Strona:PL Turgeniew - Ojcowie i dzieci.djvu/268: Różnice pomiędzy wersjami

 
 
Status stronyStatus strony
-
Przepisana
+
Skorygowana
Treść strony (załączany fragment):Treść strony (załączany fragment):
Linia 1: Linia 1:
{{pk|Pietro|wicza}} z Teniczką; dzisiaj zaś Mikołaj Piotrowicz dawał obiad pożegnalny dla swojego brata, który wyjeżdżał za interesami do Moskwy. Anna Siergiejewna wyjechała tamże zaraz po weselu, szczodrze wyposażywszy młodą parę.<br>
+
{{pk|Piotro|wicza}} z Teniczką; dzisiaj zaś Mikołaj Piotrowicz dawał obiad pożegnalny dla swojego brata, który wyjeżdżał za interesami do Moskwy. Anna Siergiejewna wyjechała tamże zaraz po weselu, szczodrze wyposażywszy młodą parę.<br>
 
{{tab}}Punkt o trzeciej zajęto miejsca przy stole. Posadzono przy nim i Mitję z niańką w sutym kokoszniku. Paweł Piotrowicz usiadł między Katją i Teniczką; „mężowie“ usadowili się obok swoich żon. Zmienili się nieco nasi znajomi w ostatnich czasach; jak gdyby wyładnieli i zmężnieli; tylko Paweł Piotrowicz przychudł cokolwiek, ale z tem właśnie wyglądał jeszcze wytworniej, a jego rysy przybrały jeszcze wyraźniej odcień wielkopański... I Teniczka się zmieniła. W czarnej sukni jedwabnej, w szerokim aksamitnym czepku na głowie, ze złotym łańcuszkiem na szyi, siedziała nieruchomo i pełna uszanowania, uszanowania dla samej siebie, dla wszystkiego, co ją otaczało, i uśmiechała się tak, jak gdyby chciała powiedzieć: „darujcie mi, ja temu nie jestem winna!“ Zresztą nie tylko ona, ale wszyscy się uśmiechali i wszyscy jakby się usprawiedliwiali, wszystkim było jakoś nieswojo, jakoś smutno, a w gruncie rzeczy bardzo dobrze. Każdy był dla drugiego dziwnie uprzedzający, zupełnie tak jak gdyby umówiono się odgrywać jakąś prostoduszną komedję. Katja była ze wszystkich najspokojniejsza; z ufnością patrzyła wkoło siebie i można było zauważyć, że Mikołaj Piotrowicz już bardzo ją polubił. Przy końcu obiadu wstał z miejsca i biorąc kielich do ręki, zwrócił się do Pawła Piotrowicza:<br>
 
{{tab}}Punkt o trzeciej zajęto miejsca przy stole. Posadzono przy nim i Mitję z niańką w sutym kokoszniku. Paweł Piotrowicz usiadł między Katją i Teniczką; „mężowie“ usadowili się obok swoich żon. Zmienili się nieco nasi znajomi w ostatnich czasach; jak gdyby wyładnieli i zmężnieli; tylko Paweł Piotrowicz przychudł cokolwiek, ale z tem właśnie wyglądał jeszcze wytworniej, a jego rysy przybrały jeszcze wyraźniej odcień wielkopański... I Teniczka się zmieniła. W czarnej sukni jedwabnej, w szerokim aksamitnym czepku na głowie, ze złotym łańcuszkiem na szyi, siedziała nieruchomo i pełna uszanowania, uszanowania dla samej siebie, dla wszystkiego, co ją otaczało, i uśmiechała się tak, jak gdyby chciała powiedzieć: „darujcie mi, ja temu nie jestem winna!“ Zresztą nie tylko ona, ale wszyscy się uśmiechali i wszyscy jakby się usprawiedliwiali, wszystkim było jakoś nieswojo, jakoś smutno, a w gruncie rzeczy bardzo dobrze. Każdy był dla drugiego dziwnie uprzedzający, zupełnie tak jak gdyby umówiono się odgrywać jakąś prostoduszną komedję. Katja była ze wszystkich najspokojniejsza; z ufnością patrzyła wkoło siebie i można było zauważyć, że Mikołaj Piotrowicz już bardzo ją polubił. Przy końcu obiadu wstał z miejsca i biorąc kielich do ręki, zwrócił się do Pawła Piotrowicza:<br>
 
{{tab}}— Porzucasz nas... porzucasz... kochany bracie, — rzekł, — zapewne, że nie na długo, ale mimo to nie jestem w stanie wyrazić ci, jak ja... jak my... ile ja...
 
{{tab}}— Porzucasz nas... porzucasz... kochany bracie, — rzekł, — zapewne, że nie na długo, ale mimo to nie jestem w stanie wyrazić ci, jak ja... jak my... ile ja...