Strona:Janusz Korczak - Pedagogika żartobliwa.djvu/121

Ta strona została uwierzytelniona.


go i do szkół nie chodził, to nie wstyd; ale ty już w krawacie wiązanym i spodniach prasowanych, więc „tatusiu, ile jest 6×9“, „tatusiu, czy stół to rzeczownik“, „tatu, czy Missisipi wyspa czy półwysep?“. — A ty caban i krwawy rumieniec wstydu?
Mówisz: „mam czas“. — Nieprawda. — Tam za granicą uczą się, budują, — szosy, fabryki, maszyny, pancerniki, czyste, widne mieszkania. — A ty co? — Jednego własnego ucha nie chcesz umyć, żeby było czyste? Obarczasz statystykę o jedno brudne ucho. — Minus, obywatelu.
Mówisz: trudno. I krzywisz się, że trudno. — Pardon. — Kiep ten, kto chce łatwo, byle jak, byle prędzej. — Cieszysz się, że pan zachorował, tydzień lekcji nie będzie? — A ty pokochaj, co trudne.
Ciągnij, kawalerze...
Przypomniało mi się. — Dawno.
Nie znano jeszcze elektryczności, więc wracam ze szkoły konnym tramwajem. W lecie jeden koń ciągnął tramwaj po szynach, a w zimie zaprzęgano dwa, bo po śniegu ciężko. Więc stoję z tornistrem na plecach obok woźnicy, a on batem popędza i bije. A konie ciągną, — a śnieg. Żal mi ich. Mówię: „pan tak bije“. — On spojrzał bokiem nieżyczliwie i mówi: „a ty zejdź i też ciągnij, kawalerze, jeżeli litościwy; wyłaź z tramwaju: będzie koniom lżej“. — Strasznie zawstydziłem się. Już na całe życie nauka: nie wtrącaj się, jeżeli nie wiesz lepiej, nie gębuj, jeżeli nie pomagasz, nie krytykuj, jeśli nie umiesz inaczej. — Ciągnij też, kawalerze.