Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/104

Ta strona została przepisana.


mego chleba skosztuje, kto zaś chce jeść za pieniądze, niech idzie do żyda.» Jak dziadzio to wyrzekł, już nie było mowy o składce.
— Znam ja Wincentego dawno, dusza w nim harda, potrafi się postawić, jak chce, a nikomu wyprzedzić się nie da. Ciekawa też jestem, czy Talar będzie?
— Po co?
— On przecież także z naszą kompanią przyszedł, powinien więc do osiedlin należeć.
— Gdzieżby znów taki pan miał z nami się wdawać? Młody wpadłby na tańce, bo do zabawy wielki ochotnik, ale chyba będzie się bał.
— A czegóżby się miał bać?
— Chłopcy nasi go nie lubią, bo strasznie z góry patrzy i inszej sobie szuka kompanii. Proszę pani, chciałam ja się o jedne rzecz zapytać.
— O co, kochanie?
— Czy jeżeli kto złamie nogę i potem wyleczy się — może tańczyć?
— Nie wiem, moje dziecko, ale chyba nie.