Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/175

Ta strona została przepisana.


Przed domem dały się słyszeć dźwięki muzyki.
— A to co? — spytał Wincenty.
— To, dziadziu, chłopcy sprowadzili żydów muzykantów.
— A tyś rada?
— Mój Boże! Dlaczegóż nie mam rada być? Czy dziadzio nie tańczyli za swoich młodych lat?
— Ja ci powiem, Hanusiu — rzekł Dominik — dziadzio — ongi okrutnie na weselach i zabawach dokazywał, aż drzazgi z podłogi leciały. Chociaż ja młodszy, ale pamiętam.
— Wszystko ma swój czas, kochany Dominiku.
— A widzi dziadzio — rzekła tryumfująco Hanusia i wybiegła ze stancyi.
— Śliczności dziewuszka! — rzekł Paliwoda — i gdybym nie miał swojej baby i kopy lat na karku, to bym się wam, panie Wincenty do samej ziemi pokłonił.
— Ho, ho! — odezwał się z przekąsem Wątorek — także się przyśniło.
— Dla kom plementu się mówi i dla przykładu.
— No, chodźcie, — sąsiedzi kochani, boć