Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/194

Ta strona została przepisana.


— Zabawę nam zepsuł.
— To się naprawi. On, widząc, że mu nie radzi i że niepotrzebnie tu wszedł, wyniesie się niezadługo, a my zaczniemy znów tańce i weselić się będziemy do białego dnia. Posłuchajcie mnie, chłopcy, ja wam dobrze radzę...
Adam usiłował miną nadrabiać, wszczynał rozmowę ze starszymi, z młodszymi, uśmiechał się do dziewcząt, wreszcie wybiegł przed dom, do swej bryczki i wydobywszy ztamtąd kosz wina, przywieziony naumyślnie, wniósł go do stancyi.
— Panowie! — zawołał — teraz będzie zabawa! Niechno kto da grajcarek.
Wincenty, poważny, z namarszczonem czołem, z brwiami ściągniętemi groźnie, wyszedł na środek izby. Znać było po nim, że jest wzburzony ogromnie, ale panował nad sobą.
— Co to? — zapytał, wskazując na kosz.
— Wino — odrzekł Adam — odemnie poczęstunek dla gości.
— Dla jakich gości?
— No... dla całej kompanii — bąkał zmieszany młody człowiek — dla tych, którzy tu są...