Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/243

Ta strona została przepisana.


— Jak zawsze, na zabawę?
— O nie! Za sprawunkiem tylko. On te raz dużo inakszy.
— Odmienili go?
— Od dziesięciu dni siedzi w domu kamieniem, do stodoły zagląda, młocków pilnuje, w stajni po kilka razy na dzień jest...
— No, no...
— Naprawdę tak. Już dziś to sama powiedziałam: Przejedź się, Adasiu, a że akurat trzeba mi było różnych rzeczy z miasta, pojechał saneczkami, aby zakupić...
Talarowski wyswobodził się nareszcie z kożucha, a raczej z kożuchów, gdyż pod delią miał jeszcze drugi na sobie, obtarł z wąsów lód i szron, wydobył z szafy flaszkę i duży kielich gorzałki wychylił; żona tymczasem zakrzątnęła się, aby śniadanie mu podać i samowar nastawić.
Podczas jedzenia Talarowski mówić nie lubił, więc dopiero, gdy skończył i fajkę zapalił, kobieta zapytała go:
— Gdzieżeś bywał tak długo?
— Ot, widzisz, takie zdarzenie. Kupiłem parę kasztanów, no! Dawno żyję na świecie,