Strona:Iliada.djvu/298

Ta strona została przepisana.


A sam na nich pośpiesza. Gdy iuż byli zbliska,        855
Piérwszy Mars oszczep silny, silną ręką ciska,
Pewny, że iego grotem Dyomed polegnie.
Po nad iarzmem i leycem, środkiem pocisk biegnie;
Lecz go chwyta, siedząca na wozie bogini,
Na bok zwraca, i próżny Marsa zamach czyni.
Znowu z kolei pocisk Dyomed wymierzył:
Od Pallady niesiony; tam oszczep uderzył,
Gdzie nad stanem rycerski pas się rozpościera:
Tam trafia grot i boską ostrzem skórę zdziera,
Wyciągnęła go Pallas: z ponieśonéy rany.
Tak hukliwym zaryczał głosem Mars miedziany,
Jako dziewięć lub dziesięć tysięcyby razem
Krzyknęło ludzi, krwawém walczących żelazem.
Równie Greków, iak Troian, zimny strach przeniknął:
Tak przeraźliwie boiu niesyty Mars ryknał.
A iak oczom obłoki wydaią się mgliste,
Przypędzone z południa przez wiatry ogniste;
Tak się Dyomedowi zdawał Mars ponury,
Gdy wstępował do nieba, uniesiony chmury.
W jednéy chwili przybywa do bogów siedliska:
Siada przy tronie oyca, złość mu serce ściska.
Pokazuiąc krew bogom, która z rany ciecze,
Rozjadły, popędliwym wyrazem tak rzecze:
„Czyż na takie postępki, czyż na takie zbrodnie,
Bez gniewu patrzysz oycze? iak to iest niegodnie!