobraźni Rilli zamki na lodzie stały się wyrazistsze. Sytuacja nie ulegała już najmniejszej wątpliwości<br>
{{tab}}Po jej wyjściu Zuzanna umknęła do kuchni i wsparłszy głowę na stole, poczęła gorzko płakać. Potem wróciła do roboty, zagadując od czasu do czasu małego Jasia. Rilla podziwiała Zuzannę za tę jej odwaigę.<br>
{{tab}}— Nie mogę pozwolić, abyś zamęczała się dla wojennego dziecka, — mówiła Zuzanna z powagą.<br>
{{tab}}— Cale szczęście, że mam chociaż jakąś pracę, Zuzanno, — szlochała biedna RiillaRilla. — Wołałabym wcale nie kłaść się w nocy. To takie straszne, gdy człowiek zasypia i zapomina o wszystkiem, a potem nazajutrz budzi się i wspomnienie wraca na nowo. Czy ludzie do wszystkiego się przyzwyczajają, Zuzanno? Nie mogę zapomnieć słów, które wypowiedziała pani Reese. Czy Władek bardzo cierpiał? On zawsze był taki niewytrzymały na ból. Ach, Zuzanno, gdybym wiedziała, że nie cierpiał, dodałoby mi to siły.<br>
{{tab}}Przeznaczenie chcialo, że Rilla dowiedziała się wkrótce, jak ostatnie chwile swego życia przepędził jej ukochany brat. Nadszedł list od dowódcy Władka, w którym ten donosił, że Władek został zabity od kuli podczas walk pod Courcelette. Tego saimeigo dnia przybył list Władka do Rilli.<br>
{{tab}}Nie otwierając go Rilla pobiegła do Doliny Tęczy i dopiero tam, gdzie po raz ostatni rozmawiała serdecznie z bratem, przeczytała ten pośmiertny list od niego. Strasznie dziwne ma się uczucie, gdy czyta się list od kogoś, kto już nie żyje. Jest to uczucie goryczy i radości, dziwnie połączonych z sobą. Po raz pierwszy od chwili, gdy się dowiedziała o<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}czorem, gdy tylko pozmywałam po kolacji i wyję-łam chleb z pieca, pobiegłam zaraz na stację. Wtorek, jąk zwykle, cierpliwie czekał na wieczorny pociąg. Zrozum, Rillo, że ten atak na okopy miał miejsce przed czterema dniami, czyli w zeszły poniedziałek. Zwróciłam się zaraz do bagażowego z zapytaniem: „Niech mi pan powie, czy ten pies nie wył przypadkiem w poniedziałek w nocy“? Baga-żowy zamyślił się na chwilę, poczem odparł: „Nie, był zupełnie spokojny”spokojny“. „Jest pan pewny? zapytałam. „Bo bardzo dużo od tego zależy! „Jestem najzupełniej pewny“, odpowiedział. „Nie spaleni przez całą noc poniedziałkową, bo matka moja była chora. Słyszałbym wycie psa, tem bardziej, Że dirzwi naszego mieszkania były otwarte, a buda tego psa mieści się wpobliżu”wpobliżu“. Powtarzam ci, Rillo, słowa tego człowieka. Pamiętasz, jak Wtorek wył owej nocy, kiedy odbywała się bitwa pod Cour — celette? A przecież nie był tak przywiązany do Władka, jak do Jima. Jeżeli tak wył po śmierci Władka, to przypuszczasz, że spałby spokojnie w budzie, gdyby Jim został zabity? Nie, Rillo, mały Jim żyje, mogę ci zaręczyć. Wtorek na pewnoby wiedział, a tymczasem spokojnie czeka powrotu swego pana.<br>
{{tab}}Było to absurdalne, irytujące i niemożliwe. Lecz Rilla uwierzyła. Uwierzyła również pani Blythe i doktór, aczkolwiek uśmiechał się niepewnie. 1 do serc wszystkich mieszkańców Złotego Brzegu iWniknęła nowa nadzieja tylko dlatego, że mały pies na stacji w Glen z niezachwianą wiarą czekał wciąż powrotu swego pana. ’Wszyscy uwierzyli w przeczucie wiernego Wtorka.<br>
{{tab}}293<br>
