Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/185

Ta strona została przepisana.


nie śmie żądłem ukłuć, ale brzęczy i brzęczy bez ustanku.
Wincenty pociągnął za sobą gadułę, usadził na ławie i zamknął mu usta szklanką gorącego krupniku.
Gwar rozmów nie ustawał, muzyka brzmiała, coraz to ktoś z podochoconych z piosnką się wyrywał, a młodzież tańczyła do upadłego.
Nagle na dziedzińcu zaczęły psy ujadać i turkot kół dał się słyszeć.
Wincenty ruszył się z miejsca.
— Ciekawość — rzekł — kogo to Pan Bóg do nas prowadzi?
— Albo gość, albo podróżny — rzekł stojący obok Wątorek.
— Chyba, że nie gość. Godzina już zapozna na gościa.
— A któraż?
— Dziesiątą tylko co zegar wybił.
Kilku kolonistów wyszło przed dom, inni zbliżyli się do okien, zobaczyć, kto przyjechał.
Tańce przerwano, muzyka ucichła.
Nadjechał ktoś parą koni, bryczką na re-