Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/178

Ta strona została przepisana.


tylko z porządkiem, to zawsze porządniej wygląda. Każda rzecz ma swoją drogę.
— Bądźcież sobie radzi, bracia kochani — prosił Wincenty.
— Owszem, ale gospodarz niech siada!
— Niech siada!
— Sługa ja wasz dziś, kochani bracia — odrzekł Wincenty — i marny byłbym sługa, żebym siadł.
— Ale siadajcież, swoiśmy.
— Tem bardziej, tembardziej, — powtarzał staty i wziąwszy ogromny, żelazny widelec do ręki, dokoła długiego stołu chodził i potężne kawały z misy gościom na talerze nakładał, to znów piwo z dzbana do szklanek nalewał, bacząc, żeby nikomu nie brakło, żeby nikt pominięty nie został.
Dominik zerwał się z ławy i do Wincentego przypadł.
— Już ty nam, Wicusiu kochany — mówił — dość honoru świadczyłeś, siadajże nareszcie, bój się Boga i jedz, bo ci się od samego patrzenia ckliwo zrobi. Jabym nie wytrzymał godne słowo daję, same zapachy zawróciłyby mi w głowie. Siadaj, siadaj, Wicusiu! Ot, tu, koło mnie, na brzegu. Ze-