{{tab}}Mr, Hyde‘a był tak ciężki, jak stąpanie zmęczonego człowieka. Niekiedy wieczorami, gdy Zuzanna zostawała sama w domu, „drętwiała ze strachu“, jak twierdziła, słysząc głośne kroki Doca. Siadywał na. środku kuchni ze straszliwym wzrokiem utkwionym w jej twarzy i tak mógł siedzieć calemi godzinami. Poprostu działało to jej na nerwy, lecz napróżno biedna Zuzanna chciała go z kuchni wypędzić. Raz nawet ośmieliła się rzucić w Doca kawałkiem drzewa, lecz wówczas bestja skoczyła na nią. Zuzanna wybiegła z przestrachem i od tej pory nigdy już nie zaczynała z Mr. Hyde‘m, choć, gdy Doc popadał w nastrój Dr. JekylLa zdobywała się na tyle odwagi, aby mu dać prztyczka w nos.<br>
{{tab}}— „Przyjaciele panny Flory Meredith, Jerzy Mereditih i James Blythe“, — czytała Zuzanna, cedząc z zadowoleniem nazwiska przez zęby, — „przed kilku tygodniami wrócili do domu z Redmond. James Blythe, który otrzymał stopień naukowy w roku 1913, ukończył właśnie pierwszy kurs medycyny“.<br>
{{tab}}— Flora Meredith wyrosła na piękną dziewczynę,. — zauważyła panna KomeljaKornelja, pochy’ając się nad swoją robótką filet. — Naprawdę trzeba podziwiać, jaka w tych dzieciach zaszła zmiana od chwili, gdy Rozalja West zamieszkała na plebanji. Ludzie zapomnieli prawie zupełnie ile dawniej dzieciaki przysparzały kłopotu. Aniu, kochanie, pamiętasz, jak się dawniej zachowywały? Nie przypuszczałam, aby Rozalja mogła mieć na nie taki wpływ. Jest raczej ich przyjaciółką, niż macochą. Dzieciaki pokochały ją, a Una poprostu uwielbia Rozalję. Stała snę praw<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}— Bolcio uwielbia Jima, — rzekła pani Blythe. — Gdy Jim przychodni na plebanję. Bolcio chodzi za nim, jak przywiązany mały psiak, przyglądając mu się z pod zmarszczonych czarnych brwi. Jestem pewna, że niema takiej rzeczy, którcjby dla Jima nie zrobił.<br>
{{tab}}— Czy z Jima i Flory będzie para?<br>
{{tab}}Pani Blythe uśmiechnęła się. Wiadome było wszystkim, że panna KomeljaKornelja, która przed laty jeszcze tak niecierpiała mężczyzn, teraz najchętniej łączyła młode pary.<br>
{{tab}}— Są tytko dobrymi przyjaciółmi, panno Kor-nelio.<br>
{{tab}}— Dobrymi przyjaciółmi, wierzaj mi, — rzekła panna Kornelja dobitnie. — Wiem o wszystkiem. co wyprawia ta młodzież.<br>
{{tab}}— Nie wątpię, że Mary Vance stara się już o to, żeby pani wiedziała, pani marszałkowo Elliott, — wtrąciła Zuzanna znacząco. — Sądzę jednak, że wstyd mówić o małżeństwie takich dzieci.<br>
{{tab}}— Dzieci! Jim ma już dwadzieścia jeden lat. Flora dziewiętnaście, — odparła panna KomeljaKornelja. —<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}Skrzywdzona Zuzanna, która nie lubiła wszel-kich docinków na temat wieku, nie z próżności, lecz z obawy, że ludzie mogą pomyśleć, iż jest już za stara do pracy, zabrała się na nowo do czytania „Wiadomości11.<br>
{{tab}}— „Karol Meredith i Shirley Blythe wrócili do domu w zeszły piątek z Akademii Królewskiej. Domyślamy się, że Karol zaangażowany zostanie do szkoły w Porcie na rok przyszły i jesteśmy pewni, że wkrótce stanie się popularnym i jednym z najzdolniejszych nauczycieli*1.<br>
{{tab}}— Skończył akademię, lecz Mr. MerediithMeredith i Ro — zalja pragną, aby jesienią jechał do Redmond, Karol jednak chce sam zarabiać na swoje dalsze wykształcenie. Dzielny z niego chłopak.<br>
{{tab}}„Władysław Blythe, który od dwóch lat był nauczycielem w Łowbridge, opuścił zajmowane stanowisko, — czytała Zuzanna. — „Podobno zamierza na jesieni wyjechać do Redmond**.<br>
