Strona:Archiwum Wróblewieckie - Zeszyt III (plik mały - 1 str. na 1str. pdf-u).pdf/168

Ta strona została przepisana.


zemstę.” Wnet jazda polska, którą szczęśliwym wyrazem Bossuet do bystrego lotu orłów przyrównał, jak potok spada, grzmią działa i sieją zniszczenie w obozie niewiernych. Husarze Aleksandra młodego, królewicza, przeszywają wszystko i wszystko wywracają, pałasz polski zgładza co tylko mu się opiera. Nieustraszeni Sarmaty pędzą prosto ku wezyrowi i rozpraszają w mgnieniu oka otaczające wojska. Tatarzy, Wołochy i też same janczary, którzy niedawno wyzywali zuchwale całe prawe skrzydło, pierzchają przed zwycięzcą.
Wezyr obraca się do baszy Budzkiego i do innych wodzów; ich odpowiedź jest tylko oznaką nikczemnej rozpaczy: „A ty, rzecze księciu tatarskiemu, wesprzeć mnie nie chcesz?” chan jedynie w ucieczce zbawienie widzi. Spachowie walczą jeszcze i sił ostatnich dobywają. Jazda polska roztwiera ich i kruszy, wielki sztandar znika. Sam wezyr tył pod[d]aje i nieład ucieczką swoją powiększa. W zapędzie wściekłości każe zabijać niewiasty i dzieci, których uprowadzić nie może. Sto sześćdziesiąt sztuk armat rozmaitego kalibru, niezmierne zapasy prochu, ołowiu i żelaza, składy dzirytów i łuków stają się łupem zwycięzcy. Pierzchający broń najlepszą rzucają i najdzielniejsze arabskie konie do haniebnej tylko służą ucieczki.
Wśród najtęższego boju, książę Lotaryński oddalony o półtory mili, przybywa otoczony wodzami na górę, którą mężni Sasi opanowali w poranku, i którą zajmowali jeszcze, gotowi uderzyć jeszcze na baszę Diarbeku. Książę zadziwiony osobliwszym