Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/250

Ta strona została przepisana.


kowskich, saniami nowemi, kutemi... A wiesz do kogo jadę? Do szlachetki na kolonie i proszę o jego wnuczkę. Ha? Jak myślisz, Tekluniu, powinien mnie on w rękę pocałować, czy nie? Powinien się do kolan pokłonić — czy nie?
— Pewnie...
— Ja tego nie żądam i o honory nie stoję, ale nie Wincenty mnie łaskę, tylko ja Wincentem u łaskę robię. Rozumiesz, Tekluniu, co to jest?
— Rozumiem, mój kochany, rozumiem, a i Wincenty pewnie też.
— Ja myślę, bo to człowiek nie głupi.
W godzinę później Talarowski opuścił folwark i tak, jak zapowiedział, wygolony starannie, w najnowszem odzieniu, z zegarkiem o złotym łańcuchu, w futrze, trzem a ognistemi kasztanami, na saniach, z których siedzenia zwieszał się prawdziwy dywan.
Żona z niecierpliwością oczekiwała jego powrotu.
Według jej obliczenia, na przebycie drogi do kolonii trzeba było kwadrans czasu, na powrót tyleż, a sama bytność u Wincen-