Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/180

Ta strona została przepisana.


snęły piskliwemi głosami kobiety, a jednocześnie żydzi muzykanci, w sieni, zaczęli grać jakiś nadzwyczajny huczny utwór muzyczny, który mógł być marszem, polką, galopadą, czem kto chciał.
Gdy się ten hałas nieco uspokoił, Wincenty zawołał donośnym głosem:
— Krupniku!
Wbiegła Wincentowa z jednym radiem, Hanusia z drugim, napełniono szklanki. Wtenczas gospodarz podniósł się ze swego miejsca i rzekł:
— Nie każdy umie tak pięknie przemawiać, jako nasz sąsiad Dominik — ja nie potrafię. To też krótko, ale szczerem sercem, dziękuję wam za dobre słowo i życzę, aby na tem miejscu, na które za waszą wolą, a przy Bożej pomocy przyprowadziłem was, wiodło wam się szczęśliwie! Daj wam Boże!
— Daj Boże! Wiwat!
— Wiwat!
Gwar robił się coraz większy, rozmowa głośniejsza, a że w tym rozgardyaszu wszyscy razem mówili, więc jeden drugiego usiłował przekrzyczeć, to też był taki brzęk, jak w ulu, a gorąco, jak w łaźni.