Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/100

Ta strona została przepisana.


— Mówisz, że kilka razy już był?
— Trzy. Zawsze się o coś zamówi, dziadkowi pochlebia, chwali, że dom piękny, że porządek...
— Nie bez kozery to jest... Zapewne wpadłaś mu w oko.
— Jeszcze czego!
— Dawno go już nie widziałam, ale słyszę, że ładny, edukowany, do szkół go podobno posyłali.
— Dla mnie on ani ładny, ani miły; patrzeć na niego nie mogę. A jeszcze zaczepia, w oczy zagląda i plecie niewiadomo co? Wczoraj za rękę mnie chciał wziąść. Odepchnęłam go tak, aż się zatoczył i powiedziałam, że skoro jest dziedzicem na całym folwarku, to niech do dworów jeździ, a nam, prostym szlachciankom, niech da pokój.
Staruszka westchnęła.
— Moje dziecko — rzekła po chwili — jeżeli on co zamyśla...
— Ja nie chcę, żeby zamyślał, ja go nie chcę znać!
— Dziadek za nim będzie, babka także, bogactwo przeważy.
— Jakto przeważy?