Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/240

Ta strona została przepisana.


mu dziadzka lub u Józefowej, to przelotnie, przechodząc, okazya się zawsze znalazła.
I widząc się, nie rozmawiali wiele, nie mówili o tem, że się kochają i że jedno bez drugiego żyćby nie mogło. Na cóż powtarzać znane rzeczy, na co w jasny dzień mówić, że słońce świeci, kiedy i bez mówienia o tem wiadomo, widzi się jego jasność i czuje ciepło grzejące.
Tym dwojgu dość było spojrzenia, uśmiechu, kilku słów przelotnych.
Gdy się niby przypadkiem spotkali, to ona parę wyrazów na pozdrowienie rzekła i uciekała niby ptaszek spłoszony, on zaś zatrzymywał się i patrzył, dopóki nie zniknęła mu z oczu.
Potem każde z nich brało się do swego zatrudnienia, a czas zbiegał szybko, dzień za dniem gonił, jak motyl za motylem, ty dzień mijał, nie wiadomo kiedy, a po nim przychodziła upragniona niedziela, dzień modlitwy, wypoczynku i zabawy.
Widzieli się w kościele, nieraz wracali razem na kolonie, a po południu, to się jakoś tak składało, że byli blisko siebie pod jednym dachem, w jednem towarzystwie.