{{tab}}— Czy Władzio jest już dość silny, aby wybrać się do Redmond? — zagadnęła z niepokojem panna Kornelia.<br>
{{tab}}— Sądzimy, że nabierze sił do jesieni,; — rzek — ła pani Blythe. — Wypoczynek letni na świeżem powietrzu i słońcu dobrze mu zrobi.<br>
{{tab}}— Febra jest trudną rzeczą do wyleczenia. — zauważyła panna KomeljaKornelja z naciskiem, — tem bardziej. jeżeli ktoś jest tak delikatny, jak Władzio. Sądzę, że lepiejby zrobił, gdyby odłożył studja je<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}<br>
{{tab}}Za ogrodem okalającym dom na Złotym Brzegu pełno było małych, osłonecznionych polanek po-przedzielanych kawałkami cienistych gaików. Rilila Blythe leżała w hamaku pod wysoką sosną, Gertruda Oliver siedziała na pniu tuż przy niej, a Władek rozciągnięty w całej okazałości na trawie tonął w marzeniach o dawnych bohaterach i pięknościach ubiegłych suleci, które w umyśle jego jeszcze ciągle żyły.<br>
{{tab}}Rilla była „dzieckiem”„dzieckiem“ rodziny Blythe i ciągle ją za dziecko uważano, bo nikt nie chciał uwierzyć, że powoli staje się dorosłą osobą. Miała prawie lat piętnaście i była tak wysoka, jak Di i Nan, a niemal tak piękna, za jaką ją uważała Zuzanna. Posiadała duże marzycielskie oczy, mleczno-białą cerę,<br>
{{tab}}20<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}błyszczące szare oczy i delikatne rysy twarzy. Poeta w każdym calu! Zbiór sonetów byt istotnie rzeczą śmiałą i można go było uważać za arcydzieło, zważywszy, że sonety te napisał dwudziestoletni chłopak. Panna Oliver nie była znawczynią poezji, lecz zdawała sobie sprawę, że Władek Blythe posiada nieprzeciętny talent.<br>
{{tab}}RiillaRilla kochała Władka całem sercem. Nie doku-czał on jej nigdy, jak to zwykle czynili Jim i Shir — ley. Nigdy nie nazywał jej „Pająkiem“. Przydomek, jaki wymyślił dla niej był „Rilla ma Rilla“, pochodzący z prawdziwego jej imienia Marilla. Imię to otrzymała w spadku po ciotce Maryli z Zielonego Wzgórza, lecz ciotka Maryla umarła jeszcze wówczas, gdy Rilla była bardzo mała i nie znała jej dobrze, Rilla zaś twierdziła, że nadane jej imię jest strasznie staromodne i przesadne. Dlaczego naprzy — kład nie nazwali jej Berta, co było takie piękne i pełne godności, zamiast tego głupiego „Rilla“? Nie.ziwracała uwagi na przydomek Władka, lecz nikt oprócz niego i panny Oliver nie mógł jej tak nazywać. „Rilla ma Rilila“ w ustach Władka brzmiało jakoś dziwnie melodyjnie, jak szmer wody w górskim strumieniu. Zwierzała się pannie Oliver, że gotowa jest nawet umrzeć za Władka, gdyby to dla jego dobra było potrzebne. Rilla lubiła ploteczki, jak zresztą wszystkie dziewczęta w jej wieku, a największą goryczą przejmowała ją świadomość, że Władek opowiada więcej swych sekretów Di, niż jej.<br>
{{tab}}— Uważa, że nie jestem jeszcze dość dorosła, alby ozumieć, — skarżyła się pewnego razu do<br>
{{tab}}
{{tab}}
<br>
{{tab}}kończył czytać Robinsona Crusoe. Wtorek właści-wie był własnością Jima, lecz przywiązany był również bardzo do Władka. Zazwyczaj lubił leżeć przy nim z nosem wsuniętym pod pachę Władzia, poruszając radośnie ogonem ilekroć Władek go pogłaskał. Wtorek nie był ani szkockim owczarkiem, ani też setterem, ani pudlem. Był sobi takim, jak mówił Jim „prostym kundlem”kundlem“, bardzo prostym, dodawali złośliwi ludzie. Istotnie. Wtorek nie miał wspaniałego wyglądu. Czarne laty biegły przez żółty grzbiet i jedna z nich