Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/197

Ta strona została przepisana.


Dominik nie odstępował Wincentego, a bardziej jeszcze szklanicy, która rozwiązywała mu język, zaostrzała dowcip, a w pamięci budziła dawne wspomnienia.
Otoczono go kołem, a on pererował o wielkich procesach, jakie jeszcze jego ojciec w Sakowie prowadził w imieniu wioski ze wsią sąsiednią, o znacznych ludziach, którzy z tego rodu wyszli i odznaczyli się w świecie, o wydarzeniach dawno minionych i ubiegłych, żyjących jednak jeszcze w tradycyi i przybierających charakter pięknych legend.
Rozmarzał się szlachcic i rozrzewnił, w miarę jak mu Wincenty krupniku do szklanki dolewał, śmiał się i wzdychał i sentencye różne wygłaszał, a słuchano go chciwie.
— Kochani bracia i sąsiedzi — mówił — nie wszystko prawda, co za prawdę sprzedają; w inszem zdarzeniu biorą ludzie fałszywe trojaki, niby za dobre pieniądze i zdaje im się, że się nie mylą. Nie zawsze, braciszkowie kochani, o nie! Stary i mały powtarza, jak za panią matką pacierz, że co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, i myśli, powtarzając to głupstwo, że coś wielce mądrego powiedział. Ono zaś całkiem inaczej