Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 3.djvu/28

Ta strona została przepisana.


pana Kondelika prawie z wyrzutem, rzekła jakby po ciężkiem zmęczeniu:
— To mnie pan przeraził, ale dzięki Bogu, jesteśmy sami. On odszedł...
— Kto odszedł? — spytał Kondelik.
— Nasz pan! — odetchnęła matrona.
— Co mi do niego, z nim nie mam o czem mówić — rzekł mistrz sucho. — Przyszedłem tylko się zapytać, o co właściwie chodzi państwu z naszym panem Wejwarą! Jestem bowiem jego przyszłym teściem. Była pani wczoraj u mojej żony, szkoda, że mnie nie było w domu, i narobiłaś nam ładnego bigosu. Tak tego pozostawić nie możemy. Dlaczego pani go prześladuje właściwie?...
— Proszę, racz pan usiąść i nie unosić się — prosiła matrona spokojnie. — Pan jest solidnym człowiekiem, mieszczaninem, a ja jestem wdową po urzędniku, załatwimy wszystko zgodnie. Proszę pana, ja do pana Wejwary nie mam żadnych pretensyj, zupełnie żadnych, a córce pana życzę szczęścia. On się nam bowiem oświadczył!
Słowa te wymówiła pani Muknsznablowa z tryumfem, podniesionym głosem:
— Kto się oświadczył? Wejwara?
— Ależ nie, szanowny panie! Nasz pan! Loti jest narzeczoną.
Pan Kondelik nic nie pojmował. Czy ta kobieta nie postradała zmysłów?
— Więc o co pani wczoraj u nas chodziło, skoro córka pani jest narzeczoną?