zachodziła aż na oko. Uszy miał postrzępione dziwnie, bo trzeba wyjaśnić, że Wtorek niezaiwsze wychodził zwycięsko ze spraw honorowych. Posiadał on jednak wielką zaletę. Zdawał sobie sprawę, że nie wszystkie psy mogą być piękne, mądre, czy bohaterskie, lecz wiedział dokładnie, że każdy pies może kochać. Wiedział, że od czasu, jak psy istnieją na świecie, w piersi każdego z nich bije oddane i pełne wierności serce. W brónzowych oczach Wtorka odzwierciadlała się głębia jego psiej duszy, posiadania której niektórzy ludzie psom od — mawiająJWszyscy na Złotym Brzegu lubili Wtorka, nawet Zuzanna, aczkolwiek Wtorek niejednokrotnie narażał się pannie Baker, wsuwając się do jej pokoju i lokując wygodnie na jej łóżku.<br>
{{tab}}RiiliaRilla tego popołudnia nie była w nastroju do ja-kichkolwiek sprzeczek.<br>
{{tab}}— Czyż czerwiec nie jest cudownym miesiącem? — zagadnęła spoglądając sennie na srebrne obłoki zawieszone ponad Doliną Tęczy. — Mamy takie baj-kowe czasy i taką cudowną pogodę. Jednem słowem cudownie jest pod każdym względem.<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}— Ja się trochę inaczej zapatruję, — rzekla pan-na 01iver z westchnieniem. — Uważam to za coś złowróżbnego. Dobro jest darem bogów, pewien rodzaj wynagrodzenia za to, co ma nastąpić. Tak często już się z tem stykałam, że nie przejmu ę się, gdy ludzie mówią, że im jest dobrze. Mimo;O jednak czerwiec naprawdę był cudowny.<br>
{{tab}}— Oczywiście nie był bardzo podniecający, — rzekła RiJlaRilla. — Jedyną sensacją, jaką mieliśmy w Glen Oid lat wielu było zemdlenie panny Mead w kościele. Czasami chciałabym, aby nastąpiło coś dramatycznego, coś, o czem długo można myśleć.<br>
{{tab}}— Lepiej nie życz sobie tego. Dramaty zazwyczaj mają pewną gorycz w sobie. Będziecie mieli piękne i wesołe lato! A ja będę się nudzić w Lowbridge!<br>
{{tab}}— Często będzie pani stamtąd wyjeżdżać, nie-prawdaż? Zapowiada się kilka zabaw tego lata, chociaż przypuszczam, że w tem nie będę brała u — działu. jak zwykle. Czyż to nie jest str — szne, że ciągle uważają mnie za małą dziewczynkę?<br>
{{tab}}w życiu dziewcząt. Postaram się, aby te kilka lat przepędzić jak najlepiej, tylko na zabawie.<br>
{{tab}}— Niema sensu myśleć o tem, co będziesz robić; plany rzadko kiedy się urzeczywistniają.<br>
{{tab}}— Ale nie plany zabaw, zaprotestowała Ril-laRilla.<br>
{{tab}}— O niczem nie myślisz, tylko o zabawach, gluptasjku, — rzekła panna Oliver pobłażliwie. — Zresztą cóż to znaczy piętnaście lat? Zamierzasz wstąpić do jakiejś szkoły tej jesieni?<br>
{{tab}}— Nie, ani w tym roku, ani w żadnym. Popro — stu nie mam ochoty — Nigdy nie interesowałam się temi wszystkiemi logjami i izmami, za którem tak szaleją Nan i Di. Już pięcioro z nas studjuje, uważam, że wystarczy. Jedna osoba w rodzinie może być nieukiem. Nieph sobie już ja tym nieukiem będę, bylebym była ładna, powabna i miała powodzenie. Nie chcę być mądra. Nie posiadam żadnego talentu i niema pani pojęcia, jak mi z tem wygodnie, ’bo nikt o — e mnie zbyt wiele nie wymaga. Nie mam również najtnniejszego pociągu do gospodarstwa, czy gotowania. Nie lubię szyć i ścierać kurzu, a nawet Zuzanna nie może mnie nauczyć pieczenia małych ciasteczek. Ojciec powiada, że ani nie pracuję, ani nie przędę, dlatego też jestem nietykalną lilią w rodzinie, — kończyła Ri’Ia, śmiejąc się głośno.<br>
{{c|ROZDZIAŁ |w=110%|po=20px}} 111.<br>
