Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/182

Ta strona została przepisana.


— Tyle miast przeszedłem, tyle przecież widziałem, a takiej nie. Hanusiu!
— Co?
— Jak ty myślisz, czy dziadkowie oddadzą mi ciebie?
— Chyba oddadzą, ale trzeba czekać.
— To tak ciężko.
— Prawda, ale tyś mocny, udźwigniesz — odrzekła z uśmiechem. — Eh! co tam! w Bogu nadzieja, co będzie to będzie; dziś zabawa, cieszmy się i weselmy. Muzyka jest... Niechno tylko trochę podjedzą, wyniesiemy stoły i taniec, taniec do samego rana, do białego dnia! Ale ty się pilnuj, Janku, bo ja tylko z tobą tańczyć będę.
— Nie odstąpię cię ani na krok.
— Pamiętaj... Matusia twoja zechce wcześnie do domu pójść, ale ja nie puszczę, bo tybyś ją odprowadził i może nie wrócił...
— Jabym nie wrócił? — rzekł z wymówką.
— Wolę, żebyś wcale nie odchodził. Jest tu stancyjka na osobności, tam matusię zaprowadzę, jeżeli się będzie zmęczeniem wymawiała, niech sobie spocznie i prześpi się, a my będziemy tańczyli.
— Ślicznie mówisz, kochana!