Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/174

Ta strona została przepisana.


znaczy, że już takie założenie, żeby się ludzie procesowaii. Wincenty głos zabrał.
— Kochani przyjaciele i sąsiedzi — rzekł — prawda to jest, że lepsza słomiana zgoda, aniżeli złoty proces, ale nie zawsze można. Świat się nie przerobi, będzie taki, jako i był. A teraz was proszę, rozgośćcie się. Już tam w drugiej izbie stół zastawiony. Proszę wszystkich, całą naszą wioszczynę. Stary i młody, mężczyzna, kobieta, dzieciak, wszyscy dziś moi goście. Co Bóg dał, czem chata bogata, na to zapraszam sercem ochotnem i szczerem.
Dominik tylko na to hasło oczekiwał, z przyjemnością słyszał on szczęk talerzy, łoskot przysuwanych stołków i gwar ożywionej rozmowy.
Do stancyi wbiegła Hanusia. Wyglądała prześlicznie, z długiemi warkoczami, w których końce wstęgi wplotła.
Była zarumieniona, wesoła, szczęśliwa, cała jej postać tchnęła młodością i życiem.
— Dziaduniu — rzekła — niech dziadzio prosi panów sąsiadów, sąsiadki zaś babcia w tej stancyi ugości.