{{tab}}W POŚWIACIE KSIĘŻYCA.<br>
{{tab}}RiillaRilla, która zawsze nawet we śnie się uśmie-chała. ziewnęła teraz, przeciągnęła się i uśmiechnęła do Gertrudy Oliver. Panna Oliver przyjechała poprzedniego dnia z Lowbridge i pozostała tu. aby wybrać się na zabawę, zapowiedzianą na dzień następny w świetlicy przystani Czterech Wiatrów.<br>
{{tab}}— Nowy dzień puka do naszego okna. Ciekawa jestem, co nam z sobą przyniesie.<br>
{{tab}}Panna Oliver lekko zadrżała. Nigdy nie witała dnia z takim entuzjazmem, jak to czyniła Rilla. Życie przekonało ją, że każdy dzień może przynieść najbardziej nieoczekiwane i najokropniejsze rzeczy.<br>
{{tab}}wstanę, imaginując sobie najpiękniejsze rzeczy, któ-re mogą się zdarzyć przed nocą-<br>
{{tab}}— Lękam się, że coś bardzo nieoczekiwanego dzisiaj nas czeka, — rzekła Gertruda. — Mam wrażenie, że poczta przyniesie nant wiadomości o wojnie między Niemcami i Francją.<br>
{{tab}}— O... tak, — rzekła RilJaRilla niepewnie. — To byłoby straszne. Ale właściwie nas ta sprawa nie dotyczy, prawda? Sądzę, że wojna byłaby prawdziwą sensacją. Panno Gertrudo, czy mam włożyć dziś wieczór białą suknię, czy tę nową zieloną? Zielona jest o wiele ładniejsza, oczywiście, ale boję się ją włożyć na takie tańce, ibo jeszcze mi się zniszczy. A uczesze mnie pani jakoś inaczej? Wszyst — kie dziewczęta w Glen czeszą się strasznie po staroświecku. więc moje uczesanie wywoła pewną sensację.<br>
{{tab}}A Jakim sposobem przekonałaś mamę, żeby ci<br>
{{tab}}pozwoliła iść na zabawę?<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}— Przypominam sobie, że okropnie. Byłam onieśmielona i nikt nie poprosił mnie do tańca z wyjątkiem jednego chłopca, który był jeszcze bardziej nieśmiały ode mnie. Za tę nieśmiałość znienawidziłam go i prawdopodobnie dlatego drugi raz już mnie nie poprosił. Ja nie. miałam prawdziwego dzieciństwa, RiłloRillo. Wielka to strata w życiu i dlatego też chcialabyrn, abyś ty miała piękną i szczęśliwą młodość. Mam nadzieję, że pierwsza twoja zabawa będzie czetrjś takiem, co wspominać będziesz z przy-jemnością przez cale życie.<br>
{{tab}}— Wczoraj śniło mi się, że byłam na balu i nagle zauważyłam, że jestem w szlafroku i w rannych pantoflach* — westchnęła Rilla. — Obudziłam się z przerażeniem.<br>
{{tab}}— P zypomina mi się mój straszny sen, — szep-nęła pan.ia Oliver w zamyśleniu. — Był to jeden z tych s’ >w, które miewam często. Są one tak wyraźne, j: i rzeczywistość.<br>
{{tab}}Władek nie odpowiedział, czy mu wstyd, czy nie, spoglądał tylko w milczeniu w przestrzeń, ciągnącą się ponad połami Glen, aż po błękitną przystań.<br>
{{tab}}— Jesteśmy wilczętami... musimy szykować zęby i gryźć, gdy wróg zawadzi o naszą rodzinną ziemię, — ciągnął wesoło Jim, targając swe złote włosy drobną opa’oną dłonią, dłonią urodzonego chirurga, jak mawiał często ojciec. — Co za przygody będą! Przypuszczam, że Grey, czy któryś z tych sprytnych, starych przyjaciół zdecydują się w ciągu dwunastu godzin. Wstyd byłby, żeby mieli zostawić Francję w klopotliwem położeniu. Ale myślę, że już najwyższa pora wyruszyć na tę zabawę do latami.<br>
