Strona:Juliusz Verne - Wśród lodów polarnych (1932).pdf/150

Ta strona została uwierzytelniona.


Przez kwadrans szalupa płynęła równo z bryłą lodu, raz w oddaleniu 20 sążni, to znów tak blizko, że prawie się o nią ocierała.
Nareszcie zaczęła się oddalać coraz szybciej, gnana wiatrem prędzej niż szalupa.
W tej chwili burza z podwójną zaczęła szaleć gwałtownością; statek, rzucany przez fale, począł wirować z gwałtowną szybkością dookoła, żagiel zerwany wzniósł się w przestworza, jak ptak. Wśród miotanych fal otworzył się okrągły otwór, podobny do Maelstromu, żeglarze pochwyceni w tę otchłań, pędzili z niezwykłą szybkością. Powoli zanurzali się w ten otwór, który zdawał się ku sobie przyciągać, aby ich żywcem pochłonąć.
Wszyscy zerwali się, patrząc błędnem okiem na to co się działo.
Nagle szalupa stanęła pionowo, przednia jej część zdołała się oprzeć niebezpieczeństwu, wstrząśnięta wirem tak gwałtownie, jak gdyby kula armatnia ją w powietrze wyrzuciła.
Altamont, doktór, Johnson i Bell padli na ławki, a gdy po chwili powstali, zauważyli brak Hatterasa.
Była wówczas godzina druga rano.