Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/200

Ta strona została przepisana.


niach oparł i słuchacze jego także zamilkli i zadumali się.
Wincenty po chwili rzekł:
— Dominiku, trącam was. Przebudźcie się.
— Nie śpię ja, bracie — odpowiedział Dominik, podnosząc głowę — nie śpię ja, ale medytuję. Tym czasem dzień nas już trąca, poranek w okna zagląda. Dziękujemy gospodarzowi i gospodyni za przyjęcie, przepraszamy, żeście z naszej przyczyny ponieśli tyle zachodu i kosztu. Daj Boże wam, daj Boże nam, zostańcie w spokoju i zdrowiu!
— Ale posiedźcie — prosił Wincenty — na głodno was nie puszczę. Zaraz tu kobiety co przyrządzą.
Taniec przerwano, żydzi muzykanci, znużeni całonocnem graniem, już dalej rzępolić nie mogli i pomimo nalegań rozbawionej młodzieży, stanowczo odmówili posłuszeństwa. Trzeba się było poddać losowi.
W niesiono znowu wielki stół do stancyi i misy z mięsiwem, z dnia wczorajszego pozostałem; zmęczona tańcem młodzież uprzątnęła je szybko.
Dzień się zrobił na dobre, jasność napełniła dom cały.