{{tab}}Wyszedł, gwiżdżąc „Stu kobziarzy i ja“, a Wła-dek stal przez dłuższy czas oniemiały na miejscu. Na czole jego uwidoczniła się głęboka zmarszczka — Wszystko to nastąpiło z szybkością gromu. Jeszcze kilka dni temu nikt nie pomyślałby o czemś podob — nem. 1 teraz nie należało myśleć. Jakieś wyjście się znajdzie. Wojna była straszną, obrzydliwą rzeczą, zbyt straszną i zbyt ohydną, aby mogła się zdarzyć w dwudziestym wieku między cywilizowane — mi narodami. Sama myśl o teintem była ohydna w porównaniu z pięknem życia. Władek nie będzie my — ślał o wojnie, stanowczo wyrzuci ją z pamięci. Jakie piękne było Glen w swej sierpniowej dojrzałości z łańcuchem cienistych, starych zaścianków, szmaragdowych łąk i kwiecistych ogrodów. Niebo w bla<br>
{{tab}}Rilln 3<br>
{{tab}}33<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}mą słodką, onieśmieloną dziewczynką, jaką była za czasów Doliny Tęczy, a wielkie jej szafirowe oczy były tak samo rozmarzone i pełne tajemnic. Tajemnicą tą, która odzwierciadlala się w szafirowych oczach Uny, było skryte uczucie dla Władka Blythe, którego nikt oprócz Rilli nie podejrzewał. Z uczuciem Uny Rilla sympatyzowała i pragnęła, aby Władek — takiem samem uczuciem Unie się odwzajemnił. RiiliaRilla stanowczo wołała Unę od Flory, której uroda i zachowanie usuwały inne dziewczęta na drugi plan, a Rrlla nie lubiła pozostawać w cieniu.<br>
{{tab}}Właściwie w danej chwili Rilla była najzupeł-niej szczęśliwa. Tak przyjemnie było iść wraz z przyjaciółmi szerokim gościńcem wysadzanym jodłami, których woń roztaczała się wokoło. Srebrzyste refleksy światła księżycowego pieściły szczyty pobliskich pagórków. Tuż przed nimi widniała przystań..W małym kościółku za Portem dźwięczał dzwon, zamierając co chwilę i znów zanosząc hymn ku niebiosom. Gładka tafla zatoki była jeszcze srebrno-blękiitna. Och, wszystko było takie piękne: czyste powietrze ze swym słonym posmakiem, balsamiczna woń jodeł, głośne śmiechy przyjaciół — Rilla kochała życie, jego rozkwit i powab, kochała muzykę, kochała odgłosy wesołej rozmowy. Pragnęła tak iść wiecznie tą drogą, pełną srebrzystych cieni. Był to jej pierwszy bal i na pewno przepędzi czas wyśmienicie. Nie istniały na święcie zmartwienia, na\yet o piegach zapomniała i o długich. chudych nogach, nic, z wyjątkiem drobnego lęku, że nikt jej nie poprosi do tańca. Jakżeż przyjemnie było pomyśleć, że się żyje, że się ma piętna<br>
{{tab}}
{{tab}}* — Mogłabyś go zatrzymywać, Aniu, gdy mni idą i gdy on uważa, że to jest jego obowiązkiem? Mogłabyś być taką egoistką?<br>
{{tab}}— Nie... nie! Ale... och... nasz najstarszy syn... Przecież jest jeszcze taki młody... Gilbercie... Bę-<br>
{{tab}}RilJaRilla 5<br>
{{tab}}65<br>
{{tab}}
{{tab}}opieką, bo zdaje się, że Jest bardzo wątle i delikatne. Wątpię nawet, czy możnaby się było odważyć odesłać je do domu dla sierot, ale przecież trudno przemęczać matkę i Zuzannę.<br>
{{tab}}Doktór wyszedł z kuchni z poważnym wyrazem twarzy.. W głębi duszy był przekonany, że mały przybysz, dotychczasowy mieszkaniec niebieskiej wazy pozostanie z pewnością na Złotym Brzegu, lecz chciał się przekonać, czy Rilla zdolna jest do jakichkolwiek poświęceń.<br>
{{tab}}RiillaRilla usiadła, spoglądając z rozpaczą na dziecko. Niedorzecznością było myśleć, że ona się niem zaj — mie. Ale ta biedna, nieszczęśliwa matka, która umierając martwiła się o niemowlę... Ta straszna pijaczka Conover!<br>
{{tab}}— Zuzanno, co trzeba robić z takiem dziec-kiem? — zapytała ze smutkiem.<br>
