Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/184

Ta strona została przepisana.


godziwa, że gdy widzę taniec, tobym i sam się puścił od pieca, a że jestem stary i nie uchodzi mi z młodzieżą skakać — to mnie zazdrość bierze. Rozumiecie teraz, panie Wincenty?
— A któż wam broni puścić się w tany?
— Nie pasuje, nie pasuje...
— Dlaczego? Zabawić się nie grzech, a jeśli zdrowie służy i nogi jeszcze mocne, to czemu nie poskakać?
— Wincenty wszystko pięknie umie wytłómaczyć, ale i ja także coś wiem. Tańczyć, choćbym chciał, nie mogę, bo raz, młodzieżby się ze mnie wyśmiewała, a po drugie, jak wam wiadomo, żona moja Weronika, godna kobieta na wszystkie cztery boki, ale w takich rzeczach wyrozumienia nie ma. Wzięłaby mnie na zęby, a wtenczas miałbym dopiero gorzkie życie, przez kilka niedziel...
Szeroko zaczął Dominik tłómaczyć Wincentemu, co to jest kobieta, kiedy się, broń Boże, rozchodzi i zacznie dogadywać; jak trudno się w takim razie przed nią opędzić, gdyż ściga swoją ofiarę, niby komar i choć