Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/188

Ta strona została przepisana.


— Ojciec wyjechał kilka dni temu, a ja mam zajęcie przy gospodarstwie, które, jak panu wiadomo, jest duże. Od wiosny ekonoma przyjmiemy...
— A sami przeniesiemy się do Jojny — wtrącił Dominik.
Wincenty Paliwodę za rękaw pociągnął i szepnął:
— Dajcie pokój, sąsiedzie.
Poczem, zwróciwszy się do Adama, dodał:
— Myślałem, że matka będzie na naszą ubogą chatę łaskawsza.
— Niedomaga.
— A cóż jej?
— Nie wiem, ale jakoś na bezsilność się skarży, stęka...
Dominik szepnął Wątorkowi do ucha, tak jednak, żeby siedzący bliżej słyszeli:
— Stęka, nieboga; nie dziwo, jabym ryczał, żeby mnie Pan Bóg takim synalem skarał.
Znowuż śmiech przytłumiony rozległ się w zgromadzeniu.
— No, panie Adamie — rzekł Wincenty — rozgość-że się, proszę. O tu, przy stole... co Bóg dał.