{{tab}}— Trzeba je trzymać w cieple, kąpać codzien-nie, zważać na to, żeby woda nie była ani za zimna, ani za gorąca i karmić co dwie godziny. Jak jest chore to trzeba przykładać gorące kompresy na brzuszek, — mówiła Zuzanna, przejęta ważnością chwili.<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}prawdę nie wiem, jak ja je przeżyłam. Jednakże żyję i Jaś żyje i obydwoje jakoś to wszystko „przeżyliśmy”„przeżyliśmy“. Połechtałam go dzisiaj wieczorem przy rozbieraniu, Morgan nie zabrania łechtania, ot tak, aby się przekonać, czy się uśmiechnie, jak wczoraj do Ireny. I uśmiechnął się, ukazując swoje śliczne dołeczki. Jaka szkoda, że matka jego nie może tego zobaczyć!<br>
{{tab}}„Dzisiaj skończyłam szóstą parę skarpetek. Przy pierwszych trzech parach Zuzanna mi pomagała, ale potem zawstydziłam się i.nauczyłam się robić skarpetki sama. Nienawidzę tej roboty, lecz tylu rzeczy nienawidzę, które muszę spełniać od czwartego sierpnia, że jeszcze jedna znienawidzona robota może się nie liczyć. Myślę teraz o Jimie, który żartuje, pisząc o błotach w obozie Salisbury i dochodzę do wniosku, że w porównaniu z tem robienie skarpetek jest rzeczą całkiem przyjemną”przyjemną“.<br>
{{tab}}i<br>
{{c|ROZDZIAŁ |w=110%|po=20px}} XI.<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}— Musimy coś zrobić, — upierała się RiillaRilla zbyt zdenerwowana, aby zwracać uwagę na Olę. — Za-reklamowaliśmy już koncert wszędzie. <przybędą tłumy publiczności, nawet jakieś towarzystwo z miaista, a właściwie nie mamy zupełnie numerów śpiewanych. Musimy znaleźć kogoś — ktoby śpiewa, zamiast pani Channing.<br>
{{tab}}— Ciekawa jestem kogo znajdziesz w ostatniej ohwili, — ironizowała Ola. — Irena Howard mogłaby śpiewać, ale na pewno nie zechce po tej historii, kiedy została obrażona przez nasze towarzystwo.<br>
{{tab}}— W jaki sposób towarzystwo ją obraziło? — zapytała Rilla swoim „zimno-bladym tonem“. Ten chłód i obojętność nie dotknęły wcale Oli.<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}wić i później ogromnie się teintem martwiłam. Będziesz mogła mi przebaczyć?<br>
{{tab}}— I śpiewać na waszym koncercie? — dorzuciła Irena ze słodką ironją.<br>
{{tab}}— Jeżeli sądzisz, — rzckła Rilla złamanym głosem, — że nie przeprosiłabym cię, gdyby nie chodziło o koncert, to może masz słuszność. Lecz prawdą jest również — że przykro mi było przez całą zimę i żałowałam, że cię obraziłam. To wszystko, co mogę ci powiedzieć. Jeżeli uważasz, że nie jesteś w stanie mi przebaczyć, to sądzę, że możemy więcej nie mówić o tem.<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}RiillaRilla wyglądała naprawdę uroczo, gdy powitała Krzysia na oświetlonej księżycem obszernej werandzie. Ręka, którą mu podała była zimna, a ona sama tak się obawiała, że będzie seplenić, iż przywitała go prawie w milczeniu. Jak wspaniale wyglądał Krzysztof w mundurze porucznika! Dodawał mu ten mundur powagi i Rilla spoglądała nań prawie z przerażeniem. Czyż nie było absur-dem przypuszczać, że ten przystojny młody oficer ma coś specjalnego do powiedzenia malej Rilli Blyt — he z Glen St. Mary? Może wogóle go nie zrozumiała, może poprostu nie chcial, aby mu się przyglądano i mówiono, jak zwykle o wojnie. Tak, na pewno to miał na myśli, a ona, mały głuptasek, wyimaginowała sobie, że pragnie tylko z nią się widzieć. Gotów jeszcze posądzić, że specjalnie wysyłała wszystkich z domu, aby być z nim sam na sam i gotów wyśmiewać się z niej potem.<br>
{{tab}}— Lepiej się złożyło, niż przypuszczałem, — rzekł siadając na fotelu i spoglądając na nią z wyraźnym zachwytem. — Byłem pewny, że ktoś będzie sterczał przy nas, a właściwie chciałem tylko ciebie zobaczyć, Rillo ma Rillo.<br>
{{tab}}IW* wyobraźni Rilli zamki na lodzie stały się wyrazistsze. Sytuacja nie ulegała już najmniejszej wątpliwości<br>
{{tab}}Po jej wyjściu Zuzanna umknęła do kuchni i wsparłszy głowę na stole, poczęła gorzko płakać. Potem wróciła do roboty, zagadując od czasu do czasu małego Jasia. Rilla podziwiała Zuzannę za tę jej odwaigę.<br>
{{tab}}— Nie mogę pozwolić, abyś zamęczała się dla wojennego dziecka, — mówiła Zuzanna z powagą.<br>
{{tab}}— Cale szczęście, że mam chociaż jakąś pracę, Zuzanno, — szlochała biedna RiillaRilla. — Wołałabym wcale nie kłaść się w nocy. To takie straszne, gdy człowiek zasypia i zapomina o wszystkiem, a potem nazajutrz budzi się i wspomnienie wraca na nowo. Czy ludzie do wszystkiego się przyzwyczajają, Zuzanno? Nie mogę zapomnieć słów, które wypowiedziała pani Reese. Czy Władek bardzo cierpiał? On zawsze był taki niewytrzymały na ból. Ach, Zuzanno, gdybym wiedziała, że nie cierpiał, dodałoby mi to siły.<br>
{{tab}}Przeznaczenie chcialo, że Rilla dowiedziała się wkrótce, jak ostatnie chwile swego życia przepędził jej ukochany brat. Nadszedł list od dowódcy Władka, w którym ten donosił, że Władek został zabity od kuli podczas walk pod Courcelette. Tego saimeigo dnia przybył list Władka do Rilli.<br>
{{tab}}Nie otwierając go Rilla pobiegła do Doliny Tęczy i dopiero tam, gdzie po raz ostatni rozmawiała serdecznie z bratem, przeczytała ten pośmiertny list od niego. Strasznie dziwne ma się uczucie, gdy czyta się list od kogoś, kto już nie żyje. Jest to uczucie goryczy i radości, dziwnie połączonych z sobą. Po raz pierwszy od chwili, gdy się dowiedziała o<br>
{{tab}}
<br>
{{tab}}czorem, gdy tylko pozmywałam po kolacji i wyję-łam chleb z pieca, pobiegłam zaraz na stację. Wtorek, jąk zwykle, cierpliwie czekał na wieczorny pociąg. Zrozum, Rillo, że ten atak na okopy miał miejsce przed czterema dniami, czyli w zeszły poniedziałek. Zwróciłam się zaraz do bagażowego z zapytaniem: „Niech mi pan powie, czy ten pies nie wył przypadkiem w poniedziałek w nocy“? Baga-żowy zamyślił się na chwilę, poczem odparł: „Nie, był zupełnie spokojny”spokojny“. „Jest pan pewny? zapytałam. „Bo bardzo dużo od tego zależy! „Jestem najzupełniej pewny“, odpowiedział. „Nie spaleni przez całą noc poniedziałkową, bo matka moja była chora. Słyszałbym wycie psa, tem bardziej, Że dirzwi naszego mieszkania były otwarte, a buda tego psa mieści się wpobliżu”wpobliżu“. Powtarzam ci, Rillo, słowa tego człowieka. Pamiętasz, jak Wtorek wył owej nocy, kiedy odbywała się bitwa pod Cour — celette? A przecież nie był tak przywiązany do Władka, jak do Jima. Jeżeli tak wył po śmierci Władka, to przypuszczasz, że spałby spokojnie w budzie, gdyby Jim został zabity? Nie, Rillo, mały Jim żyje, mogę ci zaręczyć. Wtorek na pewnoby wiedział, a tymczasem spokojnie czeka powrotu swego pana.<br>
{{tab}}Było to absurdalne, irytujące i niemożliwe. Lecz Rilla uwierzyła. Uwierzyła również pani Blythe i doktór, aczkolwiek uśmiechał się niepewnie. 1 do serc wszystkich mieszkańców Złotego Brzegu iWniknęła nowa nadzieja tylko dlatego, że mały pies na stacji w Glen z niezachwianą wiarą czekał wciąż powrotu swego pana. ’Wszyscy uwierzyli w przeczucie wiernego Wtorka.<br>
{{tab